Rozmowa moja z SynemPrezesa™:
- A czemu chcesz się pozbyć rutera DSL-owego?
- Zamieniam go na zwykły modem na USB i stawiam firewalla na linuksie w piwnicy. Tylko części mi potrzeba do komputera.
- Przecież masz 2 kompy w domu.
- No ale ten będzie stał w piwnicy a kompy w domu normalnie, na Windowsie, nie?
- A na cholerę ci ten Windows?
- Bo jest wygodniejszy i pod linuksem żadne gry nie chodzą.
- Mi jakoś chodzą.
- Które? Bo mi jakoś nie. Pokupowałem sobie gry i nie mam jak grać.
- Mi jakoś wszystkie nowe chodzą. W tym większość ma nawet swoje binarki pod linuksa.
- A widzisz, a mi najlepsza gra nie chce chodzić!
- Jaka?
- Microsoft Flight Simulator.
W tym momencie byłem się zapadłem w krzesło i argumenty mi się urwały. Kolejna sromotna porażka. :)
Nie tak znowu dawno temu wróciłem z delegacji do Warszawy. Towarzyszyłem oczywiście nikomu innemu jak samemu SynowiPrezesa™. On zaś pojechał do stolicy w celu znalezienia sobie pracy. Składał więc CV do wszystkich większych firm zajmujących się hostingiem i usługami sieciowymi. Jakież było jego zdziwienie, kiedy to jedna z firm zaprosiła go jeszcze tego samego dnia na rozmowę kwalifikacyjną połączoną z egzaminem wstepnym. Do egzaminu pozostały 3 godziny, więc SynPrezesa™ z właściwą sobie beztroską podszedł do mnie i przemówił w te słowy: “Ej, muszę umieć iptables, nauczysz mnie”.
Dwie godziny później, mądrzejszy o podstawową wiedzę na temat przekierowywania portów, filtrowania połączeń, stawiania NATu i maskarady, zaczął się zbierać na egzamin, w czym mu, niestety, towarzyszyć nie mogłem.
Godzina 19:00, ponownie spotykam SynaPrezesa™.
- I jak egzamin?
- Śmieszny był. Pisaliśmy na kartkach bez komputerów.
- A jakie pytania?
- No, na przykład “co robi taka regułka iptables” i tam jakieś bzdury…
- I co napisałeś?
- “man iptables”
[...]
- A w ogóle to jak ty chcesz pracować w Warszawie?
- Noo, dostanę jakieś 2000 na rękę na start i się jakoś utrzymam…
Morał: na naukę nigdy nie jest zbyt późno. Zawsze jest czas żeby się czegoś nauczyć. Poza tym często ucząc się jednej rzeczy można przy okazji nauczyć się też innej. Np. mana. Oczywiście każdy wie też, że w stolicy jest tak dużo wolnych etatów, że przyjmuje się ludzi bez doświadczenia, bez umiejętności i daje im 2000 PLN na start. Z dobroci serca, naturalnie, żeby im się było łatwiej zaaklimatyzować w nowym mieście.
W firmie pracujemy nad opartym na PHP systemie sprzedaży. Dokładniej pracują 3 osoby: ja, MójWspółpracownik™ i SynPrezesa™. SamPrezes™ wyznaczył nam pewien deadline i zakres funkcjonalności, który musi zostać do tego terminu zaimplementowany. SynPrezesa™ podzielił zadania i prace się rozpoczęły. Było to jeszcze przed aferą terminalową.
Pierwszy skończył SynPrezesa™. Z ciekawości z MoimWspółpracownikiem™ postanowiliśmy sprawdzić, jak to możliwe, bo wyprzedził nas całkiem sporo (nawet biorąc pod uwagę, że dużo czasu poświęciłem na sprawę z terminalami). Czytamy więc nasze plany, jako że były w miarę podobne:
- dzień 1: moduł 1
- dzień 3: moduł 2
- dzień 5: moduł 3
- dzień 7: moduł 4
[...]
Czytamy zatem plan SynaPrezesa™:
- dzień 1: część 1 modułu 1
- dzień 3: część 2 modułu 1
- dzień 5: część 3 modułu 1
- dzień 7: część 1 modułu 2
[...]
Morał: nie wiem, może “lepiej być SynemPrezesa™ niż programistą”?
Dzisiaj rano okazało się, że do firmy nie dochodzą maile na adresy z jednej z naszych domen. Sprawdziłem w RIPE i niespodzianka, domena wskazuje na stary adres serwera DNS, którego już dawno nie ma. To samo tyczy się secondary. Przy okazji dodam, że firma ma tylko około 11 zarejestrowanych domen.
