PlayStation 3 i gry

W nawiązaniu do notki CoSTy i ja podzielę się listą gier, które uważam za szczególnie warte uwagi.

Heavenly Sword
Moim skromnym zdaniem najlepszy single player na PS3. Niby slasher w stylu God of War, ale wykonanie i rozmach iście filmowe. Grafika śliczna, a przerywniki filmowe wykonane są perfekcyjnie.
Metal Gear Solid 4
Tradycyjnie, jak to w Metal Gearach - gramy po to, żeby zobaczyć kolejne filmy w reżyserii Kojimy. Rozgrywka bardzo zyskała na przeniesieniu na nowy sprzęt, a łączny czas przerywników liczymy już w godzinach. Jeśli podobał ci się pierwszy Splinter Cell, to pozycja obowiązkowa, niezależnie od tego, czy jesteś fanem serii.
Mirror’s Edge
Kolory w grach! W końcu ktoś przypomniał sobie, że grafika nie kończy się na rozmyciu i palecie z pierwszego Quake’a. Ta gra jest najzwyczajniej w świecie śliczna. Do tego dynamiczna rozgrywka, która nie jest shooterem, choć całość obserwujemy z perspektywy bohaterki. Jedyny zarzut to marna animacja przerywników, które wyglądają jak niskobudżetowa produkcja we Flashu.
LittleBigPlanet
Tu chyba nie muszę nic pisać? Detale, z jakimi wykonano poszczególne obiekty przyprawiają o szczękopad, a w przypadku posiadania kilku padów gra staje się przebojem imprezowym.
Buzz!
Tutaj miałem spore wątpliwości przed zakupem. Brzydko pachniało mi familijnymi hitami na miarę śpiewaj z Dodą, ale ostatecznie przekonał mnie kumpel, który któregoś dnia odwiedził nas z własnym egzemplarzem. Za rekomendację niech wystarczy fakt, że tydzień później dokonałem zakupu. Jeśli regularnie odwiedzają cię znajomi, którzy nawet po pijaku nie kwalifikują się na karaoke, powinieneś właśnie stać w kolejce do kasy.
Call of Duty 4
Najlepsza rozgrywka sieciowa tej generacji konsol. Nawet najbardziej oporni, którzy twierdzili, że takie gry to tylko na myszkę, chwytali pada w dłoń i nie chcieli się z nim rozstać. Niestety, ostatnio zastąpił ją hicior, w którym jako dziadek Tuska walczymy z hordami nieumarłych.

Oczywiście, dobrych gier jest więcej, chciałem jednak ostrzec wszystkich przed grami typu Grand Theft Auto 4, Mercenaries 2 i Far Cry 2. O ile przy San Andreas bawiłem się świetnie, to czwarta część serii jest zdecydowanie najgorsza. Dokładne przeciwieństwo Mirror’s Edge — ciemno, brzydko i nudno. Każda z tych trzech gier eksploatuje motyw piaskownicy w zupełnie nieudany sposób. Efekt jest taki, że do każdej piętnastominutowej misji jedziemy pół godziny, a wszystko jest tak powtarzalne i chaotycznie ze sobą powiązane, że kiedy wkładamy tę samą płytę drugiego dnia, trudno przypomnieć sobie choćby strzępy fabuły i jakikolwiek cel gry.

Cóż, wydaje się, że ten ostatni w obecnej generacji zastąpiły osiągnięcia i trofea.

Usuwanie konta z portalu Nasza Klasa

Procedura jest prosta:

  • Logujemy się na swoje konto
  • Wchodzimy w edycję profilu
  • Czyścimy wszystkie pola, a w wymagane wpisujemy Smok Wawelski
  • Usuwamy wszystkie zdjęcia z galerii
  • Wypisujemy się ze wszystkich klas
  • Kasujemy, co nam się jeszcze uda, z korespondencją włącznie
  • Za pomocą forum lub prywatnej wiadomości piszemy adminowi, gdzie nam może naskoczyć, a gdzie nagwizdać
  • Zgłaszamy własne konto jako fikcyjne, a ostatnią wiadomość jako naruszenie regulaminu
  • Czekamy i śpimy spokojnie

Jak się okazuje, jest to jedyna pewna metoda całkowitego zniknięcia z bazy danych, w przeciwieństwie do funkcji usuń konto. Ta ostatnia nie dość, że jedynie ukrywa profil, to uniemożliwia jakiekolwiek administrowanie w ten sposób przechowywanymi danymi (prawdopodobnie wbrew naszej woli, bo gdy — dawno temu — usuwałem swój profil, nigdzie nie było śladu podobnej funkcjonalności i nie było przesłanek, świadczących o dalszym przechowywaniu i przetwarzaniu moich danych osobowych).

