Archiwalia dla 07.2004

Zgubiony poemat Dr. Seuss’a

Postanowiłem zamieścić tekst podesłany mi przez Havnera. Myślę, że świetnie pasuje do klimatu strony. Wielkie dzięki, Havner. Zapraszam do lektury. Poza tym w ofercie pojawiły się kultowe koszulki! :)

“Ja Kocham Swoją Pracę!

Ja kocham swoją robotę, zarobek kocham też!
Ja kocham je coraz mocniej, czy słońce jest, czy deszcz.
Ja kocham mego szefa, on przecież jest wspaniały.
Kocham też jego szefów - i wszystkich pozostałych.

Ja kocham swoje biuro i jego pochodzenie,
Na urlopowy wyjazd go nigdy nie zamienię.
Kocham biurowych mebli ponury szary kolor
I sterty dokumentów rosnące wciąż na nowo.

Wydajność mojej pracy wzrasta wręcz nadzwyczajnie
I nie znam innych przyczyn by było mi tak fajnie.
Ja kocham też obecność moich współpracowników,
Pełną złośliwych uwag, uśmiechów, wykrzykników.

Ja kocham mój komputer, kocham jego programy.
Przytulam je do siebie, chociaż nie bez obawy.
Ja kocham każdy program i wszystkie jego pliki
Zwłaszcza jeśli ich praca przynosi mi wyniki.

Szczęśliwy jestem tutaj! Tu źródło mej radości,
Niewolnik swojej Firmy - to pełnia szczęśliwości!
Ja kocham tę robotę. Ja kocham swe zadania.
I kocham tych nudziarzy co ględzą na zebraniach.

Ja kocham swoją pracę, być może was to nudzi.
I również bardzo kocham przybyłych właśnie ludzi.
Tych dwu przyjaznych ludzi, wcale nie żadnych głupków.
Co w śnieżnobiałym kitlu wywiozą mnie do “czubków”.

Wolny przekład z angielskiego
Andrzej S.”

Niestety, źródło i dokładny autor nie są nam znane.

Lekcja statystyki

Dziś rano, zgodnie z poleceniem SamegoPrezesa™ wysłaliśmy plan na dziś i do końca lipca. Odpowiedź na mój plan:

“Proszę przesładnie dokładnej listy zadań własnych do wykonania w lipcu 2004.
Do listy proszę dołączyć plan realizacyjny tych zadań (w ujęciu szczegółowym).
Proszę przewidzieć rezerwę czasową na różne zadania zlecanie na bieżąco (operacyjne).

[...]

Inne:
- proszę od dzisiaj o raporty po każdym dniu ze szczegółową listą (z czasem wykonania) czynności.
- proszę rejestrować i informować mnie o wszystkich ew. telefonach dotyczących twoich ew. interwencji informatycznych.
- przypominam o zadaniu stworzenia nowego narzędzia dla naszego klienta (na jakim etapie jest to zadanie?)
- przypominam o zadaniu - terminarz grupowy/sieciowy
- przypominam o zadaniu - struktura organizacyjna firmy (szablon)
- prosze o informacje szczegółową dot. powstającego systemu - proszę o propozycję metody wdrażania.”

Odpowiedź na plan MojegoWspółpracownika™:

“Te punkty to lista zadań (i to ogólna!), a nie plan. Plan musi zawierać szczegółowe operacje, z których składa się dane zadanie z rozpisaniem szczegółowego terminu (od … do) i godzin wykonania.

Poza tym z listy wynika, że przez tydzień nie będziesz miał co obić, bo te zadania to może na jeden dzień - to za co mamy Ci zapłacić?”

Odnośnie tego ostatniego, owe “ogólnikowe zadania, które nie są planem” mają w sumie około 40 godzin roboczych, tak długiej doby jeszcze nigdy nie widziałem. Doszliśmy więc do wniosku, że żyjemy w kraju o polarnych dniach i tropikalnych nocach, te pierwsze trwają bowiem tyle, ile to konieczne, a te drugie tyle, żeby nie spóźnić się rano do biura.

