Archiwalia dla 08.2004

Nalepsze zawsze zostaje na koniec

Męczyłem się już czas jakiś, zmuszony do pracy na “demonie szybkości”, jak ochrzczony został przeze mnie mój dotychczasowy współpracownik, Pentium 350, 128 MB RAM, kiedy to dowiedziałem się, że nie mam już prawa modyfikować kodu stron na serwerze WWW. Straciłem tam konto. Otrzymałem przeto kopię kodu źródłowego stron i stosowne zrzuty z bazy danych. Na moje pytanie, co też mam z nową zdobyczą uczynić, odpowiedź otrzymałem taką: “uruchom u siebie kopię i tam pracuj”. Biorąc pod uwagę, że mój dzielny rumak ledwo dźwigał jadącego na nim okrakiem Gnoma, podwożenie dodatkowo pewnego Apacza było grubo ponad jego siły. Kolejne dwa dni minęły produktywnie jak nigdy dotąd.

Zaskoczył mnie za to powrót z dwudniowego wyjazdu od Warszawy. Po powrocie znalazłem przy swoim biurku nowiutki komputer (nowy w sensie jego egzystencji w naszym biurze, nie biorę pod uwagę daty produkcji). Szybkie przełożenie dysku, reboot, konfiguracja iksów (mam nVidię zamiast tamtego S3!), maszynka stoi, śpiewa, tańczy, usuwa ciążę i buty wiąże. Tylko co mi po poprawkach na stronie w wersji offline, kiedy dalej nie mam prawa nałożyć ich na wersję online…

Porządki

Niestety, wygląda na to, że do niektórych ludzi nie dotarło, że strona ma charakter czysto rozrywkowy, a przedstawione na niej wydarzenia i postacie celowo nie odnoszą się do żadnych nazwisk ani pseudonimów. W związku z tym cała ostatnia notka została przeniesiona przeze mnie do krainy wiecznych łowów. Nie budowałem miejsca do prowadzenia wojen i przykro mi, że w ciągu ostatnich dwóch dni w takie się zamieniło.

Poczucie humoru to jedno, ale agresja to drugie. Przemyślcie to przed wysłaniem kolejnego komentarza.

Lojalność nie popłaca

Początek czerwca, jedno z centrów handlowych zgłosiło się do mnie z pytaniem, czy jestem w stanie przygotować dla nich profesjonalny serwis internetowy. Prywatnie. Odpowiedziałem, że bardzo chętnie, niestety praca pochłania zbyt wiele z mojego, i tak mocno ograniczonego, czasu. Dlatego zaproponowałem klientowi podpisanie umowy z moim pracodawcą, wtedy będę w stanie zbudować wspomnianą stronę w ramach moich obowiązków i w godzinach pracy. Błąd.

Doszło do kilku spotkań, m.in. z wynajętym przez klienta architektem z biura projektowego, który odpowiadał za spójność designu z oprawą graficzną budynku i firmową kolorystyką. Uzgodniliśmy, że muszę wykonać około 12 zdjęć w konkretnych ujęciach, przygotować logo, oprawę graficzną strony, a następnie połączyć wszystko w całość i udekorować dostarczonymi tekstami. Około tygodnia pracy. Niestety, SamPrezes™ postanowił nie przeznaczać dodatkowego czasu na obsługę nowego klienta. Termin oddania projektu się zbiżał, a ja nie miałem na jego wykonanie nawet godziny czasu. Jako, że osobiście uzgadniałem wszystkie szczegóły i nie chciałem zniszczyć wizerunku PewnejFirmy™, systematycznie pracowałem po godzinach, wracając do domu w okolicach północy. W końcu klient jest ważny i musi być zadowolony.

Projekt został przeze mnie dostarczony na czas, klient zgłosił listę poprawek, które zostały naniesione tak szybko, jak było to możliwe. Oczywiście poza godzinami pracy, które nie przewidują wykonywania dochodowych dla firmy działań. Wszystko zostało dogadane do końca, strona uzyskała akceptację, a ja przygotowałem kosztorys. Ten ostatni wraz z niezbędną dokumentacją dostarczyłem zarządowi PewnejFirmy™. Wydawałoby się, że wszystko zostało zapięte na ostatni guzik. Wystarczyło już tylko umówić spotkanie zarządów obu firm i podpisać umowę na wykonanie strony i umowę hostingową. Wystarczyło.

