Ostatnia szansa, żeby obejrzeć (genialną) całość u źródła. Jutro strona zniknie.
Niedawno stanąłem przed problemem posiadania zbyt wielu gier. O ile w czasach PlayStation 2 i wcześniejszych jedynym ograniczeniem była pojemność kart pamięci, tak w czasach, gdzie większość tytułów wymaga instalacji (PS3), udało mi się w końcu zbliżyć do magicznej bariery 40 gigabajtów.
Rozwiązanie? Wymiana dysku. Pierwszy raz spotkałem się ze sprzętem, którego producent jawnie umożliwia wymianę dysku we własnym zakresie. Instrukcja obsługi konsoli zawiera przewodnik, jak krok po kroku wyjąć firmowy dysk i włożyć w to miejsce inny. Duży plus.
Zakup dysku początkowo odkładałem do czasu powrotu z wyjazdu urlopowego, jednak mój ojciec (również posiadacz PS3) postanowił mnie sponsorować i wczoraj podrzucił mi do biura nowiutki dysk i obudowę na poprzedni. Po powrocie do domu przyszedł czas na zabawę. Włączenie konsoli, backup danych na dysk USB, wyłączenie konsoli, odłączenie zasilania i przystąpienie do podmiany.
Małym minusem okazała się za to precyzja, z jaką poskładano konsolę. O ile odkręcenie niebieskiej śrubki, mocującej kieszeń dysku wewnątrz konsoli, nie było problemem, o tyle wyjęcie dysku z kieszeni wymagało użycia kombinerek. Śruby mocujące dysk trzymały tak mocno, że próba użycia odpowiedniego krzyżaka skończyła się szybko w obawie o wyszczerbienie łebka śruby.
Dalej już tylko wyjęcie oryginalnego Hitachi 40 GB i podmiana na 2,5″ Samsunga 250 GB. Ponowne włączenie konsoli, format nowego nośnika, przywrócenie backupu z dysku USB i gotowe. Pozostało tylko wkręcić poprzedni dysk do kieszonki i sprzątnąć kłaczki kurzu, które wdzięcznie wypadły z wnętrza konsoli razem z firmowym dyskiem.
Właśnie dostałem maila od obsługi DreamHosta. Dostałem (pewnie podobnie jak reszta) pięć zaproszeń. Szczegóły poniżej (celowo zostawiam ostatni punt, żeby nikt nie pomyślał, że staramy się kogoś naciągnąć):
… they will get all these super special advantages not available any
other way:
- They will get four (4) times the normal disk and bandwidth!
- If they choose our five-year plan, they’ll get $150 off!
- If they choose our ten-year plan, they’ll get $200 off!
- YOU will still earn a full $97 for each person who signs up!
Jeśli ktoś jest zainteresowany i chciałby wspomóc GeneratedContent, to namiary można zostawić w komentarzach albo wysłać na adres patrys at pld-linux org.
Z całym szacunkiem dla reuptake, nie bardzo widzę sens jego ostatniej notki. Vagla pisze bardzo sensownie i nie jest to tekst poświęcony w połowie twitterowi i 100 innym rzeczom.
Vagla wskazuje na to, co dzieje się z pierwowzorem Blipa i co któregoś dnia może spotkać i wersję polską. Właściwie pokazał, że już pojawiły się pierwsze (bez względu na to, czy to żart) próby wykorzystania API serwisu do wydobywania prywatnych informacji.
Jasne, można się spierać o to, że przecież serwis wyraźnie zaznacza, że cała treść jest publicznie dostępna. Problem w tym, że ludzie bez wiedzy informatycznej mają na ten temat swoje własne wyobrażenia. Kto z szarych blipowiczów jest świadom faktu, że raz wysłana i usunięta wiadomość mogła w międzyczasie zostać zindeksowana za pomocą API przez niezależny serwis? Ile osób wie, że treści wysłane na Blipa mogą nagle pojawić się w wynikach wyszukiwania Google? Na przykład podczas rutynowego sprawdzania potencjalnych kandydatów do pracy?
To co dziś jest prywatną opinią w zamkniętej dyskusji lub żartem wysłanym do kolegi, wyrwane z kontekstu może nieoczekiwanie zaatakować w trakcie rozmowy kwalifikacyjnej w postaci pytania dlaczego uważa Pan, że nasz kluczowy partner jest — cytuję — do dupy?
To są rzeczy, o których mało kto teraz myśli. Do złudnego poczucia prywatności przyczynia się też funkcja usuwania wysłanych wcześniej statusów. Jest bardzo użyteczna w przypadku poprawiania literówek, ale na niewiele zda się, gdy przypadkiem chlapniemy
więcej, niż chcielibyśmy powiedzieć stojąc z megafonem na dachu pobliskiego targowiska.
