Prawnicy są zgodni: Global GPRS wywołuje myśli samobójcze*

Miałem nadzieję, że moje przygody z pozwami skończyły się wraz z poprzednią notką w wątku. Wiemy jednak, że życie lubi zaskakiwać, czyż nie1? Po powrocie z urlopu z otwartymi ramionami przywitał mnie kolejny email z wymiarem sprawiedliwości w tle. Od kogo? Wydaje mi się, że ogłoszenie konkursu w tej sprawie byłoby niecelowe.

1 miłośnicy Pratchetta mogliby w tym miejscu słusznie zauważyć, że obiekty w lusterku wstecznym mogą znajdować się bliżej, niż się wydaje

Tym razem pan Dariusz pisze (email z dnia 16. sierpnia, pisownia oryginalna, pozwolę sobie na wtrącenia):

Witam

Właśnie wróciłem z długiego dwu miesięcznego urlopu i widzę, że nadal oba artykuły o moich programach nie są usunięte i powielają się na coraz większej ilości stron internetowych. Wygląda na to, że nie zwracasz uwagi na popełniane przestępstwa. Powiem ci jak zareagował adwokat, gdy zobaczył twój drugi artykuł zawierający moją prywatną korespondencję: uśmiechnął się i powiedział „to chyba jakiś samobójca”.

Nie jest mi znany wyrok sądu, który uznawałby moje postępowanie za noszące znamiona przestępstwa. Z pewnością nie jest nim udzielanie porad w kwestii poprawienia słabo napisanego programu (który autor sam określił jako wersję beta).

* badania przeprowadzone na grupie kontrolnej zawierającej prawników sztuk jeden; tytuł programu użyty wyłącznie w celach informacyjnych

W pierwszym artykule naruszyłeś moje dobra osobiste m.in. pomawiając mnie o to, że jestem podejrzanym typem, który może fałszować swoje dane osobowe w licencji programu i tworzy podejrzane programy, które należy unikać. Mimo, że zostałeś poinformowany o naruszeniu prawa, to w pełni świadomie popełniłeś kolejne przestępstwo – publikując moją prywatną korespondencję ponownie naruszyłeś moje dobra osobiste (prawo do prywatności). Jest tylko jedna kategoria listów, które mogą być rozpowszechniane publicznie – tzw. listy otwarte. Wszystkie inne podlegają ochronie prawa. Mój list adresowany był tylko do jednej, konkretnej osoby.

Czy jest przestępstwem wyrażenie wątpliwości co do godności (czyt: imienia i nazwiska) autora? Wszak ten ostatni zarówno w archiwum z programem, jak i na jego stronie internetowej figurował jako niewiele mówiący dariuszdev gmail com (stanu bieżącego nie zbadano ze względu na nikłe zainteresowanie niżej podpisanego tytułowym wynalazkiem). Nie sądziłem, żeby faktycznie nosił dźwięczne i jakże rdzennie polskie nazwisko Dev2, toteż i imię nie wydało mi się pewne.

2 w czym upewniłem się po lekturze treści już piątego listu od pana Dariusza, kiedy to był łaskaw zdradzić mi swoje nazwisko, które skrzętnie zamaskował także na zdjęciu złożonego na policji doniesienia o popełnieniu przestępstwa

Przy okazji zauważmy, że mowa jest o licencji programu. Niestety, nie udało mi się z nią nigdy zapoznać, gdyż plik tekstowy z opisem programu stanowi, że licencja znajduje się wewnątrz programu, w którymś z menu. Mamy więc jajko-niespodziankę, na którym małym druczkiem umieszczono zapis o takiej mniej-więcej treści: naruszenie zewnętrznej powłoki czekolady jest jednoznaczne z akceptacją warunków umowy, która znajduje się w środku. Nic więc dziwnego, że nigdy nie uruchomiłem programu, skoro wymagałoby to czynu niemożliwego — wcześniejszego, zapewne telepatycznego, zapoznania się z warunkami i akceptacji owej licencji, prawda? Tutaj pozwolę sobie wyrazić nadzieję (sprawdzić nie mogę), że przynajmniej tam znajdują się dane osobowe pana Dariusza, gdyż dziwnym jest3 zjawiskiem licencja, w której nie występuje strona udzielająca.

3 wbrew poglądom, jakie głosi Wilq, znamienity polski poeta

Panu Dariuszowi zaś spieszę z wyjaśnieniem, że do publikacji nie wykorzystałem jego prywatnej korespondencji. Dużo wygodniej było mi użyć tej kopii, którą sam był łaskaw dostarczyć do mojej skrzynki elektronicznej4. Być może dopuściłem się tym samym naruszenia tajemnicy własnej korespondencji, czym mogłem spowodować u siebie niepowetowane straty, jednak wydaje mi się, iż niezwykle ciężko byłoby udowodnić sobie samemu przed sądem, że uczyniłem to bez własnej zgody.

4 firma Google z pewnością będzie w stanie potwierdzić sygnaturę wiadomości odebranej przez własny serwer: af3c9b1e0804200828t2c8e51e3r848c2999b8edeb31@mail.gmail.com

Trzeba bowiem wiedzieć, że w świetle przepisów, prawo pełnego dysponowania korespondencją należy do odbiorcy, a odbiorcą w tym przypadku jestem ja. Gdyby taki hipotetyczny pan Roman przyszedł i upublicznił kompromitującą wiadomość skierowaną do mnie przez pana Dariusza, oj — wtedy byśmy się pogniewali. Poczta adresowana do mnie jest bowiem chroniona przez ustawę o ochronie praw autorskich i pokrewnych jeszcze w dwadzieścia lat po moim zgonie, którego — mimo sugestii ze strony szacownego grona adwokackiego — w najbliższym czasie nie planuję.