Minęły ponad dwa miesiące, wczoraj prezes owego centrum handlowego zadzwonił do mnie i poprosił o spotkanie. Zadziwił ich profesjonalizm w podejściu do klienta ze strony naszej firmy. Strona jest gotowa, hosting jest utrzymywany i w dodatku nic nie trzeba płacić. Do dziś nikt nie podpisał z nimi umowy. O umowie przypominałem w tygodniowych odstępach czasu, niestety, najwyraźniej nikt nie był zainteresowany jej podpisaniem, w związku z czym właśnie dziś straciliśmy klienta. Grzecznie poproszono nas o wystawienie faktury za wykonanie strony, udostępnienie kodu źródłowego i, tym samym, zakończenie tej jakże owocnej współpracy.

Morał: mądry Polak po szkodzie. Miałem możliwość zarobić około 700 złotych. W końcu i tak pracowałem poza godzinami pracy. Koniec końców klienta nie ma, a ja nie dostanę ani złotówki prowizji z tytułu jego znalezienia. Następnym razem stronę wykonam prywatnie, a jako firmę hostingową polecę kogoś z konkurencji. Może wynegocjuję chociaż parę procent prowizji z tego tytułu. Lojalność wobec firmy nie popłaca.

Przypowieść o motywacji

Przełom lipca i sierpnia. Jak zwykle, siedzimy z MoimWspółpracownikiem™ w naszym biurze. Po pamiętnej rozmowie o złym wpływie na mnie, MójWspółpracownik™, programista, dostał nagle niespodziewane polecenie od SamegoPrezesa™.

Primary objective: obrobić zdjęcia towarów do sklepu internetowego.
Secondary objective: składać co godzinę szczegółowy raport z postepu prac.
Additional conditions: zadanie jest na czas i ma na celu sprawdzenie wydajności pracy.

Być może niektórzy z was gotowi pomyśleć, że firma ewidentnie stara się znaleźć powód do zwolnienia niewygodnego człowieka. Nic bardziej błędnego, przecież to tylko forma zmotywowania pracowników do pracy. Praca na czas niesie ze sobą element współzawodnictwa z samym sobą, cóż bowiem sprawia pracownikowi więcej radości niż pokonanie swojego własnego rekordu? SamPrezes™, niczym troskliwy trener, siedział w swoim gabinecie ze stoperem w ręce i myślał, jak lepiej dostosować warunki pracy MojegoWspółpracownika™ do jego potencjalnych możliwości. I oto po dwóch dniach upokarzającej harówki pojawiła się nowa misja:

Cel misji: przenieść się z komputerem piętro wyżej, do innego biura. Nadmienię tutaj, iż nowe biuro było znacznie mniejsze od poprzedniego, a ponad to pracowały tam już dwie osoby. MójWspółpracownik™ nie był w stanie wyobrazić sobie pracy programisty w pokoju handlowców, gdzie telefon dzwoni z częstotliwością porównywalną do częstotliwości powtarzania Rambo 3 na Polsacie. naturalną reakcją było więc:

- Mam to w dupie. Nigdzie nie idę.

I nastał błogi spokój. W końcu jednak odwiedził nas BezpośredniPrzełożony™ i postawił sprawę w ten sposób:

- Jak się nie przeniesiesz, to SamPrezes™ się wkurzy i nie da mi urlopu w poniedziałek. Proszę, przenieś się, to ponoć na góra dwa dni.

I MójWspółpracownik™ posłuchał. Przeniósł się piętro wyżej, gdzie SamPrezes™ nareszcie mógł go mieć na oku. Permanentna inwigilacja. Biedak, dalej jednak nie wiedział, jak programista może się skupić w pokoju, gdzie telefon dzwoni nawet w święta?