Co zaś tyczy się szczegółowych danych powstającego systemu? Proszę bardzo:

60 tabel w bazie danych
25000 linii kodu
80 plików
800 kb miejsca
2800 commitów w logu subversion od 10. maja

Z innych danych statystycznych: od ostatniej dłuższej wizyty SynaPrezesa™ doświadczamy braku jednej myszki bezprzewodowej i jednej klawiatury bezprzewodowej. Jak mówił, “pozyczył je do środy”. Zapomniał podać datę chociażby z przybliżeniem do roku.

Każde dziecko chce być w reprezentacji

Dzień zaczął się dosyć skromnie, tylko SamPrezes™ wpadł na chwilę, wydając z siebie przeraźliwy ryk i krzycząc, że tak dalej być nie może. Prawdziwego pracownika działu IT takie rzeczy nie przerażają, toteż z MoimWspółpracownikiem™ pomyśleliśmy, że znów coś nie działa i nikt nas nie raczył powiadomić. To był jednak błąd, o czym miałem się szybko przekonać. Nie wiedziałem jednak, że za chwilę popełnię błąd jeszcze większy, a karalny śmiercią nawet. Otóż w napadzie nagłej radości po przekomicznej scenie szturmu na nasze biuro, pozwoliłem sobie ustawić taki oto status na komunikatorze:

Plan na dziś:

[ ] wypłata
[ ] zwolnić się

A nadmienić tu należy, że atak SamegoPrezesa™ skierowany był właśnie w system wymiany planów pracy pomiędzy działem IT a zarządem. Grunt, że ustawiając status nie byłem świadom mojej niebotycznej roli w domenie Public Relations na linii firma - reszta świata. SamPrezes™, który akurat był korzystał z domowego komputera, niemal przypłacił mój wybryk życiem. Serce stanęło mu w piersi, a cała krew wbrew prawom powszechnego ciążenia znalazła się naraz w głowie. Firma jest jak rodzina. A krzywd wyrządzonych rodzinie się nie wybacza.

Nie zdziwiło mnie przeto nagłe telefoniczne wezwanie na dywanik. Dziarskim krokiem ruszyłem na spotkanie z nieznanym, nawet po części nie przeczuwająć czającego się na mnie niebezpieczeństwa. Wszedłem oto do przenajświętszego pokoju w firmie, od drzwi już widząc, że coś jest nie tak. Jak bowiem często w jednym pokoju znajdują się trzy najważniejsze dla mojej zawodowej przyszłości osoby, na co dzień pracujące w różnych gabinetach? Przewodniczący komisji lustracyjnej zdecydowanym gestem wskazał mi najtwardsze krzesło w promieniu 3 kilometrów i miłym, aczkolwiek stanowczym głosem szepnął:

- SIADAJ!
- Słucham.
- Przyszedłeś na sąd.

Specjalnie religijną osobą nie jestem, wiem jednak, czym takie rzeczy pachną. Na szczęście rodzina wie, gdzie wyszedłem z domu i upomną się o zwłoki.

- A moge wiedzieć, co zrobiłem?
- Chodzi o całokształt!
- Jesteście, a właściwie jesteś, bezczelny i arogancki w swoim zachowaniu.
- Co takiego zrobiłem tak właściwie?
- Chodzi o to, jak wyrażasz swój stosunek do pracy.
- A jak wyrażam?
- Z naszej strony to wygląda tak, że nic wam się nie podoba. Wszystko negujecie, nie chcecie przyjmować nowych zadań.
- Bo każde nowe zadanie to kolejne godziny po 22:00?
- To nie może tak być! Z naszej strony to wygląda inaczej, nie, to jest inaczej!
- To znaczy jak?
- Masz jakiś problem z tą pracą? Z zarobkami?
- O tym już rozmawialiśmy, dlatego tylko na dwa miesiące umowę podpisałem.
- Tak dalej być nie może. Bo ty nie chcesz wykonywać takich zadań ogólnie informatycznych.

