Zastanawiam się właśnie, czy jest realna współpraca pomiędzy dużymi i małymi? Żeby być precyzyjnym, chodzi mi dokładnie o agencje interaktywne.
Kilkuosobowe, małe firmy stanowią większość rynku (tak zwany długi ogon
). Najczęściej zatrudniają zaledwie kilka osób i skupiają się na oferowaniu swoich usług klientom niewiele większym od siebie. Ich moc przerobowa i ryzyko zachwiania płynności finansowej nie pozwalają na zaangażowanie się w większe, kilku- czy kilkunastomiesięczne projekty dla dużych zleceniodawców. Z drugiej strony, w tak małym zespole każde stanowisko obsadzane jest ze szczególną ostrożnością — każdy pracownik musi idealnie pasować do mechanizmu i musi się doskonale orientować w co najmniej kilku dziedzinach. Pomijam firmy-krzaki, które utrzymują się z klepania stronek
pod FrontPage.
Średnie i duże firmy z kolei dysponują dużymi zespołami. Są w stanie podjąć się bardziej ambitnych i lepiej płatnych zadań. Większe zasoby ludzkie nie gwarantują tak uniwersalnych predyspozycji poszczególnych pracowników, ale z drugiej strony pozwalają na większą dywersyfikację i inwestycje w kierunkach, na które nie stać mniejszych kolegów. Choćby badania użyteczności, czy analiza dostępności serwisów.
Mali nie są w stanie podjąć się wielkich zleceń, często też nie są w stanie dotrzeć do wszystkich klientów. Dużym nie opłaca się przyjmowanie mniejszych zleceń, bo większy zespół musi na siebie zarobić. Mają jednak większe możliwości, których brakuje mniejszym.
Czy jest zatem możliwa współpraca pomiędzy dużymi i małymi? Outsourcing pracowników (tak brakujących zasobów dla mniejszej firmy, jak i wszechstronnego MacGyvera
do zadań specjalnych w drugą stronę), wymiana narzędzi (obie firmy muszą siłą rzeczy pracować nad produktami, które często zastosowanie znalazłyby również po drugiej stronie barykady), przekierowywanie klientów, którzy nie mieszczą się w targecie? Zastanawialiście się nad tym?
Technorati Tags: outsourcing, webdesign, cooperation, company

Może podam inny przykład, gdzie taka symbioza jest możliwa. Developerzy gier. Przykład: kanadyjska EA oraz firmy, które z nią współpracują oraz uczestniczą w powstawaniu wielkich tytułów. EA zapewnia fundusze, sprzęt, a firmy developerskie wiedzę i umiejętności.
Taka współpraca jest możliwa i — moim zdaniem — dość często występuje. Kiedy firma rośnie, rosną też wymagania Klientów. I tutaj też działa efekt “długiego ogona”. Mam w zespole specjalistów od najczęstszych zadań (powiedzmy grafika, kodera, projektanta baz danych, flashowca, speca od marketingu internetowego i gościa od usability). Ale kiedy Klient przyjdzie po animację 3D, muszę ją podzlecić. Nie mam na tyle zamówień na takie animacje, żeby na stałe kogoś zatrudnić, a z drugiej strony nie chcę odsyłać Klienta z kwitkiem — w końcu robimy dla nich tyle innych rzeczy…
Podzlecanie to całkiem niezły rynek dla małych firm, jeśli dobrze przemyślą swoją strategię. Dziś dostałem ofertę właśnie na usługi, których nie wykonujemy — ofertę skonstruowaną właśnie z myślą o podzleceniach. Było w niej np. wyraźnie napisane, że firma zgadza się występować jako ukryty podwykonawca — dla wielu firm może to być ważne (bo chcą stworzyć wizerunek wszechstronnej agencji). A dla małej firmy to bez różnicy — pieniądz nie śmierdzi, prawda? ;)
Wiele zależy od zasad współpracy.
Niestety, w Polsce nie mam dobrych wspomnień. Rozumiem “prawa rynku”, ale kiedy firma stosuje zasadę, że z kwoty zlecenia 50% to koszt firmy, 30% to “koszt zarządu” a 20% to kwota dla podwykonawcy - to jako podwykonawca wolę z tego zrezygnować i poszukać sobie klienta samodzielnie - najchętniej za granicą.
Ciekawy temat. Z tym podziałem na dużych/małych bywa różnie. W końcu w dużej agencji często pracę na rzecz klienta i tak wykonują tylko 2-3 osoby, ale narzut kosztów stałych jest oczywiście większy.
Zwykle, jeśli klient wie czego chce, to z dwóch agencji - większej i mniejszej, bardziej mu się opłaci wybrać mniejszą :-) Jeśli nie wie, ale ma budżet, to cóż… :)
Trochę nie w temacie, ale też się wiąże: obciążenia pracodawcy w polskim systemie podatkowo - ubezpieczeniowym są tak duże, że wiele osób pracuje dla firma prowadząc własną działalność gospodarczą, i tak naprawdę firma - matka wystawia tylko fakturę.