Wybawienie przyszło z góry. Nie jest już programistą. Umowa umową, a potrzeba matką wynalazku. Dwudniowe przenosiny trwają do dziś, a jeszcze niedawny programista pracuje teraz na stanowisku etetowego fotografa piłek, rekawic i gwizdków. Pasjonująca robota, niewątpliwie, jeśli jest się informatykiem, warto mieć dobre referencje w tej dziedzinie. Nie każdy potrafi wykonać dobre zdjęcie starszym od siebie aparatem marki Olympus, wyposażonym w niebotyczne rozmiary pamięci, bo aż 4 megabajty.

Outsourcing to takie modne słowo

Pierwsza sobota sierpnia, próba zdalnego logowania na maszynę. Brak odpowiedzi ze strony serwera. Ponawiam próbę po kilku minutach. Jestem w środku, reattach do screena. Brak oczekujących na podłączenie sesji. Uptime. Komputer działa od siedmiu minut. Who. Zastanawiające, zalogowany jest PewienAdministrator™ z Warszawy. Co dziwne, zalogowany jest na roota i to z lokalnej konsoli. Krótki rekonesans wykonany za pomocą rozmowy przez wall ujawnił, że PewienAdministrator™, mój kolega, został bez uprzedzenia ściągnięty przez PewnąFirmę™ celem wykonania audytu bezpieczeństwa. Innymi słowy, firma szuka na mnie haka. Zastanawiające tylko, że wybrali do tego celu osobę, z którą utrzymuję stały kontakt. Właściwie, to ten fakt cieszy mnie niezmiernie, w innym przypadku wszystko zostałoby, zapewne, zatuszowane. PewnaFirma™ ma zwyczaj budowania więzi z pracownikami poprzez dyskretnie przeprowadzane za ich plecami kontrole, które i tak kończą jako tajemnica poliszynela. Nie przejąłem się tym specjalnie, postanowiłem za to oddać komplet dokumentów jednemu z naszych klientów, co niewątpliwie wymagało wizyty w biurze.

Biuro odwiedziłem w okolicach godziny piętnastej. Niestety, wszystko, czego udało mi się dokonać, sprowadzało się do pocałowania klamki. Drzwi zostały zamknięte na górny zamek, do którego klucz posiada jedynie nie pracujący u nas już od jakiegoś czasu SynPrezesa™. Portier powiadomił mnie z uśmiechem, że wszyscy opuścili budynek i nikt nie postanowił zostawić klucza. Lekko wstrząśnięty ale nie zmieszany, udałem się w podróż powrotną do domu. Coś było nie tak.

Poniedziałek, kolejna próba wejścia do biura spełzła na niczym. Udałem się przeto do SamegoPrezesa™, celem wyjaśnienia pewnych rzeczy. Niedzielne próby zdalnego dostępu do maszyn wywołały niejednokrotnie uśmiech na mojej twarzy, kiedy to okazywało się, że na kolejnych maszynach bądź nie mam ze swojego konta dostępu do roota, bądź to nie posiadam tam konta wcale. Z niczego nie zdradzającą miną i udając lekkie zdziwienie, wszedłem do gabinetu SamegoPrezesa™.

- Czy mógłbym się dowiedzieć, co się dzieje?
- Przyjechał PewienAdministrator™ i łataliśmy dziury w programach.
- A mogę jakoś dostać się do biura?
- Zostałeś przeniesiony, teraz serwerownia jest zamknięta na stałe, nikt tam nie ma wstępu.
- Rozumiem, że administracją również zajmuje się ktoś inny?
- Tak, za dużo czasu pochłaniało ci czytanie poczty z list pld-devel, postanowiliśmy cię odciążyć.
- Mhm…

Przygotowany na wszystko udałem się do mojego nowego miejsca pracy. Już po kilku minutach okazało się, że nie byłem jednak przygotowany na jedno. Moje stanowisko pracy to już nie dual Pentium 600 z 512 MB RAM. W zamian otrzymałem ten jakże przewspaniały komputer, Pentium 350 i na deser 128 pamięci. Dotąd jego jedyną rolą było zbieranie logów z innych maszyn. Już wkrótce miałem się jednak przekonać, że - według SamegoPrezesa™ - wspaniale nadaje się on do pracy w środowisku Gnome. A może mylę się i moim zadaniem jest budowa stron w środowisku tekstowym i przygotowywanie ich designu specjalnie z myślą o lynksie?

