Archiwalia dla 03.2008

Wywiad: Mapness.net

Kilka dni temu miałem okazję zaprosić do rozmowy twórców niedocenianego na Polskich blogach serwisu, wynik do obejrzenia poniżej. Rozmawiali ze mną Michał Popielnicki (MP) i Tomasz Sieroń (TS) z ekipy mapness.net.

Mapness logo

PZ: Są tu ze mną Michał Popielnicki i Tomek Sieroń z zespołu odpowiedzialnego za serwis mapness.net, witam was serdecznie.

MP: Cześć. Gorąco pozdrawiamy wszystkie czytelniczki.

PZ: Mało u nas słychać o Mapness, może więc na początek powiecie nam coś o samym serwisie?

TS: Nasz projekt to internetowy dziennik podróży i social journey planner.

MP: Na tym etapie Mapness to internetowy dziennik podróży, jednak mamy plany by stał się w przyszłości czymś znacznie większym.

TS: Zgadza się, dziennik podróży to przede wszystkim relacjonowanie swoich wojaży i dodanie do tego opisow, fotek, filmów. Chcemy, by Mapness mogło również służyć za “social planner” - osadzone w kontekście społeczności podróżniczej narzędzie do planowania palcem po mapie.

PZ: Co da użytkownikom taka możliwość planowania?

TS: To lekarstwo na agencje turystyczne online, które pokazują kilka mini fotek plaży i dwa paragrafy tekstu i oczekują, że na tej podstawie klient zdecyduje się na wybór wycieczki czy dwutygodniowych wakacji.

MP: Chcemy, by użytkownik miał możliwość dokładnego zaplanowania podróży, z uwzględnieniem najdrobniejszych szczegółów i dostępem do informacji, jakimi dzielą się inni.

PZ: Czy projektem zajmujecie się we dwóch?

MP: Tomek jest odpowiedzialny za projekt interakcji, za część serwerową odpowiedzialny jestem ja i nieobecny dziś Wojtek Kosiński.

TS: Napisałem też większość JavaScriptu, który przejął teraz Michał.

MP: Też mi coś. Wcale nie większość! (śmiech)

TS: Jak widać, zespół jest zgrany i świetnie się dogadujemy.

PZ: Z tego co wiem, projekt działa od kilku miesięcy. Wy znacie się znacznie dłużej, prawda?

MP: Tak, będzie tego dziesięć lat, z przerwami na trzeźwienie (śmiech).

TS: Wszyscy pochodzimy z jednego osiedla w Lublinie - na dalekim wschodzie kraju.

PZ: Dlaczego więc zaczęliście wspólny projekt dopiero teraz?

MP: Myślę, że musieliśmy do tego dorosnąć, po skończeniu studiów pojawiła się taka możliwość, więc staramy się ją wykorzystać.

TS: Tak, zwłaszcza, odkąd skreśliliśmy nasz pewniak, serwis randkowy (śmiech).

PZ: Jak zaczęło się życie Mapness?

TS: Michał jest motocyklistą, pomysł przyszedł mu do głowy, kiedy kolejny raz wyznaczał trasę, wbijając szpilki w mapę rozwieszoną na tablicy korkowej.

MP: To prawda, na początku chciałem zbudować narzędzie tylko dla siebie, ale szybko okazało się, że mamy masę pomysłów.

TS: Uznaliśmy, że pomysł ma duży potencjał, nie tylko dla motocyklistów, ale dla każdego, kto podróżuje lub chce to robić.

MP: Można pokazać znajomym, gdzie się było, dołączając zdjęcia do poszczególnych etapów wyprawy, ale można też zaplanować trasę przyszłej wycieczki.

TS: Szukaliśmy pomysłu, który pozwoli nam ruszyć z własnym startupem i pomysł Michała okazał się dla zespołu strzałem w dziesiątkę.

PZ: Można więc powiedzieć, że chociaż szukaliście pomysłu na biznes, serwis powstał z potrzeby rozwiązania problemu. Czy żadne z narzędzi konkurencyjnych nie było dość dobre?

TS: Musimy się przyznać, że na początku znaliśmy tylko część naszych konkurentów. Stwierdziliśmy, że ich oferta jest średnia - blogi z pseudopodróżniczą metką. O reszcie dowiedzieliśmy się po fakcie, kiedy przygotowywaliśmy nasz biznesplan, a także w trakcie rozmów z ludźmi z branży.