Zapewniam również, że w posiadanie własnej poczty wchodzę drogą legalną i bez użycia specjalnych urządzeń podsłuchowych, a publikując informację o czekającym mnie pozwie nie naruszyłem tajemnicy chronionej żadną umową pomiędzy mną i panem Dariuszem.

Na twoją niekorzyść działa to, że opublikowałeś moją prywatną korespondencję po to, aby po raz kolejny naruszyć moje dobra osobiste, mimo że byłeś już poinformowany o złamaniu prawa w pierwszym artykule. Kilka artykułów agresywnie atakujących moją osobę wyraźnie wskazuje na działanie z premedytacją, celowe a nie przypadkowe popełnianie przestępstw, co zawsze skutkuje wyższą karą wymierzaną przez Sąd.

W związku z publikacją mojej prywatnej korespondencji na wielu stronach internetowych do aktu oskarżenia dodane zostaną kolejne zarzuty dotyczące naruszenia moich dóbr osobistych – prawa do prywatności.

Oczekuję niezwłocznego usunięcia obu artykułów z wszystkich stron w internecie na których są umieszczone.

Na sprawie karnej oprócz kary z art.212 KK p.2 i usunięcia artykułów, będę domagał się też zadośćuczynienia finansowego za naruszanie moich dóbr osobistych w tym prawa do prywatności.

Dalej mamy tradycyjne straszenie sądem. Oczywiście nie mówimy tu o groźbie bezprawnej, bo ta ostatnia jest przestępstwem i podlega karze pozbawienia wolności do lat trzech5 i… pojawiła się nieco wcześniej.

5 por. art. 115 § 12 oraz art. 191. § 1 kodeksu karnego; czytelników z upośledzoną zdolnością czytania ze zrozumieniem informuję, że do lat trzech nie dotyczy wieku osoby dopuszczającej się czynu

Oto czytam bowiem w emailu od pana Dariusza z 20. kwietnia (pisownia oryginalna):

Jak sprawa nie zakończy się od razu i narosną duże straty, to będę
musiał wysłać pozew cywilny trafi do Sądu.

Więc nie trać czasu teraz jeszcze jestem w stanie zakceptować niezbyt
wielkie straty i na wszystko przymknać oko i wycofać zawiadomienie o
popełnieniu przestępstwa.

Mamy więc groźbę spowodowania postępowania karnego lub rozgłoszenia wiadomości uwłaczającej czci zagrożonego lub jego osoby najbliższej zastosowaną w celu zmuszenia innej osoby do określonego działania, zaniechania lub znoszenia.

Global UMTS pozywa

Nie, nie o patenty. O poprzednią notkę! Uważam, że nic tak dobrze nie reklamuje produktu i dobrych intencji autora, jak solidny cease and desist, zapraszam więc do lektury (autor zapewne postanowi zaraz pozwać mnie z powodu ujawniania korespondencji, ale list adresowany do mnie jest moją własnością):

from	Dariusz R. 
to	patrys@pld-linux.org,
date	Sun, Apr 20, 2008 at 5:28 PM
subject	Global UMTS - pomówienia zgłoszone POLICJI

Witam

Jestem autorem programów Global UMTS i Global GPRS.

Dziś rano złożyłem zawiadomienie o popełnieniu przestępstwa (zdjęcie dokumentu w załączniku). Policja zabezpieczyła dowody – treść kilku stron internetowych.

Popełniono przestępstwo m.in. z art. 212 § 1 oraz § 2 Kodeksu Karnego zagrożone karą pozbawienia wolności do 2 lat.

Przygotowywane jest powództwo cywilne: odszkodowanie za pomówienie mojej osoby, które naraziło mnie m.in. na utratę zaufania potrzebnego dla mojej pracy zawodowej (w kwocie kilkudziesięciu tysięcy złotych) i kolejne odszkodowanie za niszczenie marki i dobrej renomy wśród klientów programów Global GRPS i Global UMTS, którą budowałem dużym kosztem od długiego czasu (kolejne kilkadziesiąt tysięcy złotych).

Dodatkowo trzeba też będzie przez wiele miesięcy pokrywać koszty zakupu reklam internetowych odbudowujących zniszczony wizerunek moich programów. Trzeba będzie zwrócić kwotę przeznaczoną na wynagrodzenie adwokatów.

Sprawy karna i cywilna będą się toczyć w Sądach w Warszawie.

Żądam natychmiastowego usunięcia oszczerczych tekstów (wraz z komentarzami) między innymi z tych stron:

http://room-303.com/blog/
http://10przykazan.com/archive/2008/4/15/4/
http://planet.pld-linux.org/

Każdy kolejny dzień istnienia tych tekstów w internecie jest dokładnie dokumentowany przez prawników i policję i będzie podstawą do zwiększania kwoty odszkodowań i wydatków na reklamy służące odbudowie wizerunku marki i dobrej renomy Global GRPS i Global UMTS.

Dotyczy to też wyświetlania oszczerczych tekstów z archiwum stron Google. Sąd zostanie poinformowany o tym, że istnieje możliwość usunięcia tych stron z pamięci Google (szczegóły w dziale porady dla webmasterów na stronie www.google.com ) więc należy je niezwłocznie usunąć z pamięci Google.

Pozdrawiam
Darek

Na koniec treść kilku artykułów z Kodeksu Karnego:

Przestępstwo z art. 212 § 1 oraz § 2

Art. 212 Kodeks Karny

§ 1. Kto pomawia inną osobę, grupę osób, instytucję, osobę prawną lub jednostkę organizacyjną nie mającą osobowości prawnej o takie postępowanie lub właściwości, które mogą poniżyć ją w opinii publicznej lub narazić na utratę zaufania potrzebnego dla danego stanowiska, zawodu lub rodzaju działalności, podlega grzywnie, karze ograniczenia albo pozbawienia wolności do roku.

§ 2. Jeżeli sprawca dopuszcza się czynu określonego w § 1 za pomocą środków masowego komunikowania, podlega grzywnie, karze ograniczenia wolności albo pozbawienia wolności do lat 2.

§ 3. W razie skazania za przestępstwo określone w § 1 lub 2 sąd może orzec nawiązkę na rzecz pokrzywdzonego, Polskiego Czerwonego Krzyża albo na inny cel społeczny wskazany przez pokrzywdzonego.

Art. 488 Kodeksu Postępowania Karnego

§ 1. Policja na żądanie pokrzywdzonego przyjmuje ustną lub pisemną skargę i w razie potrzeby zabezpiecza dowody, po czym przesyła skargę do właściwego sądu.

Jestem więc teraz przestępcą. Czujecie już respekt? Następna notka ukaże się grypserą.

Autora zaś informuję, że straszenie mnie prokuratorem jest bezcelowe. Moja kobieta jest prawnikiem i znam swoje prawa. Jeśli chcesz domagać się usunięcia jakiejkolwiek treści z mojego bloga, to staraj się o to kulturalnie, przez kontakt ze mną (którą to szansę właśnie zmarnowałeś, pokazując jednocześnie buractwo — uwaga, drugie pomówienie), albo dochodź swoich praw w sądach USA, gdzie blog się znajduje.

Po drugie, uważam, że jesteś słabym programistą i mam do tego pełne prawo. To nie gazeta. Co więcej, powiedziałem ci, co zrobić, żeby poprawić swój program. Jeśli masz ego większe od mózgu, to już problem dla psychologów, a nie sądu (uwaga, tutaj autor notki trzeci raz dopuścił się pomówienia, mamy więc recydywę). Och nie, w Internecie ktoś się myli! Pozwij mnie od razu o przemoc w stosunku do nieletnich, szerzenie pornografii i akty lubieżne w miejscach publicznych, może w końcu trafisz z jakimś zarzutem. Najlepiej w sądzie w Gdańsku.

SynPrezesa kontratakuje

Przed chwilą odebrałem telefon z nieznanego numeru. Okazało się, że po drugiej stronie słuchawki siedzi (a może stoi) nie kto inny, jak sam SynPrezesa™. Jeśli zastanawialiście się kiedyś, co może porabiać tak sławna i znamienita niegdyś osobistość, to uspokajam was, że pozostał w biznesie.

Zmieniają się czasy, zmieniają się również platformy, dlatego dziś otrzymałem — uwaga — propozycję pracy jako — większa uwaga — programista Java. Cóż, niestety moja porywczość sprawiła mi kolejny przykry zawód i okazało się, że z tak intratnej propozycji zrezygnowałem jeszcze nim dowiedziałem się, że są skłonni pójść nawet na takie ustępstwa, jak podniesienie stawki do dwóch tysięcy (netto!).

Nie wiem, jak wy, ja jestem finansowo zbyt cienki na takie honory. Jeśli ktoś byłby zainteresowany, to zapraszam, postaram się przekazać kontakt — a nie wątpię, że chętni nachodzić będą mnie jeszcze przez dekady, również w toalecie. Żeby nie było wątpliwości, stawka jest w polskich złotych, a nie w funtach brytyjskich.

Uszu mych dobiegły również wieści, jakoby obecnie zespół składał się z dwóch osób tyrających za półtora tysiąca. W rolę szefa zespołu owych ofiar wcielił się nie kto inny, jak sława błękitnego ekranu, nasz mityczny już niemal heros. Zasłużony w walce z pracą, postępem i przedsiębiorczością oraz dzielnie stawiający opór rozsądkowi (i inflacji, jak widać powyżej).

Cóż, pozostaje mi życzyć powodzenia i liczyć na to, że nie jest to zespół sprawujący pieczę nad jakąkolwiek usługą użyteczności publicznej. Choć z drugiej strony, gdyby tak zatrudnił ich ZUS, mielibyśmy w końcu szansę wyzbyć się bagażu przeszłości i zrezygnować z obowiązkowego łożenia na emerytury. Kto wie, kusząca wizja…

Nalepsze zawsze zostaje na koniec

Męczyłem się już czas jakiś, zmuszony do pracy na „demonie szybkości”, jak ochrzczony został przeze mnie mój dotychczasowy współpracownik, Pentium 350, 128 MB RAM, kiedy to dowiedziałem się, że nie mam już prawa modyfikować kodu stron na serwerze WWW. Straciłem tam konto. Otrzymałem przeto kopię kodu źródłowego stron i stosowne zrzuty z bazy danych. Na moje pytanie, co też mam z nową zdobyczą uczynić, odpowiedź otrzymałem taką: „uruchom u siebie kopię i tam pracuj”. Biorąc pod uwagę, że mój dzielny rumak ledwo dźwigał jadącego na nim okrakiem Gnoma, podwożenie dodatkowo pewnego Apacza było grubo ponad jego siły. Kolejne dwa dni minęły produktywnie jak nigdy dotąd.

Zaskoczył mnie za to powrót z dwudniowego wyjazdu od Warszawy. Po powrocie znalazłem przy swoim biurku nowiutki komputer (nowy w sensie jego egzystencji w naszym biurze, nie biorę pod uwagę daty produkcji). Szybkie przełożenie dysku, reboot, konfiguracja iksów (mam nVidię zamiast tamtego S3!), maszynka stoi, śpiewa, tańczy, usuwa ciążę i buty wiąże. Tylko co mi po poprawkach na stronie w wersji offline, kiedy dalej nie mam prawa nałożyć ich na wersję online…

Lojalność nie popłaca

Początek czerwca, jedno z centrów handlowych zgłosiło się do mnie z pytaniem, czy jestem w stanie przygotować dla nich profesjonalny serwis internetowy. Prywatnie. Odpowiedziałem, że bardzo chętnie, niestety praca pochłania zbyt wiele z mojego, i tak mocno ograniczonego, czasu. Dlatego zaproponowałem klientowi podpisanie umowy z moim pracodawcą, wtedy będę w stanie zbudować wspomnianą stronę w ramach moich obowiązków i w godzinach pracy. Błąd.

Doszło do kilku spotkań, m.in. z wynajętym przez klienta architektem z biura projektowego, który odpowiadał za spójność designu z oprawą graficzną budynku i firmową kolorystyką. Uzgodniliśmy, że muszę wykonać około 12 zdjęć w konkretnych ujęciach, przygotować logo, oprawę graficzną strony, a następnie połączyć wszystko w całość i udekorować dostarczonymi tekstami. Około tygodnia pracy. Niestety, SamPrezes™ postanowił nie przeznaczać dodatkowego czasu na obsługę nowego klienta. Termin oddania projektu się zbiżał, a ja nie miałem na jego wykonanie nawet godziny czasu. Jako, że osobiście uzgadniałem wszystkie szczegóły i nie chciałem zniszczyć wizerunku PewnejFirmy™, systematycznie pracowałem po godzinach, wracając do domu w okolicach północy. W końcu klient jest ważny i musi być zadowolony.

Projekt został przeze mnie dostarczony na czas, klient zgłosił listę poprawek, które zostały naniesione tak szybko, jak było to możliwe. Oczywiście poza godzinami pracy, które nie przewidują wykonywania dochodowych dla firmy działań. Wszystko zostało dogadane do końca, strona uzyskała akceptację, a ja przygotowałem kosztorys. Ten ostatni wraz z niezbędną dokumentacją dostarczyłem zarządowi PewnejFirmy™. Wydawałoby się, że wszystko zostało zapięte na ostatni guzik. Wystarczyło już tylko umówić spotkanie zarządów obu firm i podpisać umowę na wykonanie strony i umowę hostingową. Wystarczyło.

Minęły ponad dwa miesiące, wczoraj prezes owego centrum handlowego zadzwonił do mnie i poprosił o spotkanie. Zadziwił ich profesjonalizm w podejściu do klienta ze strony naszej firmy. Strona jest gotowa, hosting jest utrzymywany i w dodatku nic nie trzeba płacić. Do dziś nikt nie podpisał z nimi umowy. O umowie przypominałem w tygodniowych odstępach czasu, niestety, najwyraźniej nikt nie był zainteresowany jej podpisaniem, w związku z czym właśnie dziś straciliśmy klienta. Grzecznie poproszono nas o wystawienie faktury za wykonanie strony, udostępnienie kodu źródłowego i, tym samym, zakończenie tej jakże owocnej współpracy.

Morał: mądry Polak po szkodzie. Miałem możliwość zarobić około 700 złotych. W końcu i tak pracowałem poza godzinami pracy. Koniec końców klienta nie ma, a ja nie dostanę ani złotówki prowizji z tytułu jego znalezienia. Następnym razem stronę wykonam prywatnie, a jako firmę hostingową polecę kogoś z konkurencji. Może wynegocjuję chociaż parę procent prowizji z tego tytułu. Lojalność wobec firmy nie popłaca.

Przypowieść o motywacji

Przełom lipca i sierpnia. Jak zwykle, siedzimy z MoimWspółpracownikiem™ w naszym biurze. Po pamiętnej rozmowie o złym wpływie na mnie, MójWspółpracownik™, programista, dostał nagle niespodziewane polecenie od SamegoPrezesa™.

Primary objective: obrobić zdjęcia towarów do sklepu internetowego.
Secondary objective: składać co godzinę szczegółowy raport z postepu prac.
Additional conditions: zadanie jest na czas i ma na celu sprawdzenie wydajności pracy.

Być może niektórzy z was gotowi pomyśleć, że firma ewidentnie stara się znaleźć powód do zwolnienia niewygodnego człowieka. Nic bardziej błędnego, przecież to tylko forma zmotywowania pracowników do pracy. Praca na czas niesie ze sobą element współzawodnictwa z samym sobą, cóż bowiem sprawia pracownikowi więcej radości niż pokonanie swojego własnego rekordu? SamPrezes™, niczym troskliwy trener, siedział w swoim gabinecie ze stoperem w ręce i myślał, jak lepiej dostosować warunki pracy MojegoWspółpracownika™ do jego potencjalnych możliwości. I oto po dwóch dniach upokarzającej harówki pojawiła się nowa misja:

Cel misji: przenieść się z komputerem piętro wyżej, do innego biura. Nadmienię tutaj, iż nowe biuro było znacznie mniejsze od poprzedniego, a ponad to pracowały tam już dwie osoby. MójWspółpracownik™ nie był w stanie wyobrazić sobie pracy programisty w pokoju handlowców, gdzie telefon dzwoni z częstotliwością porównywalną do częstotliwości powtarzania Rambo 3 na Polsacie. naturalną reakcją było więc:

- Mam to w dupie. Nigdzie nie idę.

I nastał błogi spokój. W końcu jednak odwiedził nas BezpośredniPrzełożony™ i postawił sprawę w ten sposób:

- Jak się nie przeniesiesz, to SamPrezes™ się wkurzy i nie da mi urlopu w poniedziałek. Proszę, przenieś się, to ponoć na góra dwa dni.