Niektórzy to mają poczucie humoru, prawda? Formalne wnioski o usunięcie danych można słać na adres kontakt@nasza-klasa.pl, czego Pan Gąbka wam nie powie, bo odsyła do formularza kontaktowego, który po wybraniu kategorii profil odsyła do opcji usuń konto, której już usunięte konta nie posiadają.

Django: cache i aplikacja Admin

Wczoraj na Blipie pojawiła się dyskusja na temat obsługi cache w Django i domyślnego przechowywania w nim wszystkich widoków, z panelem administracyjnym włącznie. Koncepcji pojawiło się kilka, z łataniem kodu Django włącznie. Na szczęście rozwiązanie jest bardzo proste.

Aby zblokować pamięć podręczną dla panelu administracyjnego (oglądanie nieaktualnych danych przez administratora to raczej średni pomysł), wystarczy udekorować go funkcją never_cache tak, jak robi się to z każdym innym widokiem:

from django.conf.urls.defaults import *
from django.contrib import admin
from django.views.decorators.cache import never_cache

admin.autodiscover()

urlpatterns = patterns('',
    ('^admin/(.*)', never_cache(admin.site.root)),
)

emes przygotował nawet stosowną łatkę na dokumentację.

Wszystko git

Ha, jeszcze żyję! Nie miałem ostatnio zbyt dużo czasu na prowadzenie bloga. Powodów było wiele — Little Big Planet, pomoc przy serwisie e-Lady, Little Big Planet, duży projekt dla Zurichu i impreza z okazji mojego upgrade’u do wersji 0.26. Chyba dobrze, bo parzyste wydania są stabilne.

Skoro jestem już staruchem, to pozwólcie, że udzielę wam rady, przez którą przemawiają dziesięciolecia doświadczenia. Nauczcie się używać Gita, warto. Zwłaszcza, jeśli w tym momencie pomyśleliście sobie a po co — znam ci ja wszak Subversion?

Ciężko byłoby mi wymienić, ile razy git uratował moje szanowne cztery litery w ciągu tylko tego roku. Najprostszy przykład mam jednak na wyciągnięcie ręki. Wyobraźcie sobie, że dostajecie serwis w spadku po tragicznie znikniętym deweloperze (tragicznie wykonal pracę i zniknął). Kilka giga śmiecia — pliki pe-ha-pe wymieszane z szablonami, grafiką, plikami do pobrania.

Cały ten bajzel bez ładu i składu poupychany w dziesiątki katalogów o dźwięcznych nazwach: includes, modules, files, pliki, integracja. Kopiować przez SSH nie ma sensu, bo życia by nie starczyło, wrzucić całość do kontroli wersji? Narzędzie importu SVN ubiłem po godzinie, gdy nadal czekałem na prośbę o komentarz do zmian.

Skończyło się na lokalnej kompilacji Gita, zainicjowaniu repozytorium w katalogu z projektem i dodaniu tylko sensownych plików (html, php, css). Całość trwała w sumie z pięć minut i świat znów stał się kolorowy (dłuższa styczność z PHP oprócz kolorowych wizji może być również powodem halucynacji, przed użyciem skontaktuj się z lekarzem lub farmaceutą).

Jeśli więc i ty trafisz kiedyś na projekt, który jest wzorcową implementacją specyfikacji z The Daily WTF i nigdy nie widział systemu kontroli wersji, przypomnij sobie o Gicie i uczyń świat lepszym miejscem dla naszych dzieci.

Sprzęt: HTC Touch Diamond

Czas już chyba najwyższy przebudzić tego bloga z letargu. Kilka osób prosiło mnie o opisanie pierwszych wrażeń z urządzeniem, poniżej możecie więc znaleźć krótką recenzję Diamonda.