MP: Choćby po naszej prezentacji na 3camp okazało się, że podobne serwisy wyrastają jak grzyby po deszczu. Obecnie śledzimy ponad dwadzieścia z nich, dość wnikliwie, ze względu na ich podobieństwo do naszego projektu.

TS: Na szczęście konkurencja traktuje mapy jako dodatek, podczas gdy u nas stanowią podstawę. Są osią, na której dopiero przedstawiana jest relacja bądź plan podróży.

PZ: Nie boicie się konkurencji?

MP: Największym zagrożeniem są dla nas serwisy, za którymi stoi duży kapitał albo ogromna maszyna marketingowa. Z nimi nie wystarczy konkurować na poziomie oferowanych funkcji czy użyteczności.

PZ: A co z naprawdę dużymi firmami?

TS: Z Google konkurować nie zamierzamy, bo to z góry przegrana bitwa (śmiech). Wiemy natomiast, że giganci pokroju Google oferują bardzo ogólne rozwiązania, które do wielu zastosowań wymagają zbyt wiele ze strony użytkownika. Proponując wersję dopasowaną do konkretnego zastosowania, wychodzimy naprzeciw potrzebom naszej grupy docelowej. Jesteśmy mali i zwinni, szczególnie Michał (śmiech), dzięki czemu łatwo możemy dostosować się do zmieniających się potrzeb i to jest nasza zaleta w stosunku do gigantów.

MP: Nie jesteśmy też związani szczegółowymi kontraktami, dzięki czemu możemy wprowadzać narzędzia ułatwiające integrację z innymi serwisami, na co duże koncerny nie mogą sobie pozwolić.

PZ: Jak wyglądają wasze dalsze plany rozwoju? Czy możemy liczyć na API? Integrację z odbiornikami GPS? A może śledzenie trasy na żywo?

MP: Tak, to wszystko mamy w planach, a także wersję mobilną.

TS: Urządzenia przenośne uważamy za istotny etap naszego rozwoju, tam właśnie widzimy przyszłość sieci.

PZ: W Polsce może to stanowić problem, bo pod tym względem stanowimy chyba niewielki rynek?

TS: Zgadza się, w Polsce na samych mobilnych rozwiązaniach oprzeć swój biznes i zarobić mogą tylko najwięksi. Dla polskich użytkowników serwisu nasza oferta dla urządzeń przenośnych będzie stanowić rozwiązanie komplementarne, ale nie skupiamy się tylko na polskim rynku. Szlaki mamy już przetarte zarówno w Stanach, jak i w Azji.

MP: Z dodatkowych funkcji, chcemy wprowadzić także możliwość geolokowania autora relacji za pomocą nadajników sieci komórkowych jako alternatywy dla GPS.

TS: Możesz się również spodziewać, że już niedługo, po powrocie z wyjazdu, twój telefon zapyta cię, czy chciałbyś umieścić całą przebytą trasę na Mapness. Oczywiście także z możliwością relacjonowania live przez GPRS i inne dostępne w podróży metody łączności.

PZ: Waszym celem jest zatem cały świat, ciężko jednak jednocześnie prowadzić działania promocyjne na tak dużym terenie. Gdzie teraz skupiacie swoje zainteresowanie?

TS: W początkowej fazie skupiamy swój marketing tu, gdzie mamy najwięcej kontaktów i najszersze możliwości. Do tej pory była to Polska i UK, głównie ze względu na to, że jesteśmy ograniczeni własnymi funduszami.

MP: Widzimy duży potencjał w rozwijających się ciągle rynkach turystyki online w Europie i USA. Do tego trzeba jednak funduszy, a jeszcze do niedawna projekt rozwijany był tylko po godzinach, w garażu (śmiech).

TS: Teraz ja odszedłem z pracy, cały swój czas inwestujemy w rozwój projektu. Rozmawiamy również z inwestorami, którzy umożliwią nam zrealizowanie naszych celów.

PZ: Myśleliście o sprzedaży usług dla wielu różnych marek, czy może o jednym strategicznym inwestorze?

MP: Kierować się chcemy raczej w stronę współpracy z obecnie liczącymi się graczami sektora turystyki online. Chcemy, by Mapness stało się kolejnym kanałem sprzedaży ich usług, jednocześnie zwiększając wartość serwisu dla społeczności.

TS: Dokładnie. Chcemy połączyć wiedzę użytkowników tworzących społeczność podróżników z odpowiednio dobranymi ofertami firm działających w tej branży.