I MójWspółpracownik™ posłuchał. Przeniósł się piętro wyżej, gdzie SamPrezes™ nareszcie mógł go mieć na oku. Permanentna inwigilacja. Biedak, dalej jednak nie wiedział, jak programista może się skupić w pokoju, gdzie telefon dzwoni nawet w święta?

Wybawienie przyszło z góry. Nie jest już programistą. Umowa umową, a potrzeba matką wynalazku. Dwudniowe przenosiny trwają do dziś, a jeszcze niedawny programista pracuje teraz na stanowisku etetowego fotografa piłek, rekawic i gwizdków. Pasjonująca robota, niewątpliwie, jeśli jest się informatykiem, warto mieć dobre referencje w tej dziedzinie. Nie każdy potrafi wykonać dobre zdjęcie starszym od siebie aparatem marki Olympus, wyposażonym w niebotyczne rozmiary pamięci, bo aż 4 megabajty.

Outsourcing to takie modne słowo

Pierwsza sobota sierpnia, próba zdalnego logowania na maszynę. Brak odpowiedzi ze strony serwera. Ponawiam próbę po kilku minutach. Jestem w środku, reattach do screena. Brak oczekujących na podłączenie sesji. Uptime. Komputer działa od siedmiu minut. Who. Zastanawiające, zalogowany jest PewienAdministrator™ z Warszawy. Co dziwne, zalogowany jest na roota i to z lokalnej konsoli. Krótki rekonesans wykonany za pomocą rozmowy przez wall ujawnił, że PewienAdministrator™, mój kolega, został bez uprzedzenia ściągnięty przez PewnąFirmę™ celem wykonania audytu bezpieczeństwa. Innymi słowy, firma szuka na mnie haka. Zastanawiające tylko, że wybrali do tego celu osobę, z którą utrzymuję stały kontakt. Właściwie, to ten fakt cieszy mnie niezmiernie, w innym przypadku wszystko zostałoby, zapewne, zatuszowane. PewnaFirma™ ma zwyczaj budowania więzi z pracownikami poprzez dyskretnie przeprowadzane za ich plecami kontrole, które i tak kończą jako tajemnica poliszynela. Nie przejąłem się tym specjalnie, postanowiłem za to oddać komplet dokumentów jednemu z naszych klientów, co niewątpliwie wymagało wizyty w biurze.

Biuro odwiedziłem w okolicach godziny piętnastej. Niestety, wszystko, czego udało mi się dokonać, sprowadzało się do pocałowania klamki. Drzwi zostały zamknięte na górny zamek, do którego klucz posiada jedynie nie pracujący u nas już od jakiegoś czasu SynPrezesa™. Portier powiadomił mnie z uśmiechem, że wszyscy opuścili budynek i nikt nie postanowił zostawić klucza. Lekko wstrząśnięty ale nie zmieszany, udałem się w podróż powrotną do domu. Coś było nie tak.

Poniedziałek, kolejna próba wejścia do biura spełzła na niczym. Udałem się przeto do SamegoPrezesa™, celem wyjaśnienia pewnych rzeczy. Niedzielne próby zdalnego dostępu do maszyn wywołały niejednokrotnie uśmiech na mojej twarzy, kiedy to okazywało się, że na kolejnych maszynach bądź nie mam ze swojego konta dostępu do roota, bądź to nie posiadam tam konta wcale. Z niczego nie zdradzającą miną i udając lekkie zdziwienie, wszedłem do gabinetu SamegoPrezesa™.

- Czy mógłbym się dowiedzieć, co się dzieje?
- Przyjechał PewienAdministrator™ i łataliśmy dziury w programach.
- A mogę jakoś dostać się do biura?
- Zostałeś przeniesiony, teraz serwerownia jest zamknięta na stałe, nikt tam nie ma wstępu.
- Rozumiem, że administracją również zajmuje się ktoś inny?
- Tak, za dużo czasu pochłaniało ci czytanie poczty z list pld-devel, postanowiliśmy cię odciążyć.
- Mhm…

Przygotowany na wszystko udałem się do mojego nowego miejsca pracy. Już po kilku minutach okazało się, że nie byłem jednak przygotowany na jedno. Moje stanowisko pracy to już nie dual Pentium 600 z 512 MB RAM. W zamian otrzymałem ten jakże przewspaniały komputer, Pentium 350 i na deser 128 pamięci. Dotąd jego jedyną rolą było zbieranie logów z innych maszyn. Już wkrótce miałem się jednak przekonać, że – według SamegoPrezesa™ – wspaniale nadaje się on do pracy w środowisku Gnome. A może mylę się i moim zadaniem jest budowa stron w środowisku tekstowym i przygotowywanie ich designu specjalnie z myślą o lynksie?

Od tego czasu większość czasu spędzam sprawdzając, w jakiej pozycji najwygodniej ułożyć nogi na stole. Z radością pełniłbym swoje dotychczasowe obowiązki, niestety PewnaFirma™ uznała, że najlepszy administrator to taki, którego od serwerowni dzieli jedynie siedem godzin jazdy pociągiem. Siedzę więc i poświęcam połowę swojego czasu na cierpliwe upraszanie się o niezbędne uprawnienia do modyfikacji plików, które polecił mi edytować SamPrezes™. Odkąd zostałem „odciążony”, praca zajmująca mi dotąd cztery godziny, teraz zajmuje mi godzin osiem. Nakłada się na to oczywiście również rewelacyjne stanowisko do pracy, na którym dokument OOo otwiera się dokładnie sześć minut, a przełączanie pomiędzy oknem przeglądarki i procesorem tekstu daje dość czasu, aby wpaść w alkoholizm.

