Archiwalia w kategorii 'varia'

Konsolowo - wymiana dysku

Niedawno stanąłem przed problemem posiadania zbyt wielu gier. O ile w czasach PlayStation 2 i wcześniejszych jedynym ograniczeniem była pojemność kart pamięci, tak w czasach, gdzie większość tytułów wymaga instalacji (PS3), udało mi się w końcu zbliżyć do magicznej bariery 40 gigabajtów.

Rozwiązanie? Wymiana dysku. Pierwszy raz spotkałem się ze sprzętem, którego producent jawnie umożliwia wymianę dysku we własnym zakresie. Instrukcja obsługi konsoli zawiera przewodnik, jak krok po kroku wyjąć firmowy dysk i włożyć w to miejsce inny. Duży plus.

Zakup dysku początkowo odkładałem do czasu powrotu z wyjazdu urlopowego, jednak mój ojciec (również posiadacz PS3) postanowił mnie sponsorować i wczoraj podrzucił mi do biura nowiutki dysk i obudowę na poprzedni. Po powrocie do domu przyszedł czas na zabawę. Włączenie konsoli, backup danych na dysk USB, wyłączenie konsoli, odłączenie zasilania i przystąpienie do podmiany.

Małym minusem okazała się za to precyzja, z jaką poskładano konsolę. O ile odkręcenie niebieskiej śrubki, mocującej kieszeń dysku wewnątrz konsoli, nie było problemem, o tyle wyjęcie dysku z kieszeni wymagało użycia kombinerek. Śruby mocujące dysk trzymały tak mocno, że próba użycia odpowiedniego krzyżaka skończyła się szybko w obawie o wyszczerbienie łebka śruby.

Dalej już tylko wyjęcie oryginalnego Hitachi 40 GB i podmiana na 2,5″ Samsunga 250 GB. Ponowne włączenie konsoli, format nowego nośnika, przywrócenie backupu z dysku USB i gotowe. Pozostało tylko wkręcić poprzedni dysk do kieszonki i sprzątnąć kłaczki kurzu, które wdzięcznie wypadły z wnętrza konsoli razem z firmowym dyskiem.

Indiana Jones i człowiek z UFO

Dokładnie tak, Zbigniew Nienacki mógłby spokojnie napisać lepszy scenariusz do czwartej części przygód Indiego. To, co zrobili panowie Lucas i Spielberg powinno nazywać się Indiana Jones i efekty komputerowe. Czy jestem zawiedziony? Jestem, w końcu piszę o filmie na blogu o komputerach.

Wybraliśmy się do kina na premierę. Nikt nie nastawiał się raczej na arcydzieło, ja mimo to się zawiodłem. George Lucas ma jakiś wyjątkowy talent do niszczenia swoich własnych serii. Nie pozwolił spokojnie umrzeć Gwiezdnym Wojnom, dobijając je po latach infantylną trylogią dla dzieci, strzelił też w plecy staruszkowi Henriemu. W podobnym stylu.

Co uderza praktycznie od początku, to próba udowodnienia, że Ford nagle przeżywa drugą młodość. Nie przeżywa, co widać w scenach, gdzie sam zdecydował się robić za kaskadera. Dalej mamy mglisty zarys fabuły, która jest chyba zlepkiem przypadkowo pociętych scenariuