Ctrl+Alt+Dell

Strona firmy Dell jest specjalna. Pod koniec października złożyłem tam zamówienie, próbuję zatem ustalić jego aktualny stan. Zwłaszcza, że pieniądze zdążyli już wziąć. Po zalogowaniu na swoje konto otrzymuję taki oto komunikat:

Witaj, Customer (nie jesteś Customer?)

Po przejściu do listy zamówień zaś:

Witaj,      (to nie Ty)

Oczywiście, że to nie ja, nie mam wszak na imię <odgłos upadającej klawiatury>. Ale tuż niżej jest jeszcze lepiej:

Przykro nam, ale wygląda na to, że w podanym okresie nie mieliśmy od Państwa żadnych zamówień. Prosimy wybrać inny okres i spróbować ponownie. Jeśli uważasz, że ta wiadomość została dostarczona do Ciebie omyłkowo,

Jakim okresie? Jak wybrać inny okres? Jaka wiadomość? I co, jeśli została dostarczona omyłkowo? Klikam jednak „Wyświetl inne zamówienie”, wpisuję numer zamówienia i swój adres e-mail (ten sam, na który jestem zalogowany). Pojawia się zamówienie.

Stan: Wysłano

Szacowana data dostawy: Zamówienie wysłane

Numer śledzenia: JJD0000¤¤¤¤¤¤¤¤¤¤¤¤¤¤¤¤

Wysłano dnia: 2011-11-04

Po kliknięciu odnośnika do śledzenia zamówienia, sytuacja nieco się klaruje. Trafiam bowiem na stronę hiszpańskiego (!) DHL, który — o dziwo — mojej paczki nie ma:

Situación de un Envío

Este número de expedición no existe en nuestro sistema, vuelva a intentarlo.

Si no conoce el número de expedición, puede intentarlo introduciendo el número de referencia

Si no conoce ninguna de estas dos variables, puede utilizar la opción ‘selección’ del menú ‘Servicio Cliente’.

Ciekawe, czy odpiszą mi na maila?

Update: Odpisali. Zamiast męczyć się ze stroną Della, przesyłki można śledzić na dedykowanej stronie DHL. Trzeba tylko podać swój numer klienta Dell i numer zamówienia, który znajdziemy w temacie e-maila z potwierdzeniem zamówienia.

Google Talk: authentication failure

Od wczorajszego wczesnego popołudnia nie mogłem się zalogować na swoje konto GTalk za pomocą żadnego komunikatora. Nic, zero, nada. GMail nadal działał bez zarzutu, czat na stronie logował się momentalnie, słońce świeciło, a Elvis wciąż był martwy. Zacząłem podejrzewać najgorsze.

Kiedy przyjechałem do domu, okazało się, że miałem rację — kończyło mi się piwo. Niezrażony, spróbowałem mimo wszystko skorzystać z komunikatora. Niestety — z podobnym skutkiem. Powoli zaczynałem przypuszczać, że coś jest nie tak. Sprawa była grubymi nićmi szyta. Bez wątpienia komuś zależało, by zerwać moje kontakty z Karolem z warzywniaka pod oknem. Czyżby cena ogórków szklarniowych miała wkrótce przekroczyć cenę cukru, a ten biedny chłopak próbował mnie ostrzec?

Dziś rano wznowiłem dochodzenie. Już w tramwaju byłem pewien, że ktoś mnie śledzi. Jakie jest bowiem prawdopodobieństwo, by sześćdziesiąt trzy osoby jechały akurat w tym samym kierunku, co ja? Dotarłem do biura, by zaraz po wejściu wytoczyć najcięższe działa: sięgnąłem do działu pomocy Google.

Jeśli zatem i ciebie chcą pozbawić kontaktu z Karolem, rychło wnijdź pod adres wskazany poniżej:

https://www.google.com/accounts/DisplayUnlockCaptcha

Jeśli masz telefon w Plusie…

Zacznij od wysłania na (darmowy) numer 8010 SMS o treści STOP. Położy to kres kretyńskim reklamom z rodzaju:

MATKO BOSKA, KONIEC ŚWIATA, POTWIERDŹ SWÓJ NUMER i wygraj batonik.

Sukces zostanie potwierdzony przez wiadomość:

Numer zostal wypisany z listy wysylkowej. Dziekujemy.

Teraz czas wypisać się z ofert i promocji. W tym celu wyślij na (również darmowy) numer 8000 SMS o treści SPRZECIW. Kiedy i ten przyczółek wroga się podda, otrzymasz list kapitulacyjny:

Twoj SPRZECIW na komunikacje marketingowa kanalami elektronicznymi zostal zarejestrowany w systemie.

For great justice!

O DHL i najdroższych koszulkach na świecie

Gram. Całkiem sporo. Postanowiłem sobie sprawić koszulki, którymi promowany był Portal 2. Jasną i ciemną. Na polskie warunki tanio nie jest, ale koszulki wyglądają naprawdę fajnie.

Zamawiam więc. $39.98 plus dostawa. Za $20, bo z Ameryki. Do mojego zamówienia mogą zostać doliczone dodatkowe podatki, akcyzy i opłaty celne. Kontynuuj do płatności.

Płacę. A raczej próbuję. Płatność kartą kredytową została odrzucona przez mojego operatora. Ponów. Płatność kartą kredytową została odrzucona ponownie. Trudno, zapłacę przez PayPal. Klik. Klik. Tak pozbyłem się 197,91 PLN. W teorii.

W praktyce pozbyłem się bowiem 591,91 PLN. Bank płatności odrzucił, ale pieniądze uznał za wydane. Cóż, Valve mnie raczej nie okradnie. Minie czas blokady środków i oddadzą. Tak kończy się środa.

Jest piątek. Dzwoni telefon.

Anna z DHL przygotowuje się do odprawy celnej mojej paczki, która lada chwila trafi z lotniska w Lipsku do Izby Celnej we Wrocławiu. Musi wiedzieć, z czego zrobione są koszulki i jak zamierzam ich używać. Podaję adres e-mail, dostaję listę dokumentów do przedłożenia.

Podpisuję upoważnienie dla DHL do reprezentacji przed organami celnymi. Gdybym wiedział, co mnie czeka, zaprezentowałbym także swój organ. Nie uprzedzajmy jednak faktów. Podpisuję świstek, że zobowiązuję się koszulek nie sprzedać w celu zarobkowym. Została deklaracja zawartości, materiałów i intencji. Napisałem zgodnie z prawdą:

Są to dwie koszulki z krótkim rękawem. Mam nadzieję, że zrobione są z bawełny. Będę w nich dziarsko hasał po mieście, niczym rączy rumak po bezkresnych stepach w porannej rosie.

W poniedziałek o siódmej pięćdziesiąt cztery rano (słownie: w nocy) dzwoni telefon. Odbiera Asia. Anna z DHL dzwoni spytać, z czego zrobione są koszulki (sic!). Jest to tak prawdopodobny scenariusz, że — patrząc na swoją kobietę — sam siebie zaczynam podejrzewać o romans. O godzinie 11:35 odbieram kolejny telefon. Anna nie może wytrzymać bez mojego cudownego głosu, tym razem chce poznać także kształt rzeczonych koszulek. Nie pyta o rozmiar, co niestety niweczy próby wyobrażenia sobie mojej boskiej figury. Mają już wszystko potrzebne do odprawy.

I tak trafiamy na środę, czyli dziś. Rano wita mnie informacja, iż odprawa celna została zakończona, cła importowego nie naliczono i na konto Izby Celnej winien jestem przelać należny podatek w kwocie 88 PLN. Kurwa, wróć! Osiemdziesiąt osiem? Przez zero koma dwa dwa daje… cztery stówy jak nic. Chwytam za telefon.

Dwie kolejne godziny spędzam dzwoniąc do mojej niedoszłej kochanki. Jest gorzej, niż zwykle. Jeszcze nie byliśmy w łóżku, a już nie chce ze mną rozmawiać. Po dwóch godzinach słuchania sygnału wolnej linii, Ania (teraz to już prawie rodzina, nawet do rodziców tak często nie dzwonię) odbiera telefon. Mówi, że wszystko się zgadza, bo przecież stawka podatku jest 22%. Z tym, że ja stawki VAT znam. Pytam o podstawę.

Przecież 22% z 402 PLN to 88 PLN. Czuję się jak pilot myśliwski na manewrach, krew w moim mózgu osiąga przyspieszenie rzędu 9G. Czterysta. Dwa. Złote. Ania sprawdza, skąd. Okazuje się, że na fakturze dołączonej przez Amerykanów nie było ceny dostawy, więc DHL wpisał, co uważał.