PZ: Czy to znaczy, że w serwisie pojawi się sponsorowany content lub reklamy?

MP: Szukamy takiego inwestora, który pozwoli nam rozwinąć produkt technologicznie, pozwalając na zdobycie dodatkowych rąk do pracy, a jednocześnie prowadzić działania marketingowe, dzięki którym przekroczymy tipping point i masę krytyczną niezbędną do przetrwania na rynku.

TS: Bardziej od tradycyjnych reklam podoba nam się pomysł powiązania treści tworzonych i zarządzanych przez społeczność z odpowiednio dobranymi ofertami firm zewnętrznych.

PZ: Mimo dużych planów mało o was słychać w polskiej sieci?

MP: Niestety. Ostatnio ruszył szeroko opisywany przez polską blogosferę Kolumber. My jesteśmy w sieci od połowy grudnia, ale nie zostaliśmy jeszcze przez nikogo opisani. Najpopularniejsi jesteśmy w Belgii, gdzie opisał nas jeden z bardziej poczytnych blogów. Dalej USA i Polska, ale tu, co by nie mówić, szału nie ma (śmiech).

TS: Z dwóch opcji, wolimy dopracowywać serwis, niż na siłę szukać rozgłosu. Myślę, że znalezienie inwestora dużo na tym polu zmieni. Dość powiedzieć, że liczba unikalnych wizyt w stosunku do zeszłego miesiąca wydłużyła się o jedną cyfrę, jesteśmy dobrej myśli.

PZ: Wróćmy jeszcze do historii. Wspomnieliście, że znacie się od dziesięciu lat, jak to wpływa na wasze wzajemne stosunki?

TS: Zaczęło się od gier RPG, potem staliśmy się nierozłączni. Następnie życie rozrzuciło nas nieco po świecie, ale stale utrzymujemy kontakt i w każde święta alkoholizujemy się w komplecie (śmiech). Wszyscy dookoła twierdzą, że biznes z przyjaciółmi to pomyłka, że nie należy nigdy łączyć przyjaźni i pieniędzy. Dla nas to trochę zabawne, bo nie dość, że nie mamy z tym problemów, to dodatkowo bardzo nam to pomaga.

MP: Obcego człowieka ciężko odpowiednio zmotywować, jeśli wiesz, co mam na myśli. Starego kumpla wystarczy opieprzyć, że jest leniwą łajzą (śmiech).

TS: Nie zawsze słyszy się same miłe rzeczy, ale silna interakcja między członkami zespołu daje dużego kopa, jeśli chodzi o nastawienie do projektu.

PZ: A okres studiów? Czy uważacie, że warto było je kończyć?

MP: Moim zdaniem nie warto. Najważniejsze umiejętności są jednak kwestią zacięcia i samodoskonalenia. Reszta to doświadczenie zawodowe, którego na studiach nie znajdziesz.

TS: Trudne pytanie. Ja kończyłem inżynierię biomedyczną na Politechnice Gdańskiej. O inżynierii nadal wiem niewiele, została mi tylko mammografia, którą praktykuję w ramach hobby (śmiech). Myślę, że najważniejsze, co dają studia, to kontakt z ciekawymi ludźmi i cały aspekt socjalny, jaki się z tym wiąże. Pieniądze i praca to nie wszystko.

PZ: Na koniec pozostaje mi spytać, jakie to uczucie, zbudować swój pierwszy poważny startup?

TS: Dużo dobrej zabawy. Przez pierwszych kilka miesięcy każdy z nas robił w Mapness tylko to, co lubi. Potem bum! Biznesplan, projekcja dochodów, kosztów, bilanse, marketing - mniej dla nas przyjemne, ale dużo się uczymy. Ważna jest też umiejętność radzenia sobie z konfliktami, jakie wynikają w trakcie wspomnianych przygotowań. Trzeba umieć zażegnać je, zanim się rozwiną i staną się realnym problemem. Na początku to wydają się drobne rzeczy, ale kiedy z kolegami spędzasz w miesiącu więcej nocy niż ze swoją dziewczyną, to konflikty stają się nieuniknione (śmiech).

MP: Nadal ze sobą wytrzymujemy i to jest najważniesze. Reszta to realizacja naszych marzeń i ostateczne opanowanie świata (śmiech).

PZ: Dziękuję za rozmowę i pozdrawiam serdecznie, życząc sukcesu.