Na Blipie prywatność nie istnieje, nie da się jej też nic stamtąd skutecznie usunąć i trzeba się z tym pogodzić. Jeśli masz wstydliwy sekret, to użyj telefonu albo komunikatora z silnym szyfrowaniem. Proste — w teorii. Problem oczywiście leży gdzie indziej. Ludzie zawsze będą strzelać sobie w stopę, niezależnie, czy damy im do ręki komputer, czy flamaster, o czym dobitnie świadczą własne numery telefonów komórkowych, pozostawiane na przystankowych wiatach przez siedemnastoletnie krejzolki
i hasła do przeróżnych systemów informatycznych, pieczołowicie przyklejane na żółtych karteczkach do biurowych monitorów.
Dokładnie tak, Zbigniew Nienacki mógłby spokojnie napisać lepszy scenariusz do czwartej części przygód Indiego. To, co zrobili panowie Lucas i Spielberg powinno nazywać się Indiana Jones i efekty komputerowe.
Czy jestem zawiedziony? Jestem, w końcu piszę o filmie na blogu o komputerach.
Wybraliśmy się do kina na premierę. Nikt nie nastawiał się raczej na arcydzieło, ja mimo to się zawiodłem. George Lucas ma jakiś wyjątkowy talent do niszczenia swoich własnych serii. Nie pozwolił spokojnie umrzeć Gwiezdnym Wojnom, dobijając je po latach infantylną trylogią dla dzieci, strzelił też w plecy staruszkowi Henriemu. W podobnym stylu.
Co uderza praktycznie od początku, to próba udowodnienia, że Ford nagle przeżywa drugą młodość. Nie przeżywa, co widać w scenach, gdzie sam zdecydował się robić za kaskadera. Dalej mamy mglisty zarys fabuły, która jest chyba zlepkiem przypadkowo pociętych scenariuszy, z których panowie nie byli zadowoleni. Efekt pozwala przypuszczać, że prace nad scenariuszem wyglądały tak: albo ta scena wejdzie, albo ja się pakuję i mam w dupie.
Nagłe zwroty w scenariuszu, jak słusznie zauważył AK, sprowadzają się do jestem twoim ojcem, Luke.
Oczywiście, jeśli nie liczyć faktu, że poszczególne sceny nie mają ze sobą żadnego związku i łączy je tylko przeczucie wielkiego podróżnika. W efekcie dostajemy słodziutki zlepek kina familijnego à la Disney, a polewę stanowi wymuszony momentami humor i wizja emeryta koziołkującego kilometrami w lodówce na tle atomowego grzybka.
Wydaje mi się zwyczajnie, że panom Lucasowi i Spielbergowi odbiło na punkcie efektów komputerowych. Być może zakładają, że skoro miliony zakochały się w plastikowych stateczkach na sznurkach, znanych z Nowej Nadziei, to zrobienie całego filmu na komputerze uczyni ich bogami? Zakrztusili się krzemem i własnym Industrial Light & Magic. Tylko kto oglądał Gwiezdne Wojny dla efektów, kiedy obok leżał Tron? I właśnie takie Trony nam teraz serwują. Ładne, plastikowe, o smaku oranżadki Helena, która nawet nie leżała nigdy na jednej półce z owocami.
Może ten film nie jest taki zły i gdyby nazywał się John Doe i kosmici,
zostawiłbym go w spokoju. W końcu w porównaniu do takiego Eragona jest istnym arcydziełem. Nic nie poradzę, ale byłem fanem, a teraz muszę z przykrością stwierdzić, że fabularnie lepiej wyglądał serial o przygodach młodego Indiany Jonesa. Cóż, 19 lat zajęło stworzenie dwugodzinnego dzieła, w którym dobrego kina jest tyle, co w jednym odcinku MacGyvera (który lat ma grubo więcej). Słabo.
Z racji faktu, że PLD Linux cierpi na śmierć jednego z builderów, coś z zupełnie innej beczki. Jeśli ktoś chciałby do mnie postrzelać, to zapraszam. Można mnie złapać na PlayStation Network, identyfikator to patrys. Zapraszam do dodawania do znajomych. A teraz wracam do Call of Duty 4.
W dniach 8-11. maja odbyła się trzecia edycja Libre Graphics Meeting. Ci z was, którzy się nie pojawili (i mam nadzieję, że żałują), mogą obejrzeć zdjęcia i nagrania wideo z poszczególnych prezentacji.
