Tytułem wprowadzenia napomknę, że (jak zapewne wiecie) pracujemy nad systemem obsługi sprzedaży dla naszej firmy. Ekipa składa się z trzech osób, a potężny skład jej zasilam ja, MójWspółpracownik™ oraz nikt inny, jak sam SynPrezesa™. Prace toczą się równolegle na całej linii, a całość jest nadzorowana przez system kontroli wersji (subversion). System ten poza rozlicznymi zaletami pozwala także przeglądać listę ostatnich zmian, a (co za tym idzie) także sprawdzić, z jaką częstotliwością konkretny pracownik się obija.

Jako, że syn najwyższego zapewnia nas regularnie o swoim zaangażowaniu w projekt, postanowiłem poszperać w statystykach serwera kontroli wersji. Szczegółów oszczędzę, dośc powiedzieć, że zaryłem byłem paszczęką w naszą polską glebe, kiedy okazało się, że system w krótkim czasie doczekał się wersji tysiąc pięćsetnej. Zgodnie z regułą przyświecającą znamienitemu reżyserowi zwanemu wszem i wobec jako Hitchcock, zaczęło się od trzęsienia ziemi (widocznie moja żuchwa uderzyła była zbyt mocno), a potem napięcie rosło. Okazało się, że SynPrezesa™ dynamicznie rozwija system, niestety nie jest to system sprzedaży, a system kompleksowego wypoczynku na kanapie. Ostatnia wersja, w której coś zmienił miała numer poniżej 600. To w oczywisty sposób wskazuje na błąd automatyki, przecież nikt nawet nieśmiałby podejrzewać SynaPrezesa™ o, za przeproszeniem, bezczynność w tak długim okresie czasu. Postanowiłem przywrócić więc dobre imię mojego idola i w te pędy udałem się na rozmowę:

- Hmm, wydaje mi się, że od dość dawna nasz system nie wykrył z twojej strony żadnej aktywności.
- Noooo.
- A jakiż jest tego powód?
- Nie mam jak pracować. Nie mam komputera.
- W biurze jest pełno terminali, wolna stacja robocza plus twój własny sparc, co to trzyma 128 adresów.
- Ale ja nie umiem pracować w biurze. Muszę w domu. Nie mam komputera.
- Jak nie masz. miałeś dwa?
- No ale oba stoją w biurze i czekają aż BezpośredniPrzełożony™ łaskawie ruszy dupę i mi je do domu zawiezie.
- A termin zamknięcia tego etapu systemu dawno minął.
- A ja jadę do domu coś zjeść.

Morał: żyjemy w dobie, gdzie krucho o posadę. Firmy zatrudniają pracowników na zlecenie i zwalniają zaraz po wykonaniu pracy. Rynek pracy działa na zasadzie “Murzyn zrobił swoje, Murzyn może odejść”. Tylko specjalnie wypracowana strategia pozwala przetrwać w tak trudnych warunkach rodem z dżungli. U podstaw strategii tej leżą rozbudowane Public Relations i znajomości, a najchętniej konotacje rodzinne. Poza tym hołduje ona powiedzeniu rodem z czasów socjalistycznych: “nie można niczego robić w pośpiechu, pracę trzeba szanować, wtedy wystarczy na dłużej”. :)