Archiwalia dla 02.2005

Strip #004: O wsparciu w PLD

Adam Słodowy przedstawia: pierwsza zasada w PLD - zrób to sam ;]. Oczywiście, przesadzam.

Tutaj w graficznych przeglądarkach wyświetla się komiks

Wersja przetłumaczona:

- Przepraszam, ale w PLD nie da się skonfigurować XYZ.
- SOA#1: u mnie działa
- Ale przecież nie ma w PLD takiego pakietu.
- SOD#1: przykro nam, zrób sobie sam

Rzecz o obsłudze w pionie na poziomie

Budowanie systemów CMS wiąże się z potrzebą ich późniejszej sprzedaży klientom. W końcu jakaż byłaby korzyść z posiadania nieprzebranej ilości takich narzędzi na własny użytek. Klienci są niestety świadomi faktu nieprzydatności nieużywanych systemów, toteż starają się ze wszystkich swoich sił spożytkować swój nowy nabytek. Oczywiście, wszystkie swoje siły nie są zbyt duże w przypadku ludzi niespecjalnie ukomputeryzowanych, zwłaszcza tych uważających sieć za jeden duży dokument Worda. W końcu przychodzi dzień objawienia i radość używania kodu HTML (na poziomie wersji 3.0) do formatowania tekstu. Wszystko zaczyna migać, świecic, kończy się era spójności graficznej serwisu. Niestety, większość przenosi swoje złe nawyki z programów typowo biurowych (a są złe o tyle, że do definiowania warstwy prezentacyjnej powinno się używać atrybutów akapitu, a nie spacji i linebreaków). Klient wie jednak lepiej, a nasza rola sprowadza się do zapewnienia, że w całym serwisie precyzyjnie wyspacjowane teksty będą wyglądać identycznie i żaden nie śmie nawet pomyśleć o zawinięciu się do drugiej linii. To samo odnosi się do odstępów wygenerowanych w pocie czoła przez nadużycie wymuszonych breaków.

Wiadomość od klienta początkowo wydała nam się wyjątkowo kiepskim żartem. Moje wstępne przekonanie zostało potwierdzone przez rzucenie okiem na okno przeglądarki. Nie, to nie mogła być prawda, brzmiało wyjątkowo niedorzecznie. Wszystko było w najlepszym porządku. To przecież bzdura, żeby komuś znikały breaki. Klient twierdził, że w kodzie strony są, a w przeglądarce ich nie ma. Tak bezsensowne zachowanie przeglądarki nie może mieć miejsca… chyba, że jest się użytkownikiem Internet Explorera.

Początkowe efekty obejrzenia strony w IE to napady szaleńczego śmiechu. Co drugi break egzystował na swoim miejscu, reszta - jako jeden mąż - odeszła samoczynnie w niebyt. W kodzie pojawiają się bez problemu, Explorer ich nie wyświetla. Cóż - zjawisko to widzę pierwszy raz w życiu. Sprawdziłem wszystko walidatorem. Zero śladów, brak punktu zaczepienia. Odpowiedź leżała jednak w CSS. Potężna salwa chichotu wstrząsnęła budynkiem w posadach, problematyczną regułą okazało się bowiem:

letter-spacing: 0.01em;

Jak widać, w pewnej firmie z siedzibą w Redmont wszystko jest możliwe. Póki co, klientowi przedstawiliśmy sugestię korzystania z dobrodziejstwa paragrafów. Jeśli się nie zgodzi, to mamy poważny problem - tekst bez rozsuwania znaków nie nadaje się do czytania, tekst z rozsuwaniem skleja się w jeden klocek. Z punktu widzenia klienta sprawa zawsze jest trywialna, naprawcie

Strip #003: Upiór w operze

Po pierwszym stripie wywiązała się mała dyskusja o przeglądarkach ;]. W związku z tym publikuję kolejny odcinek z dedykacją dla Czajny.