PLD Linux był dzielnie reprezentowany przez czteroosobowy zespół w składzie: DeeJay1, djurban, emes i ja. Djurban gdzieś zagubił się w piątek, prawdopodobnie ukamienowany przez resztę deweloperów KDE. Towarzyszył nam dzielnie Jarv, któremu raz nawet udało się przyjść przed 12:30. Jeśli ktoś się zastanawiał, kim jest ten typ w pomarańczowej bluzie i koszulce z logo GNOME, to przyznaję się do winy.
Chciałem przy okazji serdecznie podziękować organizatorom, choć nie obyło się bez drobnych wpadek. Nie pojawił się na przykład absolutnie nikt z polskiej prasy. O konferencji, która pierwszy — i możliwe, że jedyny — raz odbyła się we Wrocławiu, nie poinformowała nawet gazetka Tesco. To tłumaczy śladową liczbę grafików, którzy przyszli na prezentacje, sporą część reprezentacji Polski stanowili studenci, którzy odwiedzali wykłady w przerwach między normalnymi zajęciami Politechniki Wrocławskiej.
O treści samych prezentacji nie będę się rozpisywał. Co straciliście na wykładach, możecie zobaczyć sami. Najbardziej oczekiwanym momentem była jednak prezentacja projektu Peach, która odbyła się pobliskim Multikinie. Zapominalscy na oficjalną premierę filmu Big Buck Bunny będą musieli poczekać do 20. maja.
Vagla zwraca uwagę na nieścisłości w przepisach regulujących kwestię składania wniosków do urzędów drogą elektroniczną. Ja się za to zastanawiam, kto i ile wziął pieniędzy za te wszystkie wynalazki. Nie można było prościej?
Wymagana infrastruktura
- Jeden miejski (bądź centralny) urząd ewidencji ludności;
- Jeden serwer kluczy PGP administrowany przez tenże urząd;
- Jedna para kluczy (klucz publiczny i prywatny) PGP wygenerowana przez tenże urząd i fakt udostępnienia klucza publicznego na serwerze urzędu, zaś jego identyfikatora odcisku na stronie tegoż urzędu;
- Jedna baza danych, która pozwala do każdego klucza publicznego przypisać jeden identyfikator PESEL;
- Jedna pani w okienku
Rejestracja wzoru podpisu
- Obywatel generuje parę kluczy PGP o okresie ważności nie dłuższym niż przewidziany ustawowo (powiedzmy, że będzie to kwartał);
- Obywatel generuje zlecenie unieważnienia swojego klucza publicznego;
- Obywatel drukuje zlecenie unieważnienia w formie przyswajalnej przez komputer, na przykład w postaci kodu kreskowego, co pozwoli skorzystać z niego w okienku (po okazaniu dowodu osobistego) w przypadku utracenia wyłącznej kontroli nad kluczem prywatnym;
- Obywatel umieszcza swój klucz publiczny na serwerze kluczy dostarczonym przez urząd;
- Obywatel drukuje identyfikator odcisku swojego klucza publicznego w formie przyswajalnej przez komputer (kod kreskowy) na wniosku o poświadczenie odcisku klucza;
- Obywatel z wydrukowanym powyżej wnioskiem udaje się do urzędu, gdzie składa wniosek legitymując się dowodem osobistym;
- Pani w okienku przykłada formularz do czytnika, jej komputer pobiera informacje o kluczu z serwera urzędu i pozwala na potwierdzenie imienia i nazwiska z formularzem i okazanym dokumentem tożsamości;
- Serwer podpisuje wskazany klucz publiczny obywatela z poświadczeniem pełnego zaufania dla umieszczonych tam danych za pomocą klucza prywatnego urzędu, po czym publikuje go ponownie na serwerze urzędu;
- Serwer umieszcza w swojej bazie danych informację o skojarzeniu danego klucza z numerem PESEL nadanym obywatelowi;
Złożenie podpisu pod dokumentem
- Obywatel pobiera bądź tworzy dokument, który ma następnie zostać podpisany;
- Obywatel podpisuje dokument za pomocą klucza prywatnego odpowiadającego kluczowi umieszczonemu i podpisanemu wcześniej na serwerze urzędu;
- Obywatel dokument wraz z podpisem przesyła do urzędu;
- Urząd przesyła obywatelowi poświadczenie w postaci złożonego wcześniej podpisu podpisanego ponownie kluczem prywatnym urzędu;
Unieważnienie wzoru podpisu
Zawsze może zdarzyć się tak, że obywatel utraci swój klucz prywatny lub klucz ten wpadnie w ręce osób trzecich. Wersja pierwsza:
- Obywatel generuje zlecenie unieważnienia klucza publicznego za pomocą swojej kopii klucza prywatnego;