Morał: umowa przy zatrudnieniu to kwestia, jak sama nazwa mówi, umowna. To, że mam tam napisane „administrator sieci”, do niczego nie zobowiązuje. Mogę równie dobrze zajmować się wstawianiem dokumentów Worda na strony klientów. Jakież to jednak nieszczęście, że umowa moja wygasa z ostatnim dniem tego miesiąca? Przy obecnym stanie rzeczy, z pewnością zdecyduję się na jej przedłużenie. Może od razu poproszę o dożywocie, podobno za dobre sprawowanie można skrócić wyrok nawet do połowy :).

Lekcja statystyki

Dziś rano, zgodnie z poleceniem SamegoPrezesa™ wysłaliśmy plan na dziś i do końca lipca. Odpowiedź na mój plan:

„Proszę przesładnie dokładnej listy zadań własnych do wykonania w lipcu 2004.
Do listy proszę dołączyć plan realizacyjny tych zadań (w ujęciu szczegółowym).
Proszę przewidzieć rezerwę czasową na różne zadania zlecanie na bieżąco (operacyjne).

[...]

Inne:
- proszę od dzisiaj o raporty po każdym dniu ze szczegółową listą (z czasem wykonania) czynności.
- proszę rejestrować i informować mnie o wszystkich ew. telefonach dotyczących twoich ew. interwencji informatycznych.
- przypominam o zadaniu stworzenia nowego narzędzia dla naszego klienta (na jakim etapie jest to zadanie?)
- przypominam o zadaniu – terminarz grupowy/sieciowy
- przypominam o zadaniu – struktura organizacyjna firmy (szablon)
- prosze o informacje szczegółową dot. powstającego systemu – proszę o propozycję metody wdrażania.”

Odpowiedź na plan MojegoWspółpracownika™:

„Te punkty to lista zadań (i to ogólna!), a nie plan. Plan musi zawierać szczegółowe operacje, z których składa się dane zadanie z rozpisaniem szczegółowego terminu (od … do) i godzin wykonania.

Poza tym z listy wynika, że przez tydzień nie będziesz miał co obić, bo te zadania to może na jeden dzień – to za co mamy Ci zapłacić?”

Odnośnie tego ostatniego, owe „ogólnikowe zadania, które nie są planem” mają w sumie około 40 godzin roboczych, tak długiej doby jeszcze nigdy nie widziałem. Doszliśmy więc do wniosku, że żyjemy w kraju o polarnych dniach i tropikalnych nocach, te pierwsze trwają bowiem tyle, ile to konieczne, a te drugie tyle, żeby nie spóźnić się rano do biura.

Co zaś tyczy się szczegółowych danych powstającego systemu? Proszę bardzo:

60 tabel w bazie danych
25000 linii kodu
80 plików
800 kb miejsca
2800 commitów w logu subversion od 10. maja

Z innych danych statystycznych: od ostatniej dłuższej wizyty SynaPrezesa™ doświadczamy braku jednej myszki bezprzewodowej i jednej klawiatury bezprzewodowej. Jak mówił, „pozyczył je do środy”. Zapomniał podać datę chociażby z przybliżeniem do roku.

Każde dziecko chce być w reprezentacji

Dzień zaczął się dosyć skromnie, tylko SamPrezes™ wpadł na chwilę, wydając z siebie przeraźliwy ryk i krzycząc, że tak dalej być nie może. Prawdziwego pracownika działu IT takie rzeczy nie przerażają, toteż z MoimWspółpracownikiem™ pomyśleliśmy, że znów coś nie działa i nikt nas nie raczył powiadomić. To był jednak błąd, o czym miałem się szybko przekonać. Nie wiedziałem jednak, że za chwilę popełnię błąd jeszcze większy, a karalny śmiercią nawet. Otóż w napadzie nagłej radości po przekomicznej scenie szturmu na nasze biuro, pozwoliłem sobie ustawić taki oto status na komunikatorze:

Plan na dziś:

[ ] wypłata
[ ] zwolnić się

A nadmienić tu należy, że atak SamegoPrezesa™ skierowany był właśnie w system wymiany planów pracy pomiędzy działem IT a zarządem. Grunt, że ustawiając status nie byłem świadom mojej niebotycznej roli w domenie Public Relations na linii firma – reszta świata. SamPrezes™, który akurat był korzystał z domowego komputera, niemal przypłacił mój wybryk życiem. Serce stanęło mu w piersi, a cała krew wbrew prawom powszechnego ciążenia znalazła się naraz w głowie. Firma jest jak rodzina. A krzywd wyrządzonych rodzinie się nie wybacza.

Nie zdziwiło mnie przeto nagłe telefoniczne wezwanie na dywanik. Dziarskim krokiem ruszyłem na spotkanie z nieznanym, nawet po części nie przeczuwająć czającego się na mnie niebezpieczeństwa. Wszedłem oto do przenajświętszego pokoju w firmie, od drzwi już widząc, że coś jest nie tak. Jak bowiem często w jednym pokoju znajdują się trzy najważniejsze dla mojej zawodowej przyszłości osoby, na co dzień pracujące w różnych gabinetach? Przewodniczący komisji lustracyjnej zdecydowanym gestem wskazał mi najtwardsze krzesło w promieniu 3 kilometrów i miłym, aczkolwiek stanowczym głosem szepnął:

- SIADAJ!
- Słucham.
- Przyszedłeś na sąd.

Specjalnie religijną osobą nie jestem, wiem jednak, czym takie rzeczy pachną. Na szczęście rodzina wie, gdzie wyszedłem z domu i upomną się o zwłoki.