W tym momencie przypomniał mi się poprzedni telefon od SamegoPrezesa™: “który z was mi naprawi satelitę?” oraz lukratywna propozycja fotografowania piłek.

- Jakich zadań?
- Ja wiem, że to wszystko ma dwie strony, z jednej jesteś programistą, a z drugiej informatykiem i to się musi pogodzić jakoś. Płacimy ci za to, żeby sieć firmowa działała, ale to nie zarabia na siebie, dlatego musisz też pracować dla naszych klientów. Musisz mieć na to czas.
- Właściwie ostatnio tylko na to mam czas.
- Nie możesz zaniedbywać programowania, to za wolno idzie, ja bym chciał, żeby szło tak z osiem razy szybciej.
- Ale nas jest tylko dwóch…
- No właśnie, my nie wiemy, co wy robicie! Ja nie wiem, za co ci płacę!

Tu nie wytrzymałem i pomimo swojej trudnej sytuacji, wybuchnąłem śmiechem. Aż chciało się dodać “jak nie wiecie, za co płacicie, to przeczytajcie umowę - tam jest napisane, że płacicie za administrację siecią, nie ma ani słowa o tworzeniu i uaktualnianiu stron o krzywych kręgosłupach i obciążeniu biednych dzieci z Koziej Wólki tornistrami i plecakami w latach 1027-1999″. Zresztą, nie byłem świadom swego dualizmu korpuskularno-falowego, odwiecznego rozłamu na część informatyczną i programistyczną, przy czym podział jest na pół i obie połowy są za małe - jako że i programowanie, i aktualizacja stron są osiem razy zbyt wolne. Teoretycznie mógłbym przyspieszyć to dwukrotnie rezygnując z pewnych używek (sen, jedzenie, rodzina), jednak doba z pewnością do 96 godzin nie urośnie, by sprostać wymaganiom samej góry. Filozofię musiałem jednak odłożyć na bok:

- I udzielamy ci oficjalnej nagany!
- A za co tym razem?
- Za twój szczeniacki wybryk na gadu!
- A co takiego zrobiłem?
- Twój status! To jest nie do przyjęcia, żeby taki wizerunek firmy kreować na zewnątrz!
- A jaki to ma związek z firmą?
- Dla mnie, jak widzę ciebie i w opisie słowo “firma”, to jednoznacznie wiem o co chodzi!
- Ale tam nie było nawet słowa “firma”. Poza tym status jest dla grupy znajomych a nie dla połowy świata.
- Nie może tak być! To niedopuszczalne!
- A gdybym ustawił status “zaraz się zastrzelę”, to też by było niepoprawne politycznie?
- TAK! … Albo może nie … No “zaraz się zastrzelę” to chyba nie, ale zależy w jakich godzinach…
- …
- A teraz najważniejsza kwestia, musicie mieć system planowania i informowania mnie o postępach prac. Ja muszę wszystko wiedzieć. I nie mówię tu o programistycznych szczegółach, chodzi mi o ogólne rzeczy i terminy zamknięcia.
- Był wcześniej system, gdzie rozpisywaliśmy terminy i zadania, ale został odrzucony przez zarząd…
- Bo jak piszesz “modyfikacja modułu zamówień”, to mi to nic nie mówi!

Tak oto dowiedziałem się, że nawet zastrzelić się mogę tylko po godzinach, a kiedy przychodzi do programowania, SamPrezes™ chciałby jednocześnie nie wnikać w szczegóły i je znać.