Na początku wypada mi podziękować pracodawcy, firmie ITS Ltd., za obdarowanie mnie zarówno Diamondem, jak i poprzednim PDAVodafone v1615 (HTC Kaiser). Oba urządzenia przeszły testy jako mój podstawowy telefon. Wstępy mamy za sobą, zatem do dzieła.

Główny urząd miar i wag

Złośliwi powiedzą, że HTC Kaiser został zaprojektowany jako urządzenie do tłuczenia szyb i wbijania gwoździ. Wymiarami odpowiada iPhone’owi, ale jest od niego półtora raza grubszy. Solidność konstrukcji z pewnością niejeden gwóźdź przetrzyma, jednak Kaiser rozmiar swój zawdzięcza głównie wbudowanej, wysuwanej klawiaturze.

Diamond jest od niego dużo mniejszy — wysokość i szerokość straciły po centymetrze, a grubość jest minimalnie mniejsza od urządzenia z jabłuszkiem. Cała obudowa wygląda dużo nowocześniej i przypomina bardziej iPoda Nano niż materiał budowlany. Główną ofiarą gwałtownej redukcji wymiarów jest sprzętowa klawiatura, której usunięcie pozwoliło również masie urządzenia zmieścić się w klasie kieszonkowych telefonów. Z niespełna 200 gram zrobiło się nieco ponad 100, co powinno zapobiec nadmiernemu umięśnieniu tylko jednej z partii mojego ciała.

Wyświetlacz i interfejs

Na PDA ekrany dotykowe są standardem od dłuższego czasu. Kaiser ze swoim wyświetlaczem 240×320 nie wyglądał najgorzej (jeśli pominąć sam system Windows, którego elementy tu i ówdzie boleśnie prześwitują przez choćby najlepiej zaprojektowaną nakładkę graficzną). Wysunięcie klawiatury powodowało zmianę orientacji wyświetlacza, który już w trybie landscape można było odchylić i wyobrazić sobie, że mamy bardzo małego laptopa. iPhone ze swoim 320×480 był naturalną ewolucją.

Diamonda z wyświetlaczem 480×640 trzeba zobaczyć na żywo. Nie przypuszczałem, że dożyję gładkich czcionek na urządzeniu przenośnym. Ekran jest mniejszy od oferowanego przez Apple (2,8″ kontra 3,5″), ale wygląda prześlicznie. Wysoka rozdzielczość w połączeniu z niewielką przekątną zapewnia jakość odwzorowania grafiki, z jaką monitory biurkowe nie mogą się równać (dlatego patrząc na zdjęcia w sieci nie docenisz tego cudeńka).

Składnica jedzenia: klawiatura

Wspomniałem, że Kaiser dysponuje sprzętową klawiaturą. Czy jest wygodna? Bardzo. Przynajmniej tak długo, jak długo nie przyjdzie nam wprowadzać polskich znaków. Czy tęsknię? Nie — książki na PDA pisał nie będę, jeśli zaś chodzi o korzystanie z internetu i telefonu, klawiatura ekranowa Windows Mobile radzi sobie aż nadto dobrze.

Dla ceniących komfort pisania (w tym intuicyjną obsługę znaków diakrytycznych) obowiązkowym dodatkiem do każdego sprzętu z Windows Mobile na pokładzie powinien być Resco Keyboard Pro. Jest wart swojej ceny. Naprawdę.

System operacyjny i środowisko

Oba urządzenia HTC pracują pod kontrolą Windows Mobile Professional (6.0 w przypadku Kaisera i 6.1 w przypadku Diamonda). Oczywiście, nie ma wątpliwości, że na ten system właśnie dostępnych jest najwięcej aplikacji, ale marna to pociecha w obliczu graficznej katastrofy w postaci domyślnego interfejsu użytkownika. Tutaj iPhone wygrywa bez kiwnięcia palcem.

HTC dołożyło wszelkich starań, aby ukryć paskudne bebechy brzydactwa z Redmond, ale są miejsca, gdzie nie da się ich uniknąć. O ile główny interfejs Diamonda jest śliczny i w całości obsługiwany za pomocą gestów, o tyle wyłączenie zestawu stereo Bluetooth wymaga przebrnięcia przez dwa ekrany konfiguracji. Serio. Nie, nie wystarczy wyłączyć słuchawek, wtedy dźwięku nie ma wcale. FAIL.