To chyba najczęstsza forma współpracy firm dużych z małymi, często jednoosobowymi firmami wyspecjalizowanymi.
Amrod:
Co wiecej, zalozenie jednoosobowej dzialalnosci jest szczegolnie atrakcyjne wlasnie dla freelancerow i konsultantow - 19% podatku, obecnie mniejsze obciazenie skladkami ZUS przez pierwsze dwa lata, ulatwione mozliwosci zerwania wspolpracy (oczywiscie dla obu stron).
Patrys:
Rynku agencji interaktywnych, przyznaje sie od razu, po prostu nie znam. Z jakichs tam moich obserwacji w innych dzialkach IT, jak wytwarzanie oprogramowania, wspolpraca w tym samym obszarze dzialalnosci miedzy duzymi i malymi nie istnieje. Zaden Siemens nie podzleci czegos zwiazanego z ich glowna dzialalnoscia na zewnatrz. Taka wspolpraca najczesciej dotyczy outsourcingu pracownikow, uslug HR, znacznie rzadziej PR. Przyczyna jest raczej oczywista - specjalisci siedza na miejscu i jest ich na tyle duzo, ze mozna nimi w miare elastycznie zarzadzac, poza tym wszystko jest skruputalnie budzetowane, co wymaga takze rozsadnego planowania. Z drugiej strony to tez kwestia skali - na rynku produkcji oprogramowania sa naprawde slusznych rozmiarow korporacje, natomiast nawet najwieksze agencje interaktywne w PL naleza do segmentu MSP, co tak naprawde sluzy na pewno ich elastycznosci i dynamice. Duze firmy sa we wszystkim strasznie powolne.
Zastanawia mnie ostatnio inna rzecz - to, jak zmienia sie model biznesowy srednich i duzych firm z uwagi na coraz silniejsze wplywy darmowego oprogramowania. W srodowisku Java liczba porzadnych i darmowych narzedzi jest naprawde spora: JBoss udostepnia swoj serwer aplikacyjny i Hibernate do mapowania O/R zarabiajac jedynie na supporcie, pracownicy IBM sa glownymi commiterami darmowego Eclipse, ktory od roku jest podstawa ich narzedzi z serii Rational, itd. Mniejsze firmy, szczegolnie te, ktore produkuja zaawansowany software, staja przed trudnym wyborem: albo nie dajemy za darmo nic i staramy sie stymulowac sprzedaz marketingiem, albo dajemy za darmo wersje dla uzytku niekomercyjnego liczac na przestrzeganie tej umowy licencyjnej i zwiekszenie rozpoznawalnosci marki, albo dajemy wszystko i zamieniamy 3/4 firmy w dzial helpdesk. Bardzo jestem ciekawy, jak ten model bedzie sie zmienial w najblizszych latach.
m:
Z własną działalnością nie jest tak różowo do końca — łatwo zerwać umowę, ale jeśli firma zlecająca się nie wywiązuje z umowy albo ci nie płaci, to nie masz już prawa skorzystania z sądu pracy, gdzie sprawę załatwią ci zaocznie i na twoją korzyść. Zamiast tego musisz założyć sprawę karną i pieniądze możesz zobaczyć za rok albo nigdy.
Patrys:
Owszem, minusow jest kilka. Oprocz problemu z odzyskiwaniem pieniedzy, a przede wszystkim z regularnoscia platnosci, z ktora w przypadku malych firm jest bardzo roznie, nie ma tez formalnych urlopow. Ale w przypadku czystego ukladu propozycja wydaje sie warta przemyslenia.
A jeszcze odnosnie mojego komentarza poza tematem, dotyczacego wplywu darmowych licencji na rynek oprogramowania… to naprawde wydaje sie swietnym narzedziem marketingowym. Nasza konkurencja sprzedaje swoj produkt za 10.000 USD, my przez rok siadamy do monitorow, wytwarzamy podobny software i udostepniamy go za darmo do celow niekomercyjnych albo bez supportu. Zupelnie przewracajacy rynek profesjonalnego oprogramowania model, bezkonkurencyjnie skuteczny. Wielu producentow albo zmieni podejscie, albo straci klientow… A na pewno trudno jest zmienic koncepcje biznesowa tym, ktorym kapia ciezkie dolary za niszowy software.
m:
Zgadza się, dlatego jestem przeciwny patentom software’owym. Dzięki popularyzacji modelu otwartego i/lub dwulicencyjnego, utrzymanie się na rynku wymaga konkurencyjności, a nie pierwszeństwa. Im większa dywersyfikacja ofert, tym lepiej dla nas — konsumentów. Zmiany zachodzą powoli, ale duże firmy już zaczęły się uczyć, że monopol nie trwa wiecznie i produkt trzeba nie tylko mieć, ale jeszcze go ulepszać albo oferować na atrakcyjniejszych warunkach.