Zaczynam się gotować. O kolor metki i ściegi na szwach to by mieli kogo spytać. Pewnie o szóstej w nocy dzwoniliby z pytaniem o temperaturę prania. W obliczu tragedii, jaką jest brak ceny dostawy na fakturze, stanęli bezradni i w wyniku rzutu kostką wpisali 283 PLN. Nie mogli się dowiedzieć. Nie, żeby na ten przykład byli w stanie ustalić, na ile sami skasowali Valve, przecież DHL nie udzieli takiej informacji sam sobie („ale oni mówią do nas po angielsku!”).

To oczywiste, że inteligentny człowiek zamówiłby koszulki o wartości 119 PLN i kazał je dostarczyć kurierowi za 283 PLN. A przynajmniej każdy tak inteligentny, jak agenci celni DHL.

Złożyłem reklamację, jednak jestem prawie pewien, że do czasu jej rozpatrzenia minie termin uiszczenia opłat celnych. Wobec tego będę musiał te pieniądze założyć. Będzie to moment, w którym chwilowa cena dwóch kawałków bawełny osiągnie 679,91 PLN. Zakładając, że DHL do tego czasu nie naliczy „dodatkowych opłat według aktualnie obowiązującego cennika”. Koszulek jeszcze nie widziałem.

DRM

— Wszystko ta sama sieczka — mruknął pod nosem, sam do siebie, odkładając kolejną płytę na półkę.

Dopiero po chwili wyłowił z gąszczu szarych, zastępczych okładek singiel, o który mu chodziło.

— Dzień dobry, chciałem dziesięć kopii tego — rzucił przyjaźnie w stronę kasjerki.

— Dziesięć? — Choć nadal uśmiechnięta, dziewczyna zrobiła zdziwioną minę. — Zwykle ludzie biorą trzy — zaczęła wymieniać — na kino domowe, na iPoda i na komputer…

— Cóż, mówią na mnie Rock, jestem didżejem — wypowiedział te słowa z dumą, podając dziewczynie plastikową kartę RIAA.

— Łał, to cudownie! Proszę. — Podała mu papierową torbę z płytami. — Numery seryjne płyt zostały przypisane do twojej karty. Kolejny przegląd licencyjny twojej karty w kwietniu. Czy mogę zainteresować cię czymś z naszej oferty specjalnej?

— Nie, dzięki.

Gdy wypowiadał te słowa poczuł wibracje w wewnętrznej kieszeni kurtki. Próbował szybko schować pakiet singli do kieszeni, ale było już za późno. Telefon zaczął dzwonić. Popatrzył jeszcze zrezygnowanym wzrokiem na pulsującą w rogu ekranu liczbę. Pozostało mu siedem odtworzeń dzwonka. Pamiętał kiedy wprowadzono te restrykcje. Jeden ze znanych wokalistów w publicznym wywiadzie przyznał się, że ustawił hit swojej kapeli jako dzwonek, dzięki czemu nie musi sam sobie płacić za jego słuchanie. Senatorzy RIAA byli wściekli, kongres zmienił ustawę w jeden weekend, nie chcąc dopuścić do sytuacji, kiedy młodzież pójdzie w ślady swojego idola. Odebrał rozmowę.

— Robert, człowieku, doprowadzisz mnie do ruiny. Czemu nie odbierasz zwyczajnie, kiedy to ja do ciebie dzwonię?

— Cześć Rock, wybacz, ale zdjąłem na chwilę słuchawki, a wiesz przecież, że mój dzwonek nie ma licencji na publiczne odtwarzanie. Jak tam zakupy, gotowy na dzisiejszy show?

— Taa, wiesz, że nigdy nie zawodzę. Właśnie kupiłem ostatni singiel, to będzie prawdziwa wisienka na torcie. W sumie mam już na wieczór cztery godziny muzyki.

— Będziesz coś miksował na żywo?

— Na pewno, ale jeszcze nie wiem, ile. Chcemy przecież jeszcze coś zarobić.

— Dobra, to nie przeszkadzam, do–zo wieczorem.

— No to strzałka, tylko się nie spóźnij.