Wolny Tybet, wolne żarty

Cieszą mnie bardzo kolejne blogowe akcje. Są niezwykle wymowne i barwne. Coś na kształt pielęgniarek strajkujących w sanatorium. O czym mówię?

Niedawno usłyszałem, że powinienem odezwać się w sprawie Tybetu, bo temat to ważny i milczeć nie wolno. Odzywam się zatem. Słowami, których nie uświadczysz na portalach z milionami odsłon. To blog i mam prawo wypisywać, co mi się tylko podoba — tobie nikt nie każe tego czytać, więc wszystko wygląda fair, prawda?

Tybet jest nową Afryką, że się tak — łebdwazeo — wyrażę. Od tygodnia o niczym innym na polskich blogach nie czytam. Liczyłem na tradycyjną lawinę katolickich wartości świątecznych, ale nie. You failed. Piszecie w kółko o Tybecie, jakby Chiny najechały i zajęły go sobie w moje cholerne imieniny. Przykro mi, że was zawiodę, Tybet nie jest osobnym krajem, nie był też tydzień temu. Kto poda okresy kiedy był, w ciągu całego dwudziestego wieku? Czy słyszałem, jak ktoś z sali powiedział pod nosem nigdy?

Co zrobiły Chiny z Tybetem? A co stało się z Kosowem? Który kraj ostatnio opowiedział się za ich niezależnością? Czyżby Polska? Cóż za niefart. Może i zacne są te wszystkie akcje i akcyjki, ale kurwa, błagam was. Wasze akcje są tak skuteczne i przemyślane, jak naklejenie sobie na zderzaku malucha deklaracji nie zgadzam się z głodem w Afryce. Niewątpliwie jest to największy w dziejach ludzkości krok do rozwiązania problemu. Oczyma wyobraźni widzę spotkanie na szczycie, na które wpada nagle sekretarz stanu Polski z mrożącą krew w żyłach informacją: dwudziestu trzech blogerów z Pcimia nie zgadza się na olimpiadę w Pekinie. Tak zaczną srać po gaciach, że Zewa, producent najbardziej miękkiej na świecie srajtaśmy, trafi do Fortune 100.

Ładne są te wasze znaczki, fajne te protesty i, oczywiście, doceniam elektroniczne petycje. To takie sympatyczne i niegroźne dziwactwa, ale w Polsce (i na całym świecie) sprawy załatwia się na papierze. Chcesz coś zdziałać? Poświęć pięć minut i zapakuj to w kopertę. Półgodzinna tyrada na głównej stronie Joggera co najwyżej pozwoli zarobić na reklamach (albo zbankrutować, jeśli to twój serwer utrzymuje znaczek akcji, do którego wszyscy hotlinkują). Jak krytykować, to konstruktywnie. Jak protestować, to pod właściwym urzędem. Nikt się nie przejmie człowiekiem, który — w ramach głodówki — przez trzy dni prowadził bloga bez pizzy.

Stado babć w beretach potrafi wziąć jebany długopis do ręki i wysłać milion protestów w sprawie jednego autobusu. Przykro, że zginęło tam kilkadziesiąt osób, ale zaraz znalazły się fundusze, prawda? A wam od stukania komciów odjęło część mózgu odpowiedzialną za trzymanie pióra i ślinienie kopert? Nie? To do roboty, a na blogach opisujcie nowinki z życia Sieci i skład śniadania.

Na koniec zagadka. Wiecie, co to jest pięć olimpijskich kółek na tle plamy krwi? Czarny humor. I nic więcej. Zanim mnie zjecie, pozwólcie, że przyznam wam z góry rację, a w ramach rekompensaty przygotuję blogo-wlepki z napisami, odpowiednio bezrobocie jest do dupy, niepodległy Śląsk i to nie fair, że moja mama utrzymuje tego bloga. Stay tuned, drodzy obrażeni hipokryci, resztę miłośników ironii serdecznie pozdrawiam.

Pierwszy z demonów

Na każdym zebraniu jest taka sytuacja, że ktoś musi zacząć. Przy komputerze nikt kogo pod pistoletem nie trzyma, a skoro pan nie mówi o przyrodzie, możemy przejść do spraw ciekawszych. Jeśli wiesz, czym jest dæmon init i jaka jest jego rola w systemie uniksowym, możesz śmiało przeskoczyć nad płytkim, powierzchownym i łopatologicznym wprowadzeniem, którego się nie spodziewasz, a którym za chwilę uraczę całą resztę. Wpadliście w zasadzkę, marny wasz los.

Głupi kaowiec

init nie jest wielki, ale lekceważyć go nie wolno. Jest alfą i omegą, krótkie starcie z nim szybko upewni cię, że może to oznacząć początek twojego końca. Jak to? — pytasz ze zdziwieniem w oczach, gdy ja przypominam ci radosny komunikat:

Kernel panic: Attempted to kill init

init jest nieśmiertelny. Rodzi się jako pierwszy i, niczym dobry kapitan, pozostaje na pokładzie do samego końca. Inne procesy traktują go jako dobrotliwego wujka, który przygarnia zbłąkane sieroty, bądź jako wielkiego przedwiecznego, który wszelkie nieposłuszeństwo karze globalną zagładą.

Czy powinienem się go bać? — zapytujesz, a twarz twą oblewa rumieniec. Nie — odpowiadam, wzbudzając tym większą ciekawość. init to bardzo specyficzna bestia. Uruchamiany jest jako pierwszy proces przestrzeni użytkownika (nie licząc tak zwanego early userspace zawartego w initramfs, odpowiadającego za przygotowanie urządzeń do właściwego uruchomienia systemu) i zawsze jest numerem jeden (chodzi oczywiście o PID, czyli identyfikator procesu). Przygarnia również sieroty, czyli procesy, które wyrzekają się rodziców. Jądro systemu operacyjnego automatycznie przypisuje wszystkim bezpańskim procesom zastępczego opiekuna w postaci procesu init właśnie.

Mało tego, to właśnie biografia inita zawierać mogłaby i rzekł “niech staną się inne procesy”; i poczęły się uruchamiać usługi; i zobaczył, że było to dobre. Dæmon init pełni rolę nadzorcy całego systemu i troszczy się o to, by uruchomione zostały wszystkie niezbędne do działania komputera usługi (oczywiście mówię o działaniu w pojęciu użytkownika, komputer w pełni zadowoli się samym jądrem i użytkownika do szczęścia nie potrzebuje).

SysVinit

Dawno, dawno temu, gdy SCO nie straszyło świata patentami, a głównym zajęciem AT&T nie było sprzedawanie iPhonów stadom amerykańskich nastoletek, ci ostatni, znani jako Laboratoria Bella, opracowywali standard systemu Unix. W owych mrocznych czasach, poprzedzających erę komputera łupanego (gdy komputer zajmuje sporą część budynku, nikomu nie przychodzi do głowy naprawianie go poprzez walenie pięścią w monitor), pojawiła się koncepcja głównego nadzorcy. Sposób jego działania pozostał przez lata właściwie niezmieniony, różniąc się tylko nieco implementacją pomiędzy architekturami i pokoleniami uniksowej rodziny.

Do dziś za wzorcową implementację uznaje się ponad dwudziestoletnią skamielinę, pochodzącą ze standardu System V (właścicielom cyfowych zegarków spieszę wyjaśnić, że tak wygląda rzymska piątka). Obsługuje start usług i przypisywanie ich do różnych profili (System V posiada system siedmiu profili nazywanych poziomami i numerowanych od 0 do 6), potrafi dodatkowo wskrzeszać swoje dzieci, jeśli taka jest wola administratora.

Dlaczego zatem usługi uruchamiane są poza nadzorem systemu? Problemem jest ich elastyczna konfiguracja, możliwość zatrzymywania i uruchamiania w dowolnym momencie, a także fakt, że w przypadku problemów init z System V zupełnie nie interesuje się przyczyną nagłego zgonu.

W pozostałych rolach

Konkurencja nie spała. Pomijam systemy oparte o szkielet BSD, który jako model systemu powstał jeszcze przed System V, więc informacja o używaniu innego nadzorcy nie powinna cię zdziwić.

Najszerzej kojarzoną jest z pewnością implementacja daemontools. Jedni twierdzą, że to ze względu na kontrowersyjną postać autora, inni, że jest to wynik radykalnego podejścia do procesu nadzorcy. Rewolucyjnych zmian nie ma tam co szukać, podstawową różnicą jest większa konfigurowalność nadzorowanych usług i rezygnacja z profili uruchomieniowych. O sukcesie podejścia wystarczy powiedzieć tyle, że w 90% przypadków daemontools uruchamiane jest przez… SysVinit.

Nieco inne podejście zastosowali autorzy initng, rozwijanego przez deweloperów Gentoo. Do tradycyjnego nadzorcy dodano możliwość równoległego uruchamiania wielu usług i wprowadzono prosty system zależności. Zaowocowało to skróceniem czasu startu systemu — usługi nie musiały stać gęsiego w kolejce i uruchamiane były, gdy tylko zaspokojone zostały ich podstawowe wymagania (zaznaczyć wypada, że większość usług zadowala się działającą siecią bądź samym faktem włączenia komputera, tylko nieliczni domagają się prywatnego apartamentu z widokiem na morze).

Apple z kolei stworzyło launchd, który jest hybrydą pomiędzy tradycyjnym procesem init, dæmonem inetd i usługą cron. Podstawowym udogodnieniem dla użytkowników była tu wprowadzona możliwość uruchamiania usług na żądanie, rozszerzona później przez grupę freedesktop.org i zintegrowana z zarządcą magistrali DBus.

upstart already!

Mamy wreszcie projekt upstart, o którym krótko opowiem. Myślałem, że nigdy do tego nie dojdziesz — wzdychasz pod nosem, sprawdzając, czy mikrofon laptopa na pewno jest wyłączony. Pamiętaj jednak, że dla niektórych Linux to żółty pasek postępu z napisem Loading Ubuntu i każda okazja do postraszenia ich bebechami systemu jest dobra.

upstart łączy zalety większości wspomnianych wyżej implementacji. Potrafi emulować zachowanie System V, uruchamiać usługi równolegle, wspiera zależności, a autorzy obiecują, że niedługo może też zastąpić dæmona inetd. Przejście na niego jest bezproblemowe, bo usługi ze starego do nowego formatu przenosić można stopniowo, z każdym krokiem zyskując pełen nadzór nad ich działaniem, automatyczny restart w przypadku awarii i powiadamianie administratora o występujących problemach.

upstart dodaje też unikalny system reakcji na zdarzenia, nowe procesy mogą więc zostać uruchomione lub zakończone w odpowiedzi na zmiany zachodzące w działającym systemie. Chcesz, aby system obsługi wydruku działał tylko, jeśli do komputera podłączona jest drukarka? Nie ma problemu. Zatrzymać mniej krytyczne usługi, gdy serwer korzysta z zasilania awaryjnego? Proszę bardzo. Wszystko w automatycznie i z pełnym wglądem w listę tego, co aktualnie działa, co nie działa i dlaczego.

Oczywiście, nie piszę tego wszystkiego bez przyczyny. Wczoraj upstart pojawił się w PLD i skutecznie zastąpił swego pradziadka na wszystkich moich komputerach. Daj mu szansę i zainstaluj pakiet upstart-SysVinit, a jeśli ktoś spyta cię, jaki jest cel projektu, odpowiesz spokojnie:

Attempting to kill init

YellowGreen poprawione

Narzekanie to moja specjalność, ale żeby pozostać sprawiedliwym, muszę wspomnieć, że usterkę, którą zgłosiłem wcześniej, usunięto błyskawicznie. Tak, zgłosiłem swojego bloga ponownie i tak, został przyjęty, ale nie — nie piszę tej notki w związku z jakimś wewnętrznym regulaminem, który nakazywałby słodzenie w całej Sieci.

Piszę dlatego, że sieci reklamowych ci u nas dostatek — są i takie, które celują wyłącznie w blogi — ale żadna nie potrafi się przebić. Przed YellowGreen mieliśmy oczywiście Krytyków ze sponsorowanymi recenzjami produktów. Bardzo spodobał mi się ich regulamin, ale ten blog niespecjalnie może aspirować do szeroko pojętego recenzowania. Z jednej strony ciężko mi sobie wyobrazić siebie z kartonem próbek perfum czy setką loginów do webappsów dla garncarzy (łeb-dwa-zera nadciąga); z drugiej strony, kto wie, może któregoś dnia Apple poprosi o ocenę współpracy nowej generacji iPhonów z systemami linuksowymi (hint: nie współpracują prawie wcale)?

Żarty na bok. Jak wspomniałem, agencji reklamowych jest wiele, ale konkurencja raczej znikoma. Zdaje się, że briefingi większości podobnych projektów zaczynają się od słów to przecież blogosfera, sami do nas przyjdą, a potem coś wymyślimy. Owo potem nigdy nie następuje i okazuje się, że nie wystarczy znaleźć strategicznego klienta na toplayery, żeby wzbogacić się na blogach. Nie wystarczy też zgarnąć pół platformy blogowej, by zarobić cokolwiek.

Chciałbym, żeby YellowGreen było inne. By razem z Krytykami pokazali reszcie marketoidów, że blogi to wdzięczne miejsce na reklamę, jeśli podejść do niej z głową. Bo reklama to nie tylko krzykliwe drapacze sidebarów i gadające atrapy niusów. Ważniejsze od irytowania internautów jest zwiększanie świadomości marki, informowanie o mniej oczywistych zaletach, czy pomoc w dobraniu właściwego rozwiązania do konkretnej sytuacji. Zarówno specjaliści w konkretnych dziedzinach, jak i szarzy konsumenci, postrzegani są jako dalece bardziej obiektywne źródło opinii niż najlepsze slogany na billboardach.

Ważna jest forma. Lepszy niż wiodący zwykły proszek mamy już w telewizji, ale tam specyfika mediów zmusza nas do oglądania nawet najgłupszych haseł, jeśli wypadną w połowie ulubionego filmu (dlatego wypadają średnio co 5 minut ulubionego filmu). W internecie pozbyć się reklamy jest banalnie prosto, dlatego próby przenoszenia środków stosowanych w tradycyjnej prasie i telewizji przyczyniają się tylko do popularyzacji adblokerów.

Problemem jest tylko uświadomić reklamodawcom różnicę w nakładzie pracy pomiędzy czytaniem gazety z nożyczkami w ręku a kliknięciem przycisku blokuj w przypadku reklamy w internecie. Z tym, że ów przycisk jest dużo skuteczniejszy od nożyczek, bo na ogół owocuje całkowitą eliminacją wszystkich reklam danej agencji.

Mam nadzieję, że YG nie pójdzie w ślady swych poprzedników i że już niedługo Polska będzie miała swój odpowiednik Project Wonderful czy The Deck. Cóż, powodzenia.

Falstartup: YellowGreen

Yashke opisali nowy serwis, tytułowy YellowGreen. Jest to platforma do sprzedaży przestrzeni reklamowej na blogach. Nic nowego, ale w polskim wydaniu. Chciałem sprawdzić, jak to działa. Bardzo chciałem, ale na chceniu się skończyło.

YellowGreen

Parafrazując starego Windowsa, ten blog nie jest już być prawidłowy. Cóż, nieprawidłowy adres bloga tłumaczy, czemu mam tak niską oglądalność w statystykach, których nie prowadzę. W związku z tym, nawet, gdyby mój adres był prawidłowy, to i tak nie jestem w stanie wypełnić formularza zgłoszeniowego.

Pozostaje czekać, aż budowaniem serwisów zajmą się ludzie, którzy choć blade pojęcie o technologii mają. Albo zgłosić się do starego, dobrego Project Wonderful.

GNOME 2.22

GNOME 2.22

Dzisiaj (a właściwie to już wczoraj) oficjalnie został wydany GNOME 2.22. Dostępny we wszystkich dobrych dystrybucjach, więc także w PLD.

IE8 jednak nie zepsuje sieci

Z ostatniej notki na IEBlogu wynika, że IE8 domyślnie będzie wspierał tryb zgodny ze standardami:

We’ve decided that IE8 will, by default, interpret web content in the most standards compliant way it can. This decision is a change from what we’ve posted previously.

Wcześniejsze zapowiedzi sugerowały konieczność umieszczenia w kodzie specjalnego znacznika, który potwierdzałby, że autor faktycznie życzy sobie taki sposób interpretacji dokumentu. Dlaczego? Przez wersję siódmą przeglądarki, której wydanie okazało się sporym ciosem dla firmy z Redmond. Wiele serwisów (w tym prowadzone przez partnerów Microsoftu) przygotowanych było tylko i wyłącznie dla quirks mode wersji szóstej, tymczasem wersja siódma nauczyła się poprawnie składać dokumenty, co zaowocowało rychłym zepsuciem wadliwych stron.

Microsoft — w obawie przed kolejnymi próbami linczu — postanowił dodać do przyszłych wersji przeglądarek funkcję zamrażania zachowania przeglądarki na poziomie konkretnej wersji, a domyślnym poziomem zgodności dla wszystkich przyszłych wydań miał być właśnie IE7. Oznaczało to dokładnie tyle, że IE8 zachowywałby się dokładnie jak IE7 dopóty, dopóki autor strony wyraźnie nie zaznaczył, że życzy sobie wykorzystać możliwości i poprawki wprowadzone w wersji ósmej.

Na szczęście (po wielkiej burzy, jaka wybuchła pomiędzy autorytetami w dziedzinie standardów) zespół zdecydował się nie psuć Sieci i odwrócić działanie mechanizmu. Jak czytamy na blogu przeglądarki, to autorzy wadliwych serwisów zyskają możliwość zaznaczenia przetwarzaj ten dokument tak, jakbyś był wersją X. W efekcie modyfikacji będą musiały ulec tylko te serwisy, których treść i tak może nie być dostępna dla użytkowników innych agentów (przeglądarek biurkowych i urządzeń do przeglądania służących). Mówiąc krótko — Microsoft sprząta po sobie swoje śmieci i aktywnie wspiera standardy tam, gdzie jest to możliwe.

Prywatnie: 10 typ

Blog wraca do życia, więc warto wspomnieć, że 16. lutego miała miejsce kolejna przeprowadzka. Maleńkie mieszkanko na Jedności Narodowej okazało się zbyt ciasne dla czterech osób, więc nie pozostało nam nic innego, niż się przenieść. Nbw ze swoją kobietą zamieszkali w okolicach Parku Handlowego Fekalia, a ja…

Berecik

…a raczej my (bo jest nas troje) okupujemy tereny przyległe do nieistniejącego już dziś Poltegoru. Cóż, 73 metry, spokojna okolica. Do kompletu ze mną Asia — moja osobista kobieta-prawnik (która od pół roku nie może nic na bloga napisać) i qwiat — mroczny BOFH iCenter. I telewizor, konsole i kawałek internetu, a nawet jakieś żywe kwiatki (tym razem nie słynne wiszące ogrody na kartonie po pizzy). Radzimy sobie jakoś i nudno też nie jest, bo czasem odwiedzają nas znajomi:

Gwiazdy na lodzie

Niestety, to jedyne zdjęcie znajomych, jakie nadaje się do publikacji, bo kto by chciał oglądać łysiejących gości pod trzydziestkę, którzy przez kilka godzin nie wypuszczają pada z ręki?

Update: chciałbym zaznaczyć, że jeśli w ciągu najbliższych dni zginę z rąk Aśki, to z całą pewnością spowodowane będzie to moją całkowitą impotencją i chronicznym zaleganiem do wczesnych godzin rannych przed laptopem, a nie złośliwościami zawartymi w powyższej notce. W końcu prawnicy znani są ze swojego poczucia humoru, prawda? ;)

Złota kreska

Przepraszam wszystkich, którym GoldenLine wysłało dzisiaj/wczoraj tonę spamu, podpisując się jako ja. Od ponad roku nie zapraszałem ani nie próbowałem zapraszać tam nikogo z moich znajomych. Nie pozwoliłem też serwisowi zaimportować żadnej książki adresowej, nie dałem dostępu do GMaila, LinkedIna i ogólnie nikt nie wmówi mi, że w jakikolwiek aktywny sposób przyczyniłem się do zajścia. Podjąłem jednak podstawowe środki prewencji w celu uniknięcia podobnych sytuacji w przyszłości. Usunąłem mianowicie konto z owej krzyżówki Grona i LinkedIn, co i wam polecam zrobić. Zupełnie nie mam pojęcia, do czego mógłby mi się ten serwis przydać.

Chyrp!

Tak się złożyło, że od wczoraj jestem oficjalnym maintainerem Chyrpa. Jego implementacji w PHP dla ścisłości.

Chyrp to lekki silnik, który pozwala wygodnie prowadzić własnego (mikro-/foto-) bloga. Wszystko zaczęło się od tego, że pewien szesnastolatek (tak, szesnastolatek), Alex Suracil, postanowił zrobić WordPressowi konkurencję. Wokół projektu zrobił się mały szum i powstało community. Zaczęły pojawiać się piórka i moduły (odpowiedniki wtyczek), tłumaczenia, skórki, a z czasem pojawiło się pytanie o implementacje dla innych platform.

Ja przejąłem oryginalną implementację w PHP, Alex zaczął prace nad wersją w Rubym, a mitsuhiko pracuje nad projektem twig — implementacją silnika szablonów Jinja w PHP.

Jeśli szukacie czegoś wygodniejszego i lżejszego niż WordPress, to być może właśnie znaleźliście. Oczywiście projekt jest otwarty i z chęcią przyjmiemy kolejnych ochotników. Miłej zabawy!