Od tego czasu większość czasu spędzam sprawdzając, w jakiej pozycji najwygodniej ułożyć nogi na stole. Z radością pełniłbym swoje dotychczasowe obowiązki, niestety PewnaFirma™ uznała, że najlepszy administrator to taki, którego od serwerowni dzieli jedynie siedem godzin jazdy pociągiem. Siedzę więc i poświęcam połowę swojego czasu na cierpliwe upraszanie się o niezbędne uprawnienia do modyfikacji plików, które polecił mi edytować SamPrezes™. Odkąd zostałem “odciążony”, praca zajmująca mi dotąd cztery godziny, teraz zajmuje mi godzin osiem. Nakłada się na to oczywiście również rewelacyjne stanowisko do pracy, na którym dokument OOo otwiera się dokładnie sześć minut, a przełączanie pomiędzy oknem przeglądarki i procesorem tekstu daje dość czasu, aby wpaść w alkoholizm.

Morał: umowa przy zatrudnieniu to kwestia, jak sama nazwa mówi, umowna. To, że mam tam napisane “administrator sieci”, do niczego nie zobowiązuje. Mogę równie dobrze zajmować się wstawianiem dokumentów Worda na strony klientów. Jakież to jednak nieszczęście, że umowa moja wygasa z ostatnim dniem tego miesiąca? Przy obecnym stanie rzeczy, z pewnością zdecyduję się na jej przedłużenie. Może od razu poproszę o dożywocie, podobno za dobre sprawowanie można skrócić wyrok nawet do połowy :).

Potrzebna pilna hospitalizacja

Dzwoni telefon. Z właściwą sobie gibkością chwyciłem słuchawkę i podniosłem ją do ucha.

- Patrys, PewnaFirma™. Słucham?

(cisza)

- Słucham?
- Dzień dobry, ja chciałam z Panem Marcinem.
- Przykro mi, nie ma tu nikogo takiego.
- No proszę mnie przełączyć do pokoju 61.
- Przykro mi, nie ma takiego pokoju.
- Ja do męża dzwonię.
- Wydaje mi się, że to pomyłka.
- A to nie jest Szpital Kolejowy?

Jak widać upartego klienta nic nie zniechęca. Nawet podanie nazwy firmy przy odbieraniu telefonu. Sprytna pani podejrzewała, że szpital ma już dość jej ciągłych telefonów i dla niepoznaki maskujemy się podając się za pralnię, fryzjera, czy też może firmę hostingową. Teraz z pewnością nerwowo trzyma trzęsący się palec na guziku “Redial”, kalkulując po cichu, jaką łapówkę mi zaproponować w zamian za możliwość komunikacji z mężem…

Nowość! Firmowe koszulki!

Koszulka Koszulka

W związku z dużą popularnością strony przygotowaliśmy niespodziankę. Liga Liero zgodziła się przygotować
specjalne koszulki z najbardziej kultową postacią w historii informatyki. Nadruki są wykonane na bardzo
dobrych jakościowo koszulkach firmy PromoStar. Na koszulkach nie zarabiamy, nie jest to też sprzedaż towaru.
Aby otrzymać koszulke wystarczy zasponsorować Ligę Liero.

Aby otrzymać koszulkę męską białą, należy wpłacić przynajmniej 35 PLN, Wpłacając przynajmniej 45 PLN, otrzymasz
koszulkę w wybranym przez ciebie kolorze.

Aby otrzymać koszulkę damską białą, należy wpłacić przynajmniej 40 PLN, Wpłacając przynajmniej 45 PLN, otrzymasz
koszulkę w wybranym przez ciebie kolorze.

Liga pokrywa koszty wysyłki. Zamówienia na więcej sztuk są, oczywiście, tańsze.

Pamiętajcie, że nie robimy tego dla zysku, pomaga nam to utrzymać serwer. Koszulka to forma podziękowania.

Kontakt i zamawianie koszulek za pośrednictwem e-maila: Greybrow.