W przypadku zwykłego telefonu nie wspomniałbym o tym wcale, ale w dobie iPhone’a warto dodać, że oba urządzenia (przynajmniej na terenie Anglii) rozprowadzane są bez sim-locka (ani innych cudów aktywacyjnych).

Diamond na baterii żyje jakieś dwie doby, wliczając w to sporadyczne rozmowy, zestaw stereo na Bluetooth i słuchanie muzyki. Nie jest to szczególnie imponujące osiągnięcie, jeśli porównać go z klasycznymi telefonami.

Oprogramowanie

Nie będę pisał o tym, że Windows Mobile przychodzi z pakietem biurowym, ale warto wspomnieć, że Diamond na pokładzie ma natywnego klienta YouTube i aplikację Google Maps. Ta ostatnia potrafi oczywiście korzystać z wbudowanego odbiornika GPS obu urządzeń.

Nie sposób pominąć też przeglądarki. Posiadacze PDA działających pod kontrolą Windows z pewnością pałają już serdeczną nienawiścią do dostarczanej z systemem parodii przeglądarki internetowej. Dlatego cieszy fakt, że z Diamondem nie tylko dostarczana jest pełna wersja przeglądarki Opera Mobile, ale jest ona w pełni dostosowana do samego urządzenia. Znaczy to tyle, że korzysta z akcelerometru (którego Kaiser nie posiadał) i jog-wheela (który uwielbiam w swoim iPodzie Nano, a który Apple gdzieś zgubiło przy projektowaniu nowych urządzeń).

To zdanie zasługuje na osobny akapit: Opera Mobile (9.5) na Windowsie jest szybsza od Safari na iPhonie. Czapki z głów przed autorami przeglądarki. Płynny zoom za pomocą kółka to też mistrzostwo.

Reszty nie będę opisywać, ich listę można znaleźć online. Zaznaczę tylko, że Teeter (wbudowana gra polegająca na prowadzeniu kulki za pomocą akcelerometru) wciąga niezwykle. Uprzedzając pytania: tak, zainstalowałem Lightsaber, jestem prawdziwym Jedi i tak dalej.

Czy warto?

Jeśli masz zapłacić za niego oficjalną polską cenę (1499 PLN) — lepiej kup sobie PlayStation 3 albo Xboksa 360.

Jeśli szukasz telefonu z długim czasem czuwania — kup Nokię 3310, bo Diamond wymaga ładowania przynajmniej raz na dwa dni.

Jeśli potrzebujesz głównie odtwarzacza muzyki — polecam iPoda Nano i nie zmieniaj telefonu.

Jeśli chcesz przetestować Androida — poczekaj na HTC Dream.

Jeśli szukasz recenzji iPhone’a — przykro mi, to nie ten adres.

Jeśli szukasz dobrego PDA — polecam Diamonda.

Stabilna wersja PLD Live

Trochę musieliśmy poczekać, ale chyba było warto. Wczoraj qwiat zdecydował się wydać stabilną wersję PLD Live w wersji th.2008.09. A trzeba powiedzieć, że nie było to łatwe zadanie — trudna ścieżka stabilizacji okupiona była wieloma mękami i torturami w postaci rozlicznych butelek tequili, kilku flaszek szkockiej i walających się po kątach butelek po piwie.

O oprogramowaniu rozpisywać się nie będę, zainteresowanych szczegółami zapraszam na stronę projektu. Mam nadzieję, że niedługo uda się przenieść projekt do stosownej subdomeny pld-linux.org (trwa jeszcze sezon urlopowy i część władnych tego świata jest zwyczajnie nieosiągalna).

Kolejne kroki naszej drogi do władzy nad światem to dopracowanie instalatora i dostosowanie do potrzeb PLD usługi firstboot. Ta ostatnia pozwala skonfigurować świeżo zainstalowany system, włącznie z założeniem konta pierwszego użytkownika.

Jak zwykle, serdecznie zapraszamy do testowania. Wszelkie błędy i problemy powinny trafiać na Launchpad.

