Z całym sza­cun­kiem dla reup­take, nie bar­dzo widzę sens jego ostat­niej notki. Vagla pisze bar­dzo sen­sow­nie i nie jest to tekst poświę­cony w poło­wie twit­te­rowi i 100 innym rze­czom. Vagla wska­zuje na to, co dzieje się z pier­wo­wzo­rem Blipa i co któ­re­goś dnia może spo­tkać i wer­sję pol­ską. Wła­ści­wie poka­zał, że już poja­wiły się pierw­sze (bez względu na to, czy to żart) próby wyko­rzy­sta­nia API ser­wisu do wydo­by­wa­nia pry­wat­nych informacji.

Jasne, można się spie­rać o to, że prze­cież ser­wis wyraź­nie zazna­cza, że cała treść jest publicz­nie dostępna. Pro­blem w tym, że ludzie bez wie­dzy infor­ma­tycz­nej mają na ten temat swoje wła­sne wyobra­że­nia. Kto z sza­rych bli­po­wi­czów jest świa­dom faktu, że raz wysłana i usu­nięta wia­do­mość mogła w mię­dzy­cza­sie zostać zin­dek­so­wana za pomocą API przez nie­za­leżny ser­wis? Ile osób wie, że tre­ści wysłane na Blipa mogą nagle poja­wić się w wyni­kach wyszu­ki­wa­nia Google? Na przy­kład pod­czas ruty­no­wego spraw­dza­nia poten­cjal­nych kan­dy­da­tów do pracy?

To co dziś jest pry­watną opi­nią w zamknię­tej dys­ku­sji lub żartem wysła­nym do kolegi, wyrwane z kon­tek­stu może nie­ocze­ki­wa­nie zaata­ko­wać w trak­cie roz­mowy kwa­li­fi­ka­cyj­nej w postaci pyta­nia dla­czego uważa Pan, że nasz klu­czowy part­ner jest — cytuję — do dupy? To są rze­czy, o któ­rych mało kto teraz myśli. Do złud­nego poczu­cia pry­wat­no­ści przy­czy­nia się też funk­cja usu­wa­nia wysła­nych wcze­śniej sta­tu­sów. Jest bar­dzo uży­teczna w przy­padku popra­wia­nia lite­ró­wek, ale na nie­wiele zda się, gdy przy­pad­kiem chlap­niemy wię­cej, niż chcie­li­by­śmy powie­dzieć sto­jąc z mega­fo­nem na dachu pobli­skiego targowiska.

Na Bli­pie pry­wat­ność nie ist­nieje, nie da się jej też nic stam­tąd sku­tecz­nie usu­nąć i trzeba się z tym pogo­dzić. Jeśli masz wsty­dliwy sekret, to użyj tele­fonu albo komu­ni­ka­tora z sil­nym szy­fro­wa­niem. Pro­ste — w teo­rii. Pro­blem oczy­wi­ście leży gdzie indziej. Ludzie zawsze będą strze­lać sobie w stopę, nie­za­leż­nie, czy damy im do ręki kom­pu­ter, czy fla­ma­ster, o czym dobit­nie świad­czą wła­sne numery tele­fo­nów komór­ko­wych, pozo­sta­wiane na przy­stan­ko­wych wia­tach przez sie­dem­na­sto­let­nie krej­zolki i hasła do prze­róż­nych sys­te­mów infor­ma­tycz­nych, pie­czo­ło­wi­cie przy­kle­jane na żółtych kar­tecz­kach do biu­ro­wych monitorów.