Pierw­sza sobota sierp­nia, próba zdal­nego logo­wa­nia na maszynę. Brak odpo­wie­dzi ze strony ser­wera. Pona­wiam próbę po kilku minu­tach. Jestem w środku, reat­tach do scre­ena. Brak ocze­ku­ją­cych na pod­łą­cze­nie sesji. Uptime. Kom­pu­ter działa od sied­miu minut. Who. Zasta­na­wia­jące, zalo­go­wany jest Pewie­nAd­mi­ni­stra­tor™ z War­szawy. Co dziwne, zalo­go­wany jest na roota i to z lokal­nej kon­soli. Krótki reko­ne­sans wyko­nany za pomocą roz­mowy przez wall ujaw­nił, że Pewie­nAd­mi­ni­stra­tor™, mój kolega, został bez uprze­dze­nia ścią­gnięty przez Pew­ną­Firmę™ celem wyko­na­nia audytu bez­pie­czeń­stwa. Innymi słowy, firma szuka na mnie haka. Zasta­na­wia­jące tylko, że wybrali do tego celu osobę, z którą utrzy­muję stały kon­takt. Wła­ści­wie, to ten fakt cie­szy mnie nie­zmier­nie, w innym przy­padku wszystko zosta­łoby, zapewne, zatu­szo­wane. Pew­na­Firma™ ma zwy­czaj budo­wa­nia więzi z pra­cow­ni­kami poprzez dys­kret­nie prze­pro­wa­dzane za ich ple­cami kon­trole, które i tak koń­czą jako tajem­nica poli­szy­nela. Nie prze­ją­łem się tym spe­cjal­nie, posta­no­wi­łem za to oddać kom­plet doku­men­tów jed­nemu z naszych klien­tów, co nie­wąt­pli­wie wyma­gało wizyty w biurze.

Biuro odwie­dzi­łem w oko­li­cach godziny pięt­na­stej. Nie­stety, wszystko, czego udało mi się doko­nać, spro­wa­dzało się do poca­ło­wa­nia klamki. Drzwi zostały zamknięte na górny zamek, do któ­rego klucz posiada jedy­nie nie pra­cu­jący u nas już od jakie­goś czasu Syn­Pre­zesa™. Por­tier powia­do­mił mnie z uśmie­chem, że wszy­scy opu­ścili budy­nek i nikt nie posta­no­wił zosta­wić klu­cza. Lekko wstrzą­śnięty ale nie zmie­szany, uda­łem się w podróż powrotną do domu. Coś było nie tak.

Ponie­dzia­łek, kolejna próba wej­ścia do biura speł­zła na niczym. Uda­łem się przeto do Same­go­Pre­zesa™, celem wyja­śnie­nia pew­nych rze­czy. Nie­dzielne próby zdal­nego dostępu do maszyn wywo­łały nie­jed­no­krot­nie uśmiech na mojej twa­rzy, kiedy to oka­zy­wało się, że na kolej­nych maszy­nach bądź nie mam ze swo­jego konta dostępu do roota, bądź to nie posia­dam tam konta wcale. Z niczego nie zdra­dza­jącą miną i uda­jąc lek­kie zdzi­wie­nie, wsze­dłem do gabi­netu SamegoPrezesa™.

- Czy mógł­bym się dowie­dzieć, co się dzieje?
– Przy­je­chał Pewie­nAd­mi­ni­stra­tor™ i łata­li­śmy dziury w pro­gra­mach.
– A mogę jakoś dostać się do biura?
– Zosta­łeś prze­nie­siony, teraz ser­we­row­nia jest zamknięta na stałe, nikt tam nie ma wstępu.
– Rozu­miem, że admi­ni­stra­cją rów­nież zaj­muje się ktoś inny?
– Tak, za dużo czasu pochła­niało ci czy­ta­nie poczty z list pld-devel, posta­no­wi­li­śmy cię odcią­żyć.
– Mhm…

Przy­go­to­wany na wszystko uda­łem się do mojego nowego miej­sca pracy. Już po kilku minu­tach oka­zało się, że nie byłem jed­nak przy­go­to­wany na jedno. Moje sta­no­wi­sko pracy to już nie dual Pen­tium 600 z 512 MB RAM. W zamian otrzy­ma­łem ten jakże prze­wspa­niały kom­pu­ter, Pen­tium 350 i na deser 128 pamięci. Dotąd jego jedyną rolą było zbie­ra­nie logów z innych maszyn. Już wkrótce mia­łem się jed­nak prze­ko­nać, że — według Same­go­Pre­zesa™ — wspa­niale nadaje się on do pracy w środo­wi­sku Gnome. A może mylę się i moim zada­niem jest budowa stron w środo­wi­sku tek­sto­wym i przy­go­to­wy­wa­nie ich desi­gnu spe­cjal­nie z myślą o lynksie?

Od tego czasu więk­szość czasu spę­dzam spraw­dza­jąc, w jakiej pozy­cji naj­wy­god­niej uło­żyć nogi na stole. Z rado­ścią peł­nił­bym swoje dotych­cza­sowe obo­wiązki, nie­stety Pew­na­Firma™ uznała, że naj­lep­szy admi­ni­stra­tor to taki, któ­rego od ser­we­rowni dzieli jedy­nie sie­dem godzin jazdy pocią­giem. Sie­dzę więc i poświę­cam połowę swo­jego czasu na cier­pliwe upra­sza­nie się o nie­zbędne upraw­nie­nia do mody­fi­ka­cji pli­ków, które pole­cił mi edy­to­wać Sam­Pre­zes™. Odkąd zosta­łem „odcią­żony”, praca zaj­mu­jąca mi dotąd cztery godziny, teraz zaj­muje mi godzin osiem. Nakłada się na to oczy­wi­ście rów­nież rewe­la­cyjne sta­no­wi­sko do pracy, na któ­rym doku­ment OOo otwiera się dokład­nie sześć minut, a prze­łą­cza­nie pomię­dzy oknem prze­glą­darki i pro­ce­so­rem tek­stu daje dość czasu, aby wpaść w alkoholizm.

Morał: umowa przy zatrud­nie­niu to kwe­stia, jak sama nazwa mówi, umowna. To, że mam tam napi­sane „admi­ni­stra­tor sieci”, do niczego nie zobo­wią­zuje. Mogę rów­nie dobrze zaj­mo­wać się wsta­wia­niem doku­men­tów Worda na strony klien­tów. Jakież to jed­nak nie­szczę­ście, że umowa moja wygasa z ostat­nim dniem tego mie­siąca? Przy obec­nym sta­nie rze­czy, z pew­no­ścią zde­cy­duję się na jej prze­dłu­że­nie. Może od razu popro­szę o doży­wo­cie, podobno za dobre spra­wo­wa­nie można skró­cić wyrok nawet do połowy :).