Update: hawk zlitował się nad nami i strona ma już bardziej oficjalny adres. Wielkie dzięki!

PLD: Live z Anacondą

Mija kolejny tydzień i kolejne dobre wiadomości. Zacznę może od najważniejszej, qwiat właśnie udostępnił PLD Live z Anacondą! Ponieważ do tego zdania już nikt nie dotrze, wlazł kotek na płotek i mruga.

Dla upartych podam — tradycyjnie — listę wiążących się z tym zjawiskiem ticketów:

  • Redhat bug #461118 - nie da się prawidłowo przeprowadzić instalacji na czystym fabrycznie dysku (brak tablicy partycji)
  • Redhat bug #461357 - wyczyszczenie kodu Anacondy jako pierwszy krok dla integracji obsługi PLD w upstreamie
  • GNOME bug #550714 - wsparcie dla PLD w upstreamowym NetworkManagerze
  • Launchpad bug #267518 - comps.xml wymaga wielu poprawek

Tradycyjnie, kobiety, złoto i alkohol przyjmowane będą w soboty w zakrystii codziennie u nas w mieszkaniu. Prosimy o wcześniejsze uzgadnianie terminów wizyt.

PLD: Piekło zamarzło

To były dobre dwa tygodnie. W zeszły weekend doprowadziłem skrypty linux-live do stanu, który pozwolił qwiatowi zbudować działające PLD Live 2.0. Tak, po czterech latach przerwy, PLD ma działającą wersję Live CD. Szczegóły można przeczytać na blogu qwiata.

W czwartek znaleźliśmy sobie nową zabawkę. Część z was pewnie już wie, reszcie raczej trudno będzie zgadnąć. Niech przemówią screenshoty.

PLD Linux installer - splash

Tak, to jest autentyczny zrzut ekranu z działającego obrazu PLD Live 2.0. Nie spreparowaliśmy go w GIMPie.

PLD Linux installer - packages

Piekło zamarzło, PLD ma działający instalator. Po latach zabawy z wyrobami instalatoropodobnymi (bez urazy, każdy próbował jak umiał).

Nasze aktualne drzewko Anacondy można znaleźć w moim repozytorium gita. Działający kod znajduje się na gałęzi pld-branch.

Co zostało do zrobienia? Przede wszystkim wypadałoby poprawić znalezione przy tej okazji błędy: #262985, #263149. Być może dostosowanie usługi konfiguracji firstboot do potrzeb PLD? Pozostaje też dopracowanie grup pakietów (comps.xml) i wznowienie generacji repozytoriów w formacie repomd (createrepo). A może ktoś zabierze się za napisanie backendu opartego o python-poldek?

Złoto, kobiety i piwo przyjmujemy w każdych ilościach (qwiat prosił, żeby zaznaczyć, że kobiety tylko w całości), chętnych darczyńców uprasza się o wcześniejszy kontakt ;)

Prawnicy są zgodni: Global GPRS wywołuje myśli samobójcze*

Miałem nadzieję, że moje przygody z pozwami skończyły się wraz z poprzednią notką w wątku. Wiemy jednak, że życie lubi zaskakiwać, czyż nie1? Po powrocie z urlopu z otwartymi ramionami przywitał mnie kolejny email z wymiarem sprawiedliwości w tle. Od kogo? Wydaje mi się, że ogłoszenie konkursu w tej sprawie byłoby niecelowe.

1 miłośnicy Pratchetta mogliby w tym miejscu słusznie zauważyć, że obiekty w lusterku wstecznym mogą znajdować się bliżej, niż się wydaje

Tym razem pan Dariusz pisze (email z dnia 16. sierpnia, pisownia oryginalna, pozwolę sobie na wtrącenia):

Witam

Właśnie wróciłem z długiego dwu miesięcznego urlopu i widzę, że nadal oba artykuły o moich programach nie są usunięte i powielają się na coraz większej ilości stron internetowych. Wygląda na to, że nie zwracasz uwagi na popełniane przestępstwa. Powiem ci jak zareagował adwokat, gdy zobaczył twój drugi artykuł zawierający moją prywatną korespondencję: uśmiechnął się i powiedział “to chyba jakiś samobójca”.