Nieomal zapomniałbym dodać, że to MójWspółpracownik™ ma na mnie taki zły wpływ. To wszystko ta bestyja, ten potwór szkaradny, ta wredna zaraza. Pewnie właśnie przez niego mam coraz więcej pracy, a odkąd zaczął pracować nad systemem sprzedaży, prace spowolniły, a nawet praktycznie stanęły w miejscu! Wiedziałem, że nie mogę ci ufać, tuś mi bratku! Gdyby tylko SamPrezes™ wiedział, że znamy się sporo dłużej niż ja pracuję w tej firmie, a na pewno wieki dłużej zanim z nim firma podjęła współpracę… Aż tyle czasu zwlekał, zanim krew mą psuć zaczął.

Podsumowując: Starożytni się nie mylili, człowiek ma jednak naturę dwoistą. Jest za a nawet przeciw. Systemy planowania są najlepsze gdy, nie zawierają informacji o wykonaniu danego zadania. Poprzedni system miał kratkę przy każdej pozycji, w której stawialiśmy krzyżyk po zamknięciu zadania w terminie, niestety SamPrezes™ poinformował nas, że “te krzyżyki to sobie możemy na grobach postawić”. A motto na dziś? “Ja się zaraz zastrzelę, ale tylko w godzinach 18:00-09:30″.

Ostatnia zaś wypowiedź, która padła pod moim adresem, to “wy sobie stworzyliście firmę w firmie!”. Jakby się nad tym dłużej zastanowić, jest to święta prawda. Wszystko musimy robić sami, załatwiać sami, planować sami. Sami też musimy zarobić na swoją pensję, stanowimy właściwie we dwóch w pełni wartościową firmę. Jedna tylko myśl kołacze mi się po głowie. W takim razie… po co nam prezes?

Krótka lekcja architektury wnętrz

Dziś rano pierwszy raz od trzech dni zobaczyliśmy z MoimWspółpracownikiem™ swoje biuro. Pewnie wielu z was wydawać by się mogło, że biura pozostawione zamknięte na trzy doby po ponownym otwarciu choć po części przypominają stan, w jakim zostały odizolowane od reszty świata? Człowiek uczy sie na błędach. Zaraz po otwarciu drzwi dobiegł mych uszu niepokojący chrzęst sobiegający spod moich stóp. Krótkie spojrzenie w dół upewniło mnie w przekonaniu, że coś jest nie tak. Szuflada z narzędziami/śrubkami/kołkami/kablami/częściami komputerowymi uległa rozprzestrzenieniu na znaczną część podłogi. Możnaby nawet powiedzieć, że zasymulowała raytracing i śledząc, gdzie śrubki dotarły, a gdzie nie, możnaby dość precyzyjnie wyznaczyć punkt impaktu. Nie miałem jednak szansy nacieszyć się nowoodkrytym znaleziskiem, bo zadzwonił klient z pytaniem, kiedy uaktualnimy jego stronę, umieszczając na niej przekazany nam do zeskanowania plan zagospodarowania budynku. Byłbym mu rychło odpowiedział, gdyby nie fakt, że plan pozostawiony przeze mnie w czwartek na szczycie monitora najwyraźniej samoczynnie opuścił miejsce swego stałego zameldowania. Spośród kół ratunkowych wybrałem telefon do przyjaciela.

- Tiiiit… tiiiit… tiiiit… … tit tit tit tit

SynPrezesa™ nie odpowiada. Nie wiem w ogóle, skąd na myśl mogło mi przyjść, że to on odpowiada za zastany krajobraz biura. Być może to lokalna flora w postaci występujących na frontowej ścianie winorośli przedarła się do wnętrza budynku i tak złośliwie wszystko porozrzucała? Stojąc przed tym oto dysonansem poznawczym, przez niektórych nazywanym rozterkami bądź problemem wyboru, zostałem natychmiast postawiony w stan gotowości przez SamegoPrezesa™, który postanowił do mnie zadzwonić.