- Obywatel importuje unieważnienie do swojego lokalnego pęku kluczy, tym samym unieważniając lokalną kopię swojego klucza publicznego;
- Obywatel publikuje ponownie swój klucz publiczny na serwerze urzędu, tym samym unieważniając swój wzór podpisu;
- Ponowne złożenie podpisu wymaga ponownego przejścia przez procedurę rejestracji wzoru podpisu;
Wersja druga:
- Ponieważ obywatel utracił swoją kopię klucza prywatnego (na przykład w wyniku kradzieży), udaje się do urzędu z wydrukowanym wcześniej unieważnieniem klucza;
- Pani w okienku przeciąga unieważnienie przez czytnik;
- Serwer importuje unieważnienie, a następnie ponownie publikuje unieważniony już klucz na serwerze kluczy;
- Pani mówi
dziękuję, następny;
- Ponowne złożenie podpisu wymaga ponownego przejścia przez procedurę rejestracji wzoru podpisu;
Wersja trzecia:
- Ponieważ obywatel utracił swoją kopię klucza prywatnego i zgubił wydrukowane wcześniej zlecenie unieważnienia, wypełnia formularz unieważnienia na papierze, podając powód i swoje dane osobowe i udaje się z nim do urzędu;
- Pani w okienku sprawdza zgodność danych na wniosku, dokumencie tożsamości i w bazie danych;
- Serwer unieważnia swój wcześniejszy podpis zaufania pod kluczami publicznymi skojarzonymi z numerem PESEL obywatela, a następnie publikuje je ponownie, tym samym wyłączając je z użytku jako podpis akceptowany przez urzędy;
- Ponowne złożenie podpisu wymaga ponownego przejścia przez procedurę rejestracji wzoru podpisu;
Wersja czwarta:
- Wygasa data ważności klucza obywatela;
- Ponowne złożenie podpisu wymaga ponownego przejścia przez procedurę rejestracji wzoru podpisu;
Zmiana klucza prywatnego urzędu
Para kluczy urzędu ze względów bezpieczeństwa również powinna mieć ograniczony czas ważności. Może się również zdarzyć, że klucz prywatny urzędu dostanie się w niepowołane ręce:
- Urząd generuje nową parę kluczy GPG;
- Nowy klucz publiczny urzędu zostaje opublikowany na serwerze kluczy;
- Identyfikator odcisku klucza publicznego zostaje opublikowany na stronie urzędu;
- Serwer podpisuje dotychczas podpisane klucze publiczne obywateli za pomocą nowego klucza prywatnego urzędu, udzielając im pełnego zaufania;
- Serwer unieważnia dotychczas używany klucz publiczny urzędu za pomocą jego klucza prywatnego, jako powód podając zastąpienie go nowym kluczem;
Różnice w stosunku do stanu obecnego
- Koszty utrzymania infrastruktury są praktycznie zerowe;
- Fizyczny koszt uzyskania wzoru podpisu przez obywatela jest zerowy;
- Nakład urzędu w celu przyjęcia bądź unieważnienia wzoru podpisu jest minimalny;
- Forma ta nie faworyzuje żadnych podmiotów gospodarczych;
- Całość działa również poza platformą Windows;
- Stosowne aplikacje klienckie można przygotować w ciągu jednego wieczoru, w dowolnym języku programowania i nie wymaga to milionowych przetargów;
- Wiele innych serwisów (nie tylko państwowych) może użyć kluczy podpisanych urzędowo choćby w celu weryfikacji rejestrujących się użytkowników (serwis nie dostaje żadnych informacji o obywatelu poza jego imieniem i nazwiskiem, ale zaufanie urzędu gwarantuje, że organy ścigania są w stanie — na podstawie odcisku klucza — ustalić tożsamość podejrzanego);
- Update: Pozwala podpisać ten sam dokument dowolnej liczbie osób;
Nie, nie o patenty. O poprzednią notkę! Uważam, że nic tak dobrze nie reklamuje produktu i dobrych intencji autora, jak solidny cease and desist,
zapraszam więc do lektury (autor zapewne postanowi zaraz pozwać mnie z powodu ujawniania korespondencji, ale list adresowany do mnie jest moją własnością):
from Dariusz R.to patrys@pld-linux.org, date Sun, Apr 20, 2008 at 5:28 PM subject Global UMTS - pomówienia zgłoszone POLICJI Witam
Jestem autorem programów Global UMTS i Global GPRS.
Dziś rano złożyłem zawiadomienie o popełnieniu przestępstwa (zdjęcie dokumentu w załączniku). Policja zabezpieczyła dowody – treść kilku stron internetowych.