Puściłem więc zlecenie do naszego pośrednika, u którego domena została wykupiona. W odpowiedzi dowiedziałem się, że ktoś inny składa sprzeczne dyspozycje. Oczywiście, SynPrezesa™. Razem z BezpośrednimPrzełożonym™ wysłaliśmy prośbę o listę aktywnych domen, za które płacimy. Miało być 11, okazało się, że jest około 30. SynPrezesa™ umiejętnie poupychał je na fakturze do różnych pozycji, tym samym ukrywając je przed czujnym okiem zarządu.
Po chwili jednak odezwał się do mnie znajomy z informacją, że moja domena nie działa. Okazało się, że SynPrezesa™ z zawiści za pokrzyżowanie mu planów skasował moją prywatną domenę, której dyspozytorem była również firma. Obecnie toczę walkę o jej ponowne uruchomienie i wpisanie mnie jako jedynego dyspozytora.
Morał: morał jest bardzo prosty, nawet jeśli coś nie działa, to nie dotykaj, bo interes firmy nigdy nie idzie w parze z twoim prywatnym. Ja naprawiając domenę firmową straciłem swoją prywatną. Opłaconą do grudnia.
Środa, godzina 15:15.
SynPrezesa™ przychodzi do biura i oznajmia, że mamy się zwijać z robotą, bo punkt 16:00 wszystkie terminale jadą do sklepu i zostaną wymienione na nowsze. Może i trochę na ostatnią chwilę i nagle, może nikt nie wiedział o co chodzi, może SynPrezesa™ nie pracuje w naszej firmie, ale nikt do gadania nic nie miał. Po chwili okazało się, że deadline uległ skróceniu do 15:30. Wszystko jak leci trafiło do busa i pojechało do sklepu. Koło 18:00 nowe komputery zawitały w nasze skromne progi.
Od razu musieliśmy zająć się ich konfiguracją. Dodam, że według umowy pracuję do 18:00. Oczywiście na wstępie okazało się, że jeden z “nowiutkich” Pentium II 266 jest padnięty i czeka go droga powrotna. To jeszcze nic. Oczywiście komputer, na którym stał Windows i WinFax wyjechał na złom, a nowy przyjechał z czystym dyskiem. Cały czwartek poszedł na jego konfiurację i zmuszenie do obsługi drukarki i skanera na USB. Zdziwiony SamPrezes™ rzekł tedy: “a mi syn mówił, że to tylko podmiana komputerów, godzinka i gotowe”. I w ten oto sposób SynPrezesa™ wyniesion został do rangi specjalisty od wszystkiego, a ja, biedny administrator pozostałem tym, co wszystko psuje i nie umie w godzinę uruchomić dwunastu nowych komputerów. Na szczęście w czwartek z pomocą przyszedł mi mój BezpośredniPrzełożony™, bo SynPrezesa™ nie był łaskaw zaszczycić nas swoją “specjalistyczną” obecnością. Komputery było komu wymieniać, jednak kiedy przyszło je skonfigurować, nagle przypomniał sobie, że on przecież u nas nie pracuje.
Koniec końców sytuacja wróciła do normy dzisiaj około 14:00, kiedy od zra skonfigurowany został ostatni z komputerów, służący za workstację gnome/xfce i loghost dla reszty maszyn. A ja dalej jestem głupi i nie umiem zainstalować wszystkiego w godzinkę :).
Wszyscy w firmie odetchnęli z ulgą po tym, jak SynPrezesa™ poinformował nas o swoich odejściu. Jednakże radość ta okazała się przedwczesna, jako że 7. maja roku pańskiego 2004 o godzinie 19:45 zagrzmiał złowieszczy ton dzwonka mojego telefonu komórkowego. To dzwonił mój BezpośredniPrzełożony™, aby z wyrazami bólu i niekrytych kondolencji przekazać mi wiedzę tajemną. Otóż SamPrezes™ podjął był nową decyzję. Oddelegował mnie wraz z SynemPrezesa™ na dwa tygodnie do pracy nad dużym projektem systemu sprzedaży i obsługi firmy opartego na PHP/MySQL. I runęły niebiosa na moje spracowane skronie, i objawiła mi się wizja niewyspania. A deadline projektu owego był ni dłuższy ni krótszy niż dni czternaście.