- A moge wiedzieć, co zrobiłem?
- Chodzi o całokształt!
- Jesteście, a właściwie jesteś, bezczelny i arogancki w swoim zachowaniu.
- Co takiego zrobiłem tak właściwie?
- Chodzi o to, jak wyrażasz swój stosunek do pracy.
- A jak wyrażam?
- Z naszej strony to wygląda tak, że nic wam się nie podoba. Wszystko negujecie, nie chcecie przyjmować nowych zadań.
- Bo każde nowe zadanie to kolejne godziny po 22:00?
- To nie może tak być! Z naszej strony to wygląda inaczej, nie, to jest inaczej!
- To znaczy jak?
- Masz jakiś problem z tą pracą? Z zarobkami?
- O tym już rozmawialiśmy, dlatego tylko na dwa miesiące umowę podpisałem.
- Tak dalej być nie może. Bo ty nie chcesz wykonywać takich zadań ogólnie informatycznych.

W tym momencie przypomniał mi się poprzedni telefon od SamegoPrezesa™: „który z was mi naprawi satelitę?” oraz lukratywna propozycja fotografowania piłek.

- Jakich zadań?
- Ja wiem, że to wszystko ma dwie strony, z jednej jesteś programistą, a z drugiej informatykiem i to się musi pogodzić jakoś. Płacimy ci za to, żeby sieć firmowa działała, ale to nie zarabia na siebie, dlatego musisz też pracować dla naszych klientów. Musisz mieć na to czas.
- Właściwie ostatnio tylko na to mam czas.
- Nie możesz zaniedbywać programowania, to za wolno idzie, ja bym chciał, żeby szło tak z osiem razy szybciej.
- Ale nas jest tylko dwóch…
- No właśnie, my nie wiemy, co wy robicie! Ja nie wiem, za co ci płacę!

Tu nie wytrzymałem i pomimo swojej trudnej sytuacji, wybuchnąłem śmiechem. Aż chciało się dodać „jak nie wiecie, za co płacicie, to przeczytajcie umowę – tam jest napisane, że płacicie za administrację siecią, nie ma ani słowa o tworzeniu i uaktualnianiu stron o krzywych kręgosłupach i obciążeniu biednych dzieci z Koziej Wólki tornistrami i plecakami w latach 1027-1999″. Zresztą, nie byłem świadom swego dualizmu korpuskularno-falowego, odwiecznego rozłamu na część informatyczną i programistyczną, przy czym podział jest na pół i obie połowy są za małe – jako że i programowanie, i aktualizacja stron są osiem razy zbyt wolne. Teoretycznie mógłbym przyspieszyć to dwukrotnie rezygnując z pewnych używek (sen, jedzenie, rodzina), jednak doba z pewnością do 96 godzin nie urośnie, by sprostać wymaganiom samej góry. Filozofię musiałem jednak odłożyć na bok:

- I udzielamy ci oficjalnej nagany!
- A za co tym razem?
- Za twój szczeniacki wybryk na gadu!
- A co takiego zrobiłem?
- Twój status! To jest nie do przyjęcia, żeby taki wizerunek firmy kreować na zewnątrz!
- A jaki to ma związek z firmą?
- Dla mnie, jak widzę ciebie i w opisie słowo „firma”, to jednoznacznie wiem o co chodzi!
- Ale tam nie było nawet słowa „firma”. Poza tym status jest dla grupy znajomych a nie dla połowy świata.
- Nie może tak być! To niedopuszczalne!
- A gdybym ustawił status „zaraz się zastrzelę”, to też by było niepoprawne politycznie?
- TAK! … Albo może nie … No „zaraz się zastrzelę” to chyba nie, ale zależy w jakich godzinach…
- …
- A teraz najważniejsza kwestia, musicie mieć system planowania i informowania mnie o postępach prac. Ja muszę wszystko wiedzieć. I nie mówię tu o programistycznych szczegółach, chodzi mi o ogólne rzeczy i terminy zamknięcia.
- Był wcześniej system, gdzie rozpisywaliśmy terminy i zadania, ale został odrzucony przez zarząd…
- Bo jak piszesz „modyfikacja modułu zamówień”, to mi to nic nie mówi!

Tak oto dowiedziałem się, że nawet zastrzelić się mogę tylko po godzinach, a kiedy przychodzi do programowania, SamPrezes™ chciałby jednocześnie nie wnikać w szczegóły i je znać.

Nieomal zapomniałbym dodać, że to MójWspółpracownik™ ma na mnie taki zły wpływ. To wszystko ta bestyja, ten potwór szkaradny, ta wredna zaraza. Pewnie właśnie przez niego mam coraz więcej pracy, a odkąd zaczął pracować nad systemem sprzedaży, prace spowolniły, a nawet praktycznie stanęły w miejscu! Wiedziałem, że nie mogę ci ufać, tuś mi bratku! Gdyby tylko SamPrezes™ wiedział, że znamy się sporo dłużej niż ja pracuję w tej firmie, a na pewno wieki dłużej zanim z nim firma podjęła współpracę… Aż tyle czasu zwlekał, zanim krew mą psuć zaczął.

Podsumowując: Starożytni się nie mylili, człowiek ma jednak naturę dwoistą. Jest za a nawet przeciw. Systemy planowania są najlepsze gdy, nie zawierają informacji o wykonaniu danego zadania. Poprzedni system miał kratkę przy każdej pozycji, w której stawialiśmy krzyżyk po zamknięciu zadania w terminie, niestety SamPrezes™ poinformował nas, że „te krzyżyki to sobie możemy na grobach postawić”. A motto na dziś? „Ja się zaraz zastrzelę, ale tylko w godzinach 18:00-09:30″.

Ostatnia zaś wypowiedź, która padła pod moim adresem, to „wy sobie stworzyliście firmę w firmie!”. Jakby się nad tym dłużej zastanowić, jest to święta prawda. Wszystko musimy robić sami, załatwiać sami, planować sami. Sami też musimy zarobić na swoją pensję, stanowimy właściwie we dwóch w pełni wartościową firmę. Jedna tylko myśl kołacze mi się po głowie. W takim razie… po co nam prezes?

Krótka lekcja architektury wnętrz

Dziś rano pierwszy raz od trzech dni zobaczyliśmy z MoimWspółpracownikiem™ swoje biuro. Pewnie wielu z was wydawać by się mogło, że biura pozostawione zamknięte na trzy doby po ponownym otwarciu choć po części przypominają stan, w jakim zostały odizolowane od reszty świata? Człowiek uczy sie na błędach. Zaraz po otwarciu drzwi dobiegł mych uszu niepokojący chrzęst sobiegający spod moich stóp. Krótkie spojrzenie w dół upewniło mnie w przekonaniu, że coś jest nie tak. Szuflada z narzędziami/śrubkami/kołkami/kablami/częściami komputerowymi uległa rozprzestrzenieniu na znaczną część podłogi. Możnaby nawet powiedzieć, że zasymulowała raytracing i śledząc, gdzie śrubki dotarły, a gdzie nie, możnaby dość precyzyjnie wyznaczyć punkt impaktu. Nie miałem jednak szansy nacieszyć się nowoodkrytym znaleziskiem, bo zadzwonił klient z pytaniem, kiedy uaktualnimy jego stronę, umieszczając na niej przekazany nam do zeskanowania plan zagospodarowania budynku. Byłbym mu rychło odpowiedział, gdyby nie fakt, że plan pozostawiony przeze mnie w czwartek na szczycie monitora najwyraźniej samoczynnie opuścił miejsce swego stałego zameldowania. Spośród kół ratunkowych wybrałem telefon do przyjaciela.

- Tiiiit… tiiiit… tiiiit… … tit tit tit tit

SynPrezesa™ nie odpowiada. Nie wiem w ogóle, skąd na myśl mogło mi przyjść, że to on odpowiada za zastany krajobraz biura. Być może to lokalna flora w postaci występujących na frontowej ścianie winorośli przedarła się do wnętrza budynku i tak złośliwie wszystko porozrzucała? Stojąc przed tym oto dysonansem poznawczym, przez niektórych nazywanym rozterkami bądź problemem wyboru, zostałem natychmiast postawiony w stan gotowości przez SamegoPrezesa™, który postanowił do mnie zadzwonić.

- Dzień dobry.
- Dzień dobry.
- Jak tam w Warszawie?
- A dziękuję, obyło się bez specjalnych ekscesów.
- A w biurze?
- W tej sprawie gorzej, nie mogę dodzwonić się do SynaPrezesa™, a mam niejasne przeczucie, że to on porozrzucał całą zawartość szuflady po podłodze naszego biura.
- Aha, dzwoń na numer domowy, komórki może nie odbierać, bo pewnie śpi.
- Nie będę już mówił, że zginęła mi dokumentacja pozostawiona przez klienta, a dzisiaj jeszcze muszę ją umieścić na stronie internetowej i zwrócić.
- Wiesz co, posprzątajcie tam. Tak będzie najlepiej. Bo na niego to nie ma co liczyć. O, wiem. Zmienimy zamki.

Tak oto dowiedziałem się, że jedyna metoda na powstrzymanie kogoś, kto nie pracuje w danej firmie przed wejściem na jej teren to wymiana zamków do biura. Coś w tym jest, bo SynPrezesa™ już wielokrotnie odmawiał zdania swojego kompletu kluczy do serwerowni. Jeśli zamknąć dziecku piaskownicę, to skąd będzie wynosić cudze zabawki? O ile sprzątnięcie zawartości dość sporej szuflady o wymiarach 100×50 cm z podłogi biura jest jeszczew rzeczą wykonalną, to zupełnie nie mam pomysłu, co zrobić z kolekcją rusztowań, rurek, kartonów i reflektorów, które od środy zajmują większą część powierzchni biura mojego BezpośredniegoPrzełożonego™. Do nich to również SynPrezesa™ zdaje się nie przyznawać.

Parę godzin później nasz firmowy pupil postanowił nawiedzić nasze biuro. Wtoczył się do pokoju, niczym doświadczony fakir zręcznie i lekko stąpając po leżących na ziemi śrubkach i rzucił niedbale swoje stałe „czeeeeeeść” wypowiadane z werwą i entuzjazmem godnymi kulawego ślimaka po nalewce wchodzącego po pionowej ścianie. Bystrym wzrokiem szybko zauważyl, że nie jesteśmy zbyt szczęśliwi z faktu, że rebootował router zamiast sprawdzić, czemu sieć nie działa podczas małej awarii pod naszą nieobecność. Szybko dopadła go też niepokojąca myśl, że nie podoba nam się również nowa koncepcja wystroju wnętrz, a właściwie podłóg. Pomyślał pewnie: „jasny gwint, moje wyśrubowane gusta nie trafiają w ich oczekiwania, trzeba się z tego jakoś wykręcić”. Powiedział więc:

- No bo tego, router się zawiesił i przyszedłem go rebootować.
- A czemu dokumenty mojego klienta z mojego biurka nagle znalazły się w szufladce na biurku u kogoś zupełnie innego i w innym pokoju?
- No bo ciągle spadały z tego monitora.
- Jak to spadały? Same?
- No bo przecież był przeciąg.
- W zamkniętym biurze przeciąg?
- No bo router się zawiesił i musiałem tu wejść.
- I otwierać wszystko na oścież żeby wcisnąć power na obudowie?
- No bo brałem te narzędzia no i ten router…
- A szuflada też się pewnie zawiesiła, co?!
- To ja muszę iść, czeeeeśc.