Minął róg sklepu i wsiadł do samochodu. Zapalił silnik i z trudem powstrzymał chęć wpakowania jednego ze świeżych nabytków w szczelinę odtwarzacza. Zamiast tego włączył radio i w towarzystwie najnowszych informacji z życia gwiazd ruszył w stronę domu. Podekscytowany zbliżającą się imprezą podśpiewywał w rytm muzyki z rzadka pojawiającej się w przerywających audycję reklamach.

– ❧ –

Wiedział, że jest gotowy. Czuł, jak każdy mięsień drga z podniecenia. Zatrzymał auto pod klubem, na parkingu dla vip–ów i ponownie przejrzał kuferek z płytami, po raz ostatni zamieniając niektóre z nich kolejnością. Pewnym krokiem podszedł do drzwi dla wykonawców. Odruchowo podał plastik karkowi w nieco przyciasnym garniturze.

— Może pan wejść. Karta ważna do kwietnia.

Zamienił jeszcze parę słów z menadżerem klubu i udał się do baru po „jednego na rozpęd”.

Pół godziny później wychodził już na scenę. Czuł pulsującą adrenalinę, kiedy oświetleniowiec wskazał go reflektorem. Ujął w rękę mikrofon i słowa popłynęły same.

— Jak się bawicie, Nowy Yorku? — Poczekał, aż ucichną wrzaski. — Jak pewnie wszyscy wiecie, jestem Rock. — Wzrokiem odnalazł wśród widowni poznaną tego poranka kasjerkę. — Obok mnie stoi pan Miles Welles z komisji RIAA, który będzie czuwał nad dzisiejszą imprezą. Za trzy minuty włączymy systemy przeciwdziałania nagrywaniu, osoby z aparatami słuchowymi prosimy o opuszczenie sali. A teraz przygotujcie się, bo dziś wieczór damy czadu!

Zobacz Social Network w kinie

Jedno z kin sieci Helios, Warszawa Femina organizuje specjalny pokaz filmu Social Network dla blogerów. Dzięki uprzejmości sieci Blogvertising mam dla was do rozdania dwa komplety podwójnych wejściówek na ten film.

Seans odbędzie się za tydzień, 30. września o godzinie 20:00 w sali C wspomnianego kina. Jeśli jesteście zainteresowani i odpowiada wam termin, dajcie znać w komentarzach. W poniedziałek skontaktuję się ze szczęśliwcami i poproszę o listę imion i nazwisk do wpisania na zaproszeniach.

Nie zrobię ci nic złego

Wczorajszy przedruk w Ars Technice pokazuje ciekawe zjawisko. Im bardziej użytkownicy są przekonywani o poufności i bezpieczeństwie swoich danych, z tym większym trudem przychodzi im owe dane podać.

Jeśli się nad tym jednak zastanowić, okazuje się, że jest to związane z całkiem normalnym funkcjonowaniem mózgu. Ktoś pamięta skecz o pilotach w wykonaniu Monty Pythona?

— Tu mówi wasz kapitan, nie ma absolutnie żadnych powodów do paniki.

— …

— Skrzydła wcale się nie palą!

Najistotniejszą rolę odgrywa tutaj sam fakt wspomnienia o niewystąpieniu określonego czynnika. Czy ktokolwiek z was jest sobie w stanie wyobrazić lunapark z kolejką górską, przy której stoi poniższa tabliczka?

Inspekcja techniczna zapewnia, iż w wyniku korzystania z kolejki nie zginiesz powolną śmiercią, miażdżony przez tony giętych z potwornym zgrzytem rur i rozcięty na pół blachą opatrzoną logo naszego parku rozrywki.

„Dlaczego w ogóle miałbym o tym pisać?” Brzmi idiotycznie, prawda? „Z pewnością nikt rozsądny nie zrobiłby nic podobnego!”

Tymczasem każdego dnia wystawiamy swoje małe tabliczki:

Nasz serwis jest wyjątkowo bezpieczny. Nikomu nie udostępnimy twojego adresu e-mail. Ani żadnych innych twoich danych. Postaramy się działać akurat wtedy, kiedy będziesz nas potrzebował. A w razie czego mamy kopie zapasowe.

A potencjalny klient czyta i… zamyka okno przeglądarki.