- Dzień dobry.
- Dzień dobry.
- Jak tam w Warszawie?
- A dziękuję, obyło się bez specjalnych ekscesów.
- A w biurze?
- W tej sprawie gorzej, nie mogę dodzwonić się do SynaPrezesa™, a mam niejasne przeczucie, że to on porozrzucał całą zawartość szuflady po podłodze naszego biura.
- Aha, dzwoń na numer domowy, komórki może nie odbierać, bo pewnie śpi.
- Nie będę już mówił, że zginęła mi dokumentacja pozostawiona przez klienta, a dzisiaj jeszcze muszę ją umieścić na stronie internetowej i zwrócić.
- Wiesz co, posprzątajcie tam. Tak będzie najlepiej. Bo na niego to nie ma co liczyć. O, wiem. Zmienimy zamki.

Tak oto dowiedziałem się, że jedyna metoda na powstrzymanie kogoś, kto nie pracuje w danej firmie przed wejściem na jej teren to wymiana zamków do biura. Coś w tym jest, bo SynPrezesa™ już wielokrotnie odmawiał zdania swojego kompletu kluczy do serwerowni. Jeśli zamknąć dziecku piaskownicę, to skąd będzie wynosić cudze zabawki? O ile sprzątnięcie zawartości dość sporej szuflady o wymiarach 100×50 cm z podłogi biura jest jeszczew rzeczą wykonalną, to zupełnie nie mam pomysłu, co zrobić z kolekcją rusztowań, rurek, kartonów i reflektorów, które od środy zajmują większą część powierzchni biura mojego BezpośredniegoPrzełożonego™. Do nich to również SynPrezesa™ zdaje się nie przyznawać.

Parę godzin później nasz firmowy pupil postanowił nawiedzić nasze biuro. Wtoczył się do pokoju, niczym doświadczony fakir zręcznie i lekko stąpając po leżących na ziemi śrubkach i rzucił niedbale swoje stałe “czeeeeeeść” wypowiadane z werwą i entuzjazmem godnymi kulawego ślimaka po nalewce wchodzącego po pionowej ścianie. Bystrym wzrokiem szybko zauważyl, że nie jesteśmy zbyt szczęśliwi z faktu, że rebootował router zamiast sprawdzić, czemu sieć nie działa podczas małej awarii pod naszą nieobecność. Szybko dopadła go też niepokojąca myśl, że nie podoba nam się również nowa koncepcja wystroju wnętrz, a właściwie podłóg. Pomyślał pewnie: “jasny gwint, moje wyśrubowane gusta nie trafiają w ich oczekiwania, trzeba się z tego jakoś wykręcić”. Powiedział więc:

- No bo tego, router się zawiesił i przyszedłem go rebootować.
- A czemu dokumenty mojego klienta z mojego biurka nagle znalazły się w szufladce na biurku u kogoś zupełnie innego i w innym pokoju?
- No bo ciągle spadały z tego monitora.
- Jak to spadały? Same?
- No bo przecież był przeciąg.
- W zamkniętym biurze przeciąg?
- No bo router się zawiesił i musiałem tu wejść.
- I otwierać wszystko na oścież żeby wcisnąć power na obudowie?
- No bo brałem te narzędzia no i ten router…
- A szuflada też się pewnie zawiesiła, co?!
- To ja muszę iść, czeeeeśc.

Etatami sypiąc z rękawa

Środa, ja i MójWspółpracownik™ idziemy poprosić SamegoPrezesa™ o zwolnienie z pracy w piątek. Cel: wyjazd do Warszawy na zlot PLD.

(puk, puk)

- Można?
- Tak, oczywiście.
- Chcieliśmy prosić o wolny piątek.
- A co się stało?
- Chcemy jechać na zlot PLD do Warszawy.
- A o której jedziecie?
- Myślę, że z samego rana.
- Uuuu, szkoda… bo mamy w piątek inwentaryzację magazynu i miałem dla was zajęcie przy inwentaryzacji na piątek i sobotę.
- Uhm.
- No ale jedźcie, uczcie się tego linuksa. Mam też dla was dobrą wiadomość.
- Oj…
- Będziecie mogli odpocząć od tego ślęczenia przy komputerze całymi dniami.
- …
- Wyznaczymy wam terminy i będziecie pomagać BezpośredniemuPrzełożonemu™ wydawać klientom towar w magazynie.
- Ja muszę obejrzeć swoją umowę.
- Czemu?
- Bo tam chyba jest napisane “administrator sieci”.
- No tak.
- No to trzeba będzie dopisać “magazynier”.
- No możemy dopisać.

Tak oto SamPrezes™ uraczył nas chwilą odpoczynku od trudów codziennej pracy. I to wszystko za darmo, nic nie trzeba dopłacać. Drugi szczęścia próbował MójWspółpracownik™:

- Jak tam postępy nad StarSystemem?
- A jak tam postępy nad moją umową?
- No przecież masz umowę.
- Jakoś jej nie widzę…
- Wy młodzi to tacy jesteście przywiązani do tych papierków. Papier mogę podrzeć i powiedzieć, że nie było żadnej umowy, a jak dam słowo to masz jak w banku. Skoro powiedziałem, że jest umowa, to jest.

Na to wszystko odezwała była się PaniPrezesowa™:

- Ja nie rozumiem, jak to jest, że siedzi dwóch informatyków, a mój mąż musiał cały weekend siedzieć w domu i poprawiać produkty w sklepie internetowym?
- Bo nas jest tylko dwóch?
- Bo my się nie zajmujemy produktami w sklepie internetowym?

Podbudowani całą sytuacją udaliśmy się na słuszny spoczynek w blasku ekranów przy naszych biurkach. Niestety, organizm ludzki - rzecz słaba, więc w połowie drogi padliśmy obaj na kolana zanosząc się salwami śmiechu. A to wszystko oczywiście za sprawą niebywałego optymizmu, jakim przepełniła nas perspektywa pracy w magazynie.

Dzień nie byłby jednak do końca stracony, gdyby nie odwiedził nas SynPrezesa™ w towarzystwie UtalentowanegoKolegi™. Ten ostatni jest już światowej sławy specjalistą w każdej materii, głównie za sprawą swych błyskotliwych opinii w stylu “teraz jest bluetooth i nie trzeba już mieć CD-ROMu”. Dwóch rzeczonych panów otrzymało od SamegoPrezesa™ trudną misję na terenach wroga: sfotografować piłki, których nawet mnie nie udało się uwiecznić na zdjęciach (wspominałem o tym parę wpisów wcześniej). W tym celu przynieśli 8 reflektorów halogenowych, metalowe szyny, szklanki i kartony. Już po 4 godzinach udało im się zbudować zupełnie zbędne rusztowanie, wyciąć otwór w kartonie po monitorze, wyścielić go dokładnie białymi kartkami, zapchać reflektorami, wstawić tam szklankę i umieścić na niej piłkę do koszykówki. Już po kolejnej godzinie wykonali pierwsze zdjęcia. Były wprost idealne… do Strefy 11. Czarna piłka z jasnymi krawędziami na świetliście białym tle. Efekt przypominał to, co można zauważyć w momentach restrospekcji w tak popularnych serialach produkcji brazylijskiej. Więcej grzechów nie pamiętam…

Post scriptum: agencja Reuters donosi, że dwaj porwani przez Irakijczyków Amerykanie są poddawani torturom i zmuszani do ciężkiej pracy po 12 godzin w nieludzkich warunkach w jednej z wrocławskich firm. Sprawą zainteresowało się ONZ i wysłało tam swoich inspektorów. Próba przeprowadzenia badań krwi wypadła negatywnie, znaleziono tylko ciemnobrunatny płyn o wysokiej zawartości kofeiny. Obaj osobnicy mamrotali coś bełkotliwie pod nosem. Brzmiało to jak “NEI MAM PACHA”.