Nie jest mi znany wyrok sądu, który uznawałby moje postępowanie za noszące znamiona przestępstwa. Z pewnością nie jest nim udzielanie porad w kwestii poprawienia słabo napisanego programu (który autor sam określił jako wersję beta).

* badania przeprowadzone na grupie kontrolnej zawierającej prawników sztuk jeden; tytuł programu użyty wyłącznie w celach informacyjnych

W pierwszym artykule naruszyłeś moje dobra osobiste m.in. pomawiając mnie o to, że jestem podejrzanym typem, który może fałszować swoje dane osobowe w licencji programu i tworzy podejrzane programy, które należy unikać. Mimo, że zostałeś poinformowany o naruszeniu prawa, to w pełni świadomie popełniłeś kolejne przestępstwo - publikując moją prywatną korespondencję ponownie naruszyłeś moje dobra osobiste (prawo do prywatności). Jest tylko jedna kategoria listów, które mogą być rozpowszechniane publicznie - tzw. listy otwarte. Wszystkie inne podlegają ochronie prawa. Mój list adresowany był tylko do jednej, konkretnej osoby.

Czy jest przestępstwem wyrażenie wątpliwości co do godności (czyt: imienia i nazwiska) autora? Wszak ten ostatni zarówno w archiwum z programem, jak i na jego stronie internetowej figurował jako niewiele mówiący dariuszdev gmail com (stanu bieżącego nie zbadano ze względu na nikłe zainteresowanie niżej podpisanego tytułowym wynalazkiem). Nie sądziłem, żeby faktycznie nosił dźwięczne i jakże rdzennie polskie nazwisko Dev2, toteż i imię nie wydało mi się pewne.

2 w czym upewniłem się po lekturze treści już piątego listu od pana Dariusza, kiedy to był łaskaw zdradzić mi swoje nazwisko, które skrzętnie zamaskował także na zdjęciu złożonego na policji doniesienia o popełnieniu przestępstwa

Przy okazji zauważmy, że mowa jest o licencji programu. Niestety, nie udało mi się z nią nigdy zapoznać, gdyż plik tekstowy z opisem programu stanowi, że licencja znajduje się wewnątrz programu, w którymś z menu. Mamy więc jajko-niespodziankę, na którym małym druczkiem umieszczono zapis o takiej mniej-więcej treści: naruszenie zewnętrznej powłoki czekolady jest jednoznaczne z akceptacją warunków umowy, która znajduje się w środku. Nic więc dziwnego, że nigdy nie uruchomiłem programu, skoro wymagałoby to czynu niemożliwego — wcześniejszego, zapewne telepatycznego, zapoznania się z warunkami i akceptacji owej licencji, prawda? Tutaj pozwolę sobie wyrazić nadzieję (sprawdzić nie mogę), że przynajmniej tam znajdują się dane osobowe pana Dariusza, gdyż dziwnym jest3 zjawiskiem licencja, w której nie występuje strona udzielająca.

3 wbrew poglądom, jakie głosi Wilq, znamienity polski poeta

Panu Dariuszowi zaś spieszę z wyjaśnieniem, że do publikacji nie wykorzystałem jego prywatnej korespondencji. Dużo wygodniej było mi użyć tej kopii, którą sam był łaskaw dostarczyć do mojej skrzynki elektronicznej4. Być może dopuściłem się tym samym naruszenia tajemnicy własnej korespondencji, czym mogłem spowodować u siebie niepowetowane straty, jednak wydaje mi się, iż niezwykle ciężko byłoby udowodnić sobie samemu przed sądem, że uczyniłem to bez własnej zgody.

4 firma Google z pewnością będzie w stanie potwierdzić sygnaturę wiadomości odebranej przez własny serwer: af3c9b1e0804200828t2c8e51e3r848c2999b8edeb31@mail.gmail.com

Trzeba bowiem wiedzieć, że w świetle przepisów, prawo pełnego dysponowania korespondencją należy do odbiorcy, a odbiorcą w tym przypadku jestem ja. Gdyby taki hipotetyczny pan Roman przyszedł i upublicznił kompromitującą wiadomość skierowaną do mnie przez pana Dariusza, oj — wtedy byśmy się pogniewali. Poczta adresowana do mnie jest bowiem chroniona przez ustawę o ochronie praw autorskich i pokrewnych jeszcze w dwadzieścia lat po moim zgonie, którego — mimo sugestii ze strony szacownego grona adwokackiego — w najbliższym czasie nie planuję.