O hakerach, miłości i sławie

Było ciepłe czerwcowe popołudnie. Lubił te dni, gdy tempo pracy pozwalało na chwilę zapomnieć o wyściełających biurko i sporą część podłogi papierach i z kubkiem parującej kawy w ręku wpatrywać się w powoli czerwieniące się na horyzoncie niebo. Uciekał wtedy myślami do swoich planów, starając się wyobrazić sobie przyszłość, kiedy nie będzie już musiał pracować. Marzenie — wyrwać się z okowów pracy i być wolnym jak ptak.

Zaraz jednak humor psuła mu prześladująca go nieustannie myśl. On tutaj, w biurze, z namaszczeniem traktuje każdą chwilę wytchnienia, która pozwala mu choć na chwilę odciąć się od szarego świata. W tym samym czasie te inżynierskie darmozjady marnują tyle wolnego czasu by wymyślić lepszą śrubę czy twardszy metal. Na litość boską, kiedyś ludziom wystarczył kamień i kawałek patyka!

A zdarza się, że ślęczą nad tym po pracy. „Młodzi są i w dupach się poprzewracało” ― lubił sobie tłumaczyć, zaraz jednak dopadała go nieznośna świadomość, że i starsi koledzy coraz częściej oddawali się podobnym, pozbawionym sensu, praktykom. Co gorsza, przebąkiwali przy tym coś o pasji i miłości. Czy pracoholizm naprawdę zastąpił u nich resztki rozsądku?

Z zadumy wyrwało go stukanie do drzwi. Dwa szybkie, chwila przerwy, znów dwa szybkie. Musi być, że listonosz. Jego charakterystyczny sposób anonsowania własnej obecności był tylko jednym z nawyków człowieka, o którym przez wzgląd na grzeczność myślał jak o ekscentryku. Nie można mu było jednak odmówić jednej zalety, kolejne porcje danych dostarcza codziennie, bez względu na pogodę.

Pożegnał więc listonosza i wrócił do gabinetu, by ponownie zająć ciepły fotel przy terminalu. Odstawił na bok stygnącą już kawę i stuknął lekko w jeden z klawiszy. Martwy dotąd ekran rozbłysł ciepłą zielenią. Nim jednak pozwolił dłoniom spocząć na klawiaturze, ponownie sięgnął po kubek i delektując się łykiem ciepłego jeszcze napoju, pozwolił swoim myślom błądzić jeszcze przez chwilę.

Przypomniał mu się przedwczorajszy telegram od żony. Jeśli kolej nie zawiedzie, już w ten weekend ponownie weźmie synka na kolana. Jak ten brzdąc szybko rośnie! Ani się człowiek obejrzy, a sam zacznie palić w piecu. Mały wprost ten piec uwielbia i pierwsze ciepłe dni wiosny zawsze przyjmuje z niemałym rozczarowaniem.

„I pomyśleć, że te pijawki chełpiły się myślą, że z metalowych rur zbudują coś od pieca lepszego. Jeszcze trochę i komputery tymi swoimi rurami będą skręcać. Zajęliby się czymś pożytecznym. Ale i ja nie powinienem marnować czasu.” ― sięgnął po przyniesione przez pocztowca zawiniątko i wysupłał z gazety paczkę półcalowych dyskietek po cztery megabajty każda. Kontrolnie rzucił okiem na etykiety — „wypłaty, maj” — wszystko się zgadzało. Wsunął pierwszą w drzwiczki napędu i zasiadł do pracy.

– ❧ –

Tego samego wieczoru postanowił w końcu spisać swe myśli. Zakończył więc VisiCalc i uruchomił WordStar 7.2, z braku podobnych programów nazywany zwykle „edytorem”. Przez kolejną godzinę pokój wypełniały jedynie aromat kawy i stukanie klawiszy, w jednostajnym rytmie przekuwających kolejne formułowane w głowie postulaty w zieleń zapalających się na ekranie liter.

„Teraz zrozumieją” ― pomyślał, gdy błyszczący Epson MX-82, z głośnym jękiem przesuwających się igieł, wypluł z siebie pierwszą stronę odezwy do kolegów. Poprawił okulary, oparł się o biurko swojego IBM-361 i z dumą odczytał:

O inżynierach, postępie i sławie

Alex, 8. czerwca roku pańskiego 2023

Krzemowe kostki, czyli jak komputery zjadły RPG

Kiedy byliśmy szczylami zupełnymi (pierwsze dwie klasy podstawówki), zagrywaliśmy się w Talizman, wtedy znany jedynie jako Magia i miecz. Gra wciągała, ale z czasem zaczęliśmy szukać odmiany. Advanced Dungeons & Dragons okazało się strzałem w dziesiątkę, przynajmniej na jakiś czas.

Niedługo później zaczęliśmy swoje pierwsze eksperymenty z poważnymi RPG. Eksperymenty to dobre określenie, bo pierwsze spotkania dziesięciolatków z odbitym na ksero podręcznikiem do Warhammera (po angielsku) były dość nieporadne.

Szybko jednak rozkręciliśmy się na tyle, że granie nie wymagało już posiłkowania się słownikiem (jeśli chodzi o angielski, to wszyscy byliśmy samoukami). W 1991 pojawiły się kserówki z tłumaczeniem Cyberpunka 2020. Na jakiś czas Warhammer poszedł w odstawkę — przynajmniej jeśli chodziło o gry fabularne, bo figurki do bitewniaka skutecznie uszczuplały skromne zasoby finansowe całej grupy.

Oczywiście grywaliśmy również na komputerze, ale ówczesne RPG dzieliły się na te z fabułą (jak np. Kult) i na te z tabelkami (jak Eye of the Beholder). Nikomu wtedy nie przyszło do głowy kojarzyć role-play’u z paskiem doświadczenia.

W papierowe gry fabularne graliśmy dużo i często, bo nie mieliśmy praktycznie żadnych obowiązków. W naszym repertuarze gościły kolejne systemy (Zew Cthulhu, Wampir: Maskarada), było dobrze. Gdzieś w tamtym czasie, na łamach pisma Magia i Miecz, pojawił się dziwoląg, który według obecnych standardów ktoś nazwać mógłby klasycznym RPG: Kryształy Czasu. Po raz pierwszy postać mistrza gry została sprowadzona do roli krupiera, który miał jedynie pilnować, by akcje graczy były zgodne z odpowiednimi tabelkami. Po jednej sesji daliśmy sobie spokój i wróciliśmy do tradycyjnych systemów.

Niestety, pod koniec podstawówki grupa się rozpadła i na jakiś czas szlag trafił granie. Kolejną ekipę znalazłem dopiero rok później. Pograliśmy razem niemal trzy lata, po czym nasze drogi się rozeszły.

W tym czasie komputerowe gry RPG poszły naprzód. Diablo stało się kamieniem węgielnym gatunku hack&slash, jednak z grami fabularnymi nie łączyło go zbyt wiele. Za ciosem poszły jednak genialny Fallout oraz Wrota Baldura, które wielu stawia za przykład RPG idealnego. Ci ostatni chyba nie wiedzą, że prawdziwa perełka ukazała się dopiero w roku kolejnym. Mowa oczywiście o Planescape: Torment, który w cudownie odświeżający sposób zerwał z klasycznie pojmowanym światem fantasy.

Mijały lata, a mi coraz trudniej było wrócić do papierowych RPG. Zdecydowana większość napotkanych graczy zdawała się traktować gry fabularne jak salonową wersję Diablo. Nie było już istotne, w jaki system gramy. Liczyło się to, żeby mieć wysokie wszystkie statystyki na karcie postaci. Nadeszły czasy, kiedy każdy rybak znał kung-fu, każdy chłop pisał w minimum trzech językach, a najczęstszym pytaniem do mistrza gry stało się kiedy będziemy zabijać potwory?

Innymi słowy historia zatoczyła pełne koło. Papierowe RPG wróciło do mojego punktu wyjścia, czyli ADnD. Komputery pozbawiły RPG dwóch pierwszych literek, została sama gra. Gra w licytowanie się na statystyki i dyskutowanie z mistrzem gry na temat tego, czy poziom 9 danej cechy oznacza już megazajebistość, czy może warto jeszcze rzucić kostką.

Na szczęście niektóre historie mają szczęśliwe zakończenia i za namową swojej wspaniałej kobiety wracam powoli do grania w środowisku graczy, którzy cenią sobie również fabułę. Którzy potrafią rzuty kostką ograniczyć do absolutnego minimum i prowadzić przygody w duchu podręcznika, a nie traktując dosłownie każde jego zdanie. Męczymy nawet Google Wave z Ciepłym i Zenem, próbując użyć go jako platformy do grania. A nuż uda się wziąć odwet na komputerach? Jest nadzieja.