BezpośredniPrzełożony™ powiedział mi nadto, że oddelegowano mnie zamiast MojegoWspółpracownika™, bo SynPrezesa™ zaprotestował i powiedział, że z nim nie układa mu się współpraca. Wydaje mi się, że kolega za bardzo mu przeszkadzał swoimi pytaniami o szczegóły, podczas gdy SynPrezesa™ dbał o Public Relations naszej firmy na jednym z wielu kanałów IRC. Po chwili zadzwonił też rzeczony SynPrezesa™, jednak w jego wersji, to SamPrezes™ zadecydował o takim, a nie innym przydziale obowiązków.
Najbardziej rozbawiła mnie jednak sprawa, w jakiej do mnie zadzwonił:
- To ja sobie wezmę sudo na serwerze www, dobra?
- A po co ci sudo?
- No, żebym mógł czytać pliki ze skryptami…
Morał: jak wiadomo, skrypty PHP da się pisać tylko z konta roota. Ciekawe tylko, po co ja ten plan zadań z godzinową dokładnością pisałem? :)
Jakieś dwa tygodnie temu SynPrezesa™ postanowił zatrudnić się w konkurencyjnej firmie. W tym celu został zmuszony do popełnienia CV i listu motywacyjnego. Czynił to pierwszy raz w życiu, więc poprosił nas o pomoc:
- Tak może być? “Piszę do Was w sprawie oferty pracy.”
- A może na początku jakieś “Szanowni Państwo”?
- A tak trzeba? Nigdy tak nie pisałem.
- No… wypada.
- No dobra, “Szanowni Państwo, piszę do Państwa w sprawie oferty pracy.”
- Ale w sprawie jakiej oferty? Powołaj się na jakieś ogłoszenie w gazecie albo na liście dyskusyjnej.
- Nie no, to przez telefon.
- To napisz, że piszesz w sprawie oferty, którą złożono ci telefonicznie.
- Ale to nie od nich, tylko gadałem ze znajomym, który tam zna jakiegoś dyrektora i powiedział, żebym napisał do nich.
- To w sprawie jakiej oferty ty piszesz?!
- Hmm… “Szanowni Państwo, jestem studentem aktywnie poszukująm pracy”?
- No już lepiej.
[...]
- “Pracowałen wcześniej na stanowiskach takich jak [tu lista dyrektorów, specjalistów, itp.], gdzie do moich obowiązków należało między innymi…”. Co należało do moich obowiązków?
Biedny człowiek, przez 4 lata nie wiedział, co robi. I jak tu teraz napisać ładne CV? ;)
Swego czasu pisaliśmy w robocie taki skrypt do automatycznego backupu danych. Ot wywołanie partimage w trybie wsadowym, żeby się połączył z serwerem i zrzucił obraz partycji. Żadna filozofia. Skrypt dodatkowo zakładał w / symlink o nazwie backup, coby nikomu nie przyszło do głowy w tym czasie mieszać w poldku czy rpm-ie. Wszystko działało cacy, skrypt był wołany z crontaba, zakładał swój symlink, czekał 10 czy 15 minut i zaczynał backup. Wszystko było na dobrej drodze do sukcesu, ale…
Ale katastrofa zaczęła się właśnie od tego kilkunastominutowego oczekiwania. SynPrezesa™ nie mógł przeczekać tych paru minut, więc zabił skrypt z palca. Oczywiście pozostał prowadzący do nikąd symlink w głównym katalogu. Co więc zrobił? Włączył midnighta, przeszedł na koniec listy plików i katalogów w /, gdzie znajdował się nasz nieszczęsny link, coś tam powciskał i już po chwili nie było… /bin (!). Jak wiadomo, klawisze Home i F8 są tak blisko siebie, że czasem człowiek się pomyli i wciśnie dwa na raz ;D.
Morał: rm -f /backup nigdy cię nie zawiedzie, nie ufaj mc i synom wysoko postawionych osób :).
Rano przychodzimy do biura, okazuje się, że komputer, na którym pracował syn prezesa, jest w całkowitej rozsypce. Brakuje zasilacza, połowy pamięci, karta graficzna leży w środku luzem. Spalił się w domu komputer i trzeba było podmienić. Ale brakuje też dysku z innego serwera, który podłączony był tam tylko tymczasowo.
Przychodzi syn prezesa. Kulturalnie zadałem pytanie o brakujący dysk. W odpowiedzi usłyszałem “a, zapomniałem go wyciągnąć”. Po chwili syn prezesa dodał “a w ogóle to potrzebny wam ten dysk, bo ja bym go sobie wziął do domu”. A ja, naiwny, myślałem, że komuna umarła.
Ostatnie komentarze