Zapewniam również, że w posiadanie własnej poczty wchodzę drogą legalną i bez użycia specjalnych urządzeń podsłuchowych, a publikując informację o czekającym mnie pozwie nie naruszyłem tajemnicy chronionej żadną umową pomiędzy mną i panem Dariuszem.

Na twoją niekorzyść działa to, że opublikowałeś moją prywatną korespondencję po to, aby po raz kolejny naruszyć moje dobra osobiste, mimo że byłeś już poinformowany o złamaniu prawa w pierwszym artykule. Kilka artykułów agresywnie atakujących moją osobę wyraźnie wskazuje na działanie z premedytacją, celowe a nie przypadkowe popełnianie przestępstw, co zawsze skutkuje wyższą karą wymierzaną przez Sąd.

W związku z publikacją mojej prywatnej korespondencji na wielu stronach internetowych do aktu oskarżenia dodane zostaną kolejne zarzuty dotyczące naruszenia moich dóbr osobistych - prawa do prywatności.

Oczekuję niezwłocznego usunięcia obu artykułów z wszystkich stron w internecie na których są umieszczone.

Na sprawie karnej oprócz kary z art.212 KK p.2 i usunięcia artykułów, będę domagał się też zadośćuczynienia finansowego za naruszanie moich dóbr osobistych w tym prawa do prywatności.

Dalej mamy tradycyjne straszenie sądem. Oczywiście nie mówimy tu o groźbie bezprawnej, bo ta ostatnia jest przestępstwem i podlega karze pozbawienia wolności do lat trzech5 i… pojawiła się nieco wcześniej.

5 por. art. 115 § 12 oraz art. 191. § 1 kodeksu karnego; czytelników z upośledzoną zdolnością czytania ze zrozumieniem informuję, że do lat trzech nie dotyczy wieku osoby dopuszczającej się czynu

Oto czytam bowiem w emailu od pana Dariusza z 20. kwietnia (pisownia oryginalna):

Jak sprawa nie zakończy się od razu i narosną duże straty, to będę
musiał wysłać pozew cywilny trafi do Sądu.

Więc nie trać czasu teraz jeszcze jestem w stanie zakceptować niezbyt
wielkie straty i na wszystko przymknać oko i wycofać zawiadomienie o
popełnieniu przestępstwa.

Mamy więc groźbę spowodowania postępowania karnego lub rozgłoszenia wiadomości uwłaczającej czci zagrożonego lub jego osoby najbliższej zastosowaną w celu zmuszenia innej osoby do określonego działania, zaniechania lub znoszenia.

Linux i systemy plików

Glen (Elan Ruusamäe z PLD) spytał mnie dziś o system plików, jaki polecałbym na serwer pocztowy. Chodziło o jego serwer, na którym zdechł był właśnie reiserfs. Zaproponowałem ext3 z journalingiem albo xfs ze zmniejszonym rozmiarem bloku (poczta = dużo małych plików).

Przy okazji przypomniało mi się, o czym miałem tu napisać dawno temu. Początkowo dla własnej pamięci, ale jakoś uleciało mi to z głowy. Spóźnione o jakieś dwa lata, bo mniej więcej dwa lata temu przypadkiem odkryłem powód powolności jednego z serwerów.

Zawsze (zawsze!) po instalacji systemu należy upewnić się, że wszystkie fizyczne systemy plików montowane są z parametrami noatime,nodiratime albo przynajmniej relatime. Dla xfs dodatkowo pomoże logbufs=8.

Ku pamięci i takie tam. Wydrukować i oprawić w ramki albo więcej nie dziwić się, kiedy maszyna z minimalnym ruchem http doświadcza load na poziomie 5.

Update: okazuje się, że w sierpniu zeszłego roku podobny wątek pojawił się na kerneltrapie. Upewniłem się też (wczoraj zastanawialiśmy się nad tym z qwiatem w drodze na piwo, więc z dala od kerneli), że noatime dotyczy zarówno plików, jak katalogów, przez co podawanie dodatkowo nodiratime jest zbędne. Czas się odzwyczaić.