Popełniono przestępstwo m.in. z art. 212 § 1 oraz § 2 Kodeksu Karnego zagrożone karą pozbawienia wolności do 2 lat.
Przygotowywane jest powództwo cywilne: odszkodowanie za pomówienie mojej osoby, które naraziło mnie m.in. na utratę zaufania potrzebnego dla mojej pracy zawodowej (w kwocie kilkudziesięciu tysięcy złotych) i kolejne odszkodowanie za niszczenie marki i dobrej renomy wśród klientów programów Global GRPS i Global UMTS, którą budowałem dużym kosztem od długiego czasu (kolejne kilkadziesiąt tysięcy złotych).
Dodatkowo trzeba też będzie przez wiele miesięcy pokrywać koszty zakupu reklam internetowych odbudowujących zniszczony wizerunek moich programów. Trzeba będzie zwrócić kwotę przeznaczoną na wynagrodzenie adwokatów.
Sprawy karna i cywilna będą się toczyć w Sądach w Warszawie.
Żądam natychmiastowego usunięcia oszczerczych tekstów (wraz z komentarzami) między innymi z tych stron:
http://room-303.com/blog/
http://10przykazan.com/archive/2008/4/15/4/
http://planet.pld-linux.org/Każdy kolejny dzień istnienia tych tekstów w internecie jest dokładnie dokumentowany przez prawników i policję i będzie podstawą do zwiększania kwoty odszkodowań i wydatków na reklamy służące odbudowie wizerunku marki i dobrej renomy Global GRPS i Global UMTS.
Dotyczy to też wyświetlania oszczerczych tekstów z archiwum stron Google. Sąd zostanie poinformowany o tym, że istnieje możliwość usunięcia tych stron z pamięci Google (szczegóły w dziale porady dla webmasterów na stronie www.google.com ) więc należy je niezwłocznie usunąć z pamięci Google.
Pozdrawiam
DarekNa koniec treść kilku artykułów z Kodeksu Karnego:
Przestępstwo z art. 212 § 1 oraz § 2
Art. 212 Kodeks Karny
§ 1. Kto pomawia inną osobę, grupę osób, instytucję, osobę prawną lub jednostkę organizacyjną nie mającą osobowości prawnej o takie postępowanie lub właściwości, które mogą poniżyć ją w opinii publicznej lub narazić na utratę zaufania potrzebnego dla danego stanowiska, zawodu lub rodzaju działalności, podlega grzywnie, karze ograniczenia albo pozbawienia wolności do roku.
§ 2. Jeżeli sprawca dopuszcza się czynu określonego w § 1 za pomocą środków masowego komunikowania, podlega grzywnie, karze ograniczenia wolności albo pozbawienia wolności do lat 2.
§ 3. W razie skazania za przestępstwo określone w § 1 lub 2 sąd może orzec nawiązkę na rzecz pokrzywdzonego, Polskiego Czerwonego Krzyża albo na inny cel społeczny wskazany przez pokrzywdzonego.
Art. 488 Kodeksu Postępowania Karnego
§ 1. Policja na żądanie pokrzywdzonego przyjmuje ustną lub pisemną skargę i w razie potrzeby zabezpiecza dowody, po czym przesyła skargę do właściwego sądu.
Jestem więc teraz przestępcą. Czujecie już respekt? Następna notka ukaże się grypserą.
Autora zaś informuję, że straszenie mnie prokuratorem jest bezcelowe. Moja kobieta jest prawnikiem i znam swoje prawa. Jeśli chcesz domagać się usunięcia jakiejkolwiek treści z mojego bloga, to staraj się o to kulturalnie, przez kontakt ze mną (którą to szansę właśnie zmarnowałeś, pokazując jednocześnie buractwo — uwaga, drugie pomówienie), albo dochodź swoich praw w sądach USA, gdzie blog się znajduje.
Po drugie, uważam, że jesteś słabym programistą i mam do tego pełne prawo. To nie gazeta. Co więcej, powiedziałem ci, co zrobić, żeby poprawić swój program. Jeśli masz ego większe od mózgu, to już problem dla psychologów, a nie sądu (uwaga, tutaj autor notki trzeci raz dopuścił się pomówienia, mamy więc recydywę). Och nie, w Internecie ktoś się myli!
Pozwij mnie od razu o przemoc w stosunku do nieletnich, szerzenie pornografii i akty lubieżne w miejscach publicznych, może w końcu trafisz z jakimś zarzutem. Najlepiej w sądzie w Gdańsku.



Ostatnie komentarze