Tutaj w graficznych przeglądarkach wyświetla się komiks

Strip #002: Usability nie zawsze pomaga w życiu

Cóż, starcia z Elfką nie wytrzymałby nawet Jakob Nielsen. ;)

Tutaj w graficznych przeglądarkach wyświetla się komiks

Strip #001: Nie drażnij lwa

Ktoś jeszcze ma w związku takie problemy, jak wybór przeglądarki? ;)

Tutaj w graficznych przeglądarkach wyświetla się komiks

Marketing po bożemu

Nie od dziś wiadomo, że przeciętnemu użytkownikowi absolutnie nie zależy na jakichkolwiek standardach. Nie interesują go rewolucyjne technologie siedzące pod maską czegoś tak podstawowego, jak przeglądarka internetowa. Podstawowe wymaganie jest jedno, przeglądarka ma działać i mają się w niej prawidłowo wyświetlać strony internetowe.

“Prawidłowo” nie oznacza, niestety, interpretacji zdefiniowanej przez W3C - użytkownik oczekuje, że strony będą wyświetlać się tak, jak w IEvil. Mniej lub bardziej oznacza to zgodność z tag soup i quirks mode, a na to użytkownicy współczesnych przeglądarek (tych ustandaryzowanych) liczyć nie mogą.

Jak więc ich przekonać, że standardy są dobre, że strony nie działają przez to, że autor użył narzędzi tak wyrafinowanych jak MS FrontPage? A może nie warto, może lepiej odwołać się do wewnętrznych instynktów i pokazać użytkownikom słodką wersję Firefoksa? ;)

Teoria względności upływu czasu

Jak to się dzieje, że czas, choć teoretycznie liniowy, zawsze płynie w złym tempie. Co gorsza, tempo zdaje się zawsze zmieniać przeciw proporcjonalnie do naszych oczekiwań, posiada w tym kierunku przerażające zdolności adaptacyjne. Im bardziej staramy się go zabić - tym bardziej się wlecze, im bardziej zależy nam na nim - tym szybciej ucieka. Oczywiście, ktoś może powiedzieć, że to wrażenie jest wywoływane nadmiernym skupianiem się nad upływem czasu (przez co tracimy cenny czas na myślenie o tym, że go tracimy lub też wyłączamy swoje podczaszkowe uzwojenie w oczekiwaniu na przeskok wskazówki sekundnika). Ostatnio jednak trafił mi się lepszy test-case w real-life niż ktokolwiek mógłby sobie wymyślić w warunkach laboratoryjnych.

Przyszło mi bowiem odwiedzić pewną przemiłą młodą damę. Odwiedzanie się jest rzeczą naturalną, trochę tylko mniej naturalną, kiedy od celu dzieli cię lekko 165 kilometrów drogi, a nie dysponujesz żadnym pojazdem na własność (tudzież uprawnieniami do prowadzenia takiego pojazdu, nawet gdyby był). Z obserwacji moich wynika przeto niezbicie, że czas w sytuacjach wyjątkowo wyczekiwanych ma przebieg funkcji logarytmicznej. Mężczyzna jest jednak jednostką silną i odporną na ból (choć część kobiet twierdzi, że jest inaczej ze względu na poród - kochane, wasz poród jest niczym w porównaniu z tym, co prawdziwy mężczyzna przeżywa rano w toalecie po dobrze przepitej nocy), toteż doczekać udało się bez większych strat w pogłowiu jednoosobowego stada ze mną w składzie.

Po przyjeździe czas postanowił nadrobić, tak jak nadrabiają kierowcy autobusów - nie bacząc na staruszki na pasach i wdzięczące się na chodnikach panie, prują na złamanie szyi przez środek wszystkich wypatrzonych kałuży (istnieje nawet teoria, która mówi, że woda wypełnia mikroszczeliny na poziomie atomowym pomiędzy oponą autobusu a ulicą, co poprawia jego warunki przyczepności - nie mogę tego zweryfikować do końca, choć polskie drogi faktycznie obfitują w szczeliny, a i przyczepności nie można odmówić substancji, którą zostajemy ochlapani przez mijający nas autobus). Z piątkowego wieczoru w okamngnieniu zrobiło się niedzielne popołudnie. Mimo szczerych deklaracji providerów hostingu, warunki zawodowe nie pozwoliły mi zapuścić w Poznaniu korzeni, zmuszon więc zostałem coby w drogę powrotną ruszyć. A i sam nei byłem, jako że towarzyszyć miała mi niejako w odwecie (za spustoszenie lodówki oraz próby instalacji Firefoksa pod Windows spowodowane padem tamtejszego dysku z PLD) sama Lila Javovich.

Warto nadmienić przy okazji, że na samym poznańskim dworcu zaskarbiłem sobie znajomość z szefem lokalnej przestępczości zorganizowanej. Już po ustawieniu się w kolejce do kasy, podszedł do nas strojny w antyczne przebrania gitowców pan i, patrząc w przestrzeń, konspiracyjnym tonem wyszeptał hasło:

- Do Wrocławia?
- Tia.
- Mam bilet.

Sam fakt posiadania biletu był godzien podziwu, zwłaszcza w tak osobliwym miejscu, jak dworzec kolejowy. Nie odrzekłem więc nic na to, a on nie dał mi długo zastanawiać się nad celem tej - jakże ożywionej - dyskusji:

- Do sprzedania! Studencki!

Tu zrobiło mi się ciepło na sercu. Miło patrzeć, kiedy ludność nawet w takiej sytuacji dba o swoje wykształcenie i uzupełnia luki edukacyjne. Może ja nie wyglądam na typowego studenta (a już z pewnością nie na typowego studenta informatyki), ale mój rozmówca musiał robić wyjątkową furorę samym swoim pojawieniem się na wykładzie. Głównie ze względów aromatycznych.

- Dziękuję, kupię sobie w kasie.
- Ale ja mam!
- Ale ja wolę nie ryzykować.
- Ale jakie ryzyko, ja zaraz potwierdzę w kasie, że ważny.

I nieproszony poleciał potwierdzać. A niechby ten bilet i miał rezerwację na prywatny przedział z łazienką i kuchnią. Pozostałem nieugięty:

- Dziękuję panu.

Znieważony jegomość nie mógł przełknąć takiej hańby. Nie uniósł się ambicją i nie rozszarpał mnie na miejscu, miast tego pochylił się spokojnie i głosem Bogusława Lindy dokonującego kolejną egzekucję na ekranie, wycedził przez zęby:

- Stary… jeszcze dziś wieczorem zginiesz.

Po rytualnej wymianie uprzejmości pan raczył oddalić się w kierunku innych potencjalnych kontrahentów, my zaś z radością kupiliśmy bilety i zajęliśmy miejsca w pociągu.

Plan wstępny: mamy caaaałe dwa dni, masa czasu, potem moja piękniejsza połowa wraca do swojego miasta. Plan tyle optymistyczny, co naiwny. Owe “całe” dwa dni minęły jak z bicza strzelił (pomijając czas, kiedy byłem w pracy), zmuszeni zostaliśmy wobec tego do podjęcia drastycznych środków - przedłużenia pobytu do środy. Środa była terminem ostatecznym, nic nie mogło już pokrzyżować naszych planów. Ustaliliśmy godzinę odjazdu z Wrocławia, umówiliśmy się u mnie w pracy, plan “B” był dopracowany do ostatniego szczegółu - nauczeni porażką planu “A” wzięliśmy pod rozwagę nieliniowy przebieg funkcji czasu i uwzględniliśmy wszelkie możliwe przeciwności losu, mogące powstrzymać nas przed realizacją. Plan był tak doskonały, że oczywiście poległ sromotnie w starciu z rzeczywistością. Nie będę tutaj zagłębiał się w zbytnie szczegóły, postaram się za to wypunktować kilka ważnych rzeczy, o których należy pamiętać:

Po pierwsze - godzina czasu powinna na dotarcie do dworca wystarczyć każdemu (tak jak każdemu wystarcza 640 kB RAM), zwłaszcza, jeśli droga w normalnych warunkach zajmuje 20 minut;

Po drugie, kiedy nie chce się czekać na autobus, zawsze należy skracać sobie oczekiwanie przez podróż pieszo na następny przystanek - można iść bez obawy, środki komunikacji miejskiej znane są z tego, że zawsze czekają na spóźnionych pasażerów nawet w połowie trasy;

Po trzecie - w połowie pieszej wycieczki dobrze jest zażartować w tonie “wolałabym tak sobie z tobą spacerować i nigdy nie dojść na ten dworzec”. A teraz wersja dla tych, którzy muszą mieć wesoły wątek na końcu każdego posta:

Jak długo mieszkam we Wrocławiu (a jeszcze w tym roku stukną 23 lata), w życiu nie zdarzyło mi się jeszcze zgubić w tym mieście. Gdziekolwiek. Nigdy nie znalazłem się w sytuacji typu “jak ja się tu znalazłem”. Do czasu. Gdy tak sobie spacerowaliśmy na ten dworzec, rozmawialiśmy sobie spokojnie, wymienialiśmy poglądy, mówiliśmy, słuchaliśmy. Było przepięknie, przynajmniej do czasu. Do czasu, kiedy podniosłem wzrok do góry i spytałem głośno “gdzie my jesteśmy?”. Krótkie spojrzenie na zegarek ujawniło, że siedmiominutową trasę pokonujemy już prawie minut dwadzieścia, a dworca nie widać na horyzoncie, choć na początku trasy było go wyraźnie widać. Tak. Zgubiłem się, przez całą drogę ani razu nie zwróciłem uwagi na to, czy dorbze skręcamy i czy chociaż kierunek się zgadza. Oczywiście na pociąg nie było szans dotrzeć o czasie i moja elfia czarodziejka spędziła kolejną noc u mnie w domu (ku mojej uciesze wielkiej).

I niech mi teraz ktoś powie, że faceci nie słuchają kobiet w czasie rozmowy. ;)

Antychryst we własnej osobie

Poniżej przedstawiam, jak dalece lotny artykuł popełnił bluszcz, jeden z redaktorów 7thGuarda. Dodać należy, że artykuł umieszczony został na głównej stronie serwisu. Ubawiło mnie to setnie, nawet SuperExpress nie skleciłby lepszego tekstu. Nikt też nie umiałby lepiej wyciąć z kontekstu moich wypowiedzi. Poniżej moja odpowiedź z powyższego serwisu, gdyby ktoś jeszcze chciał mnie nazwać antychrystem. Zapytuję jednak, po jakie media Pan bluszcz raczy sięgnąć przy kolejnym moim wpisie? Mogę liczyć na własny odcinek “Pod napięciem”? Już to widzę - “młody programista z Wrocławia, mimo wielokrotnych wezwań sądu, nie chce poklikać - co na to nasi eksperci?”

Wroga trzeba umieć sobie znaleźć - tak brzmi stare powiedzenie. Polscy jabberowcy (łącznie z autorem niniejszej notki) zwykli zdobywać fortece konkurencyjnych komunikatorów - Gadu Gadu i Tlen.pl. Co ambitniejsi podłożyli ogień pod polskiego blog-monopolistę udostępniając uwielbiany przez wielu serwis JoggerPL. To właśnie na tym serwisie jeden wyjątkowo zaangażowany jabberowiec zauważył nowego demona zła.

Poniższa historia uświadomiła mi, że nie jestem na bieżąco z obowiązującą polityką jabberową w naszym kraju - kiedyś walczyliśmy o otwarcie serwerów Tlen.pl na polską sieć, cieszyliśmy się z posunięć Wirtualnej Polski, a teraz?

Nowym zagrożeniem okazało się Hapi.pl, bazujący na protokole XMPP komunikator biorący za grupę docelową nietechnicznych nastolatków. Jego autorzy (być może po prześledzeniu doświadczonego WP i Tlen.pl) zdecydowali się od razu otworzyć komunikację między serwerową. Niestety, nie przewidzieli, że trendy się pozmieniały…

Czymże zasłużyliśmy? - głos przepełniony cierpieniem, żalem i goryczą roznosi się po pustkowiach, a także na blogu (przepraszam, jogu!) obrońcy elitarnych wartości. Aby wojownik miał pewność, że zostanie usłyszany, zostawił także odpowiednią notkę na forum użytkowników Hapi.pl.

O, przepraszam - w dalszym ciągu nie napisałem, jakie zagrożenie stanowi Hapi.pl - już wyjaśniam. Użytkownicy Hapi.pl to horda matołów - a przecież Jabber jest wolny od “koFFanyH pAniEnEk”, “1337 haxx0rów” i tłumów zbyt skąpo obdarownaych przez życie intelektem dzieci.. Nasz wyzwoliciel nie boi się okazać swojej trwogi, i pyta: Dlaczegóż chcecie więc nam, bogu ducha winnym użytkownikom, zgotować los tak marny? Dręczony cierpieniem sugeruje autorom dodać system automatycznego rozsyłania/forwardowania łańcuszków. Finalnie autor ukazuje swoją bezradność: Być może nie rozumiem waszej motywacji, może są w tym jakieś cele wyższe, wtóruje mu jedna z jabberowych niewiast: Nawet jak bronić sie nie będzie :( (oczami wyobraźni widzę w tym momencie palone setkami wioski podczas sesji RPG).

Osoby pragnące poznać szerzej temat mogą poczytać komentarze różnych osób na wyżej wymienionych stronach, niemniej nasuwa się pytanie - jaki jest sens życia w getcie (tak, pojawiają się propozycje filtrowania). Osobiście cieszę się, z takich inicjatyw jak Hapi.pl. Cieszę się, że mogę w końcu nietechnicznym znajomym polecić prosty komunikator, być może docenią go też rodzice nie chcący katować swoich pociech skomplikowanymi wynalazkami (tak tak, Psi jest skomplikowane dla ZU). A co sądzą o tym czytelnicy serwisu?

Bawi mnie wolność wypowiedzi w naszym kraju. Nagłówek mojego posta zaczynał się słowami, że piszę tylko i wyłącznie w swoim imieniu. Niejaki bluszcz zrobił z tego protest na skalę światową. Czekam na fotomontaże, jak z transparentem biegam pod oknami autorów hapiego (i pandiona generalnie). Na drugim transparencie mam napisane “windowsa używają tylko idioci”, a na zapasowym, który strategicznie wisi na moich plecach, widnieje hasło “31337″.

Cieszy mnie też, że poziom edukacji narodu stoi tak wysoko, że prawie nikt nie zrozumiał, o co mi chodzi. Jabber po prostu nie jest gotowy na popularyzację, a w 100% nie jest na to gotowa Polska. Ludzie na świecie nie będą nas oceniać po poziomie średnim, tylko właśnie po tych kilkudziesięciu “koFFanyH” jellonkach.

Do Hapi nie miałem zupełnie nic. Do czasu. Do czasu, kiedy to w ciągu dwóch tygodni odebrałem kilkanaście wiadomości typu:

- HEJ!!! jak zmienić emotki!!
- jakie emotki znowu
- No W HAPI!!!

Tudzież:

- CZESC GDZIE MGOE ZMIENC TEN OBRAZEK ?

Czy też:

- Ej Tez jestem Z Wroclawia dodoam cie Do listy pozdro!

Nie będę wklejał reszty cytatów, poziom identyczny. Nie, nie jest wyjściem usunięcie się z katalogu. Nie, nie jest wyjściem blokowanie ludzi spoza listy. Nie po to powstał pieprzony katalog i nie po to jest możliwość odezwania się do kogoś bez potrzeby dodawania go do rostera, żebym teraz musiał zacząć autoryzować kontakty przez telefon komórkowy.

Ja nie protestuję przed otwieraniem jabbera, jabber zawsze był otwarty. Nie lubcie tylko wody z mózgu ludziom, których część ma już tam dość sporo owego płynu. Dlaczego WP mogło napisać na stronie, że to nie jest GG, że to JABBER? A dlaczego Hapi jest tak biedne, że najpierw wydaje komunikator i “ludzie, ściągajcie, a słowo wstępne, regulamin i instrukcję obsługi kiedyś się dopisze”? Pewnie, prościej puścić ludzi na sieć, o resztę mogą spytać zwykłych userów (czy też “elitę” - jak bluszcz nazywa ludzi ceniących sobie prywatność).

Być może jestem polskim Adolfem Hitlerem, może wierzę w ubermensch, może jestem nazustą, faszystą i rasistą. A może niektórzy są tak ograniczeni, że krytykę komunikatora traktują jak zamach na całą ideę OpenSource. Przykro mi was czytać, w OS mam własny wkład, od lat promuję otwarte standardy, ale w życiu mi nie przyszło do głowy dać komuś pistolet (ba - OtwartyPistolet!) i powiedzieć “baw się dobrze, jak kogoś zastrzelisz to nie nasza brocha - instrukcji nam się pisać nie chce”. Przykro mi też, że 7thGuard, którego czytam od dawna, opublikował artykuł o poziomie brukowca. Tylko czekać, aż zaczną się pojawiać artykuły w stylu “12-letnia Zuzia, głos pokolania, na swoim blogu śmie twierdzić, że Pepsi jest lepsza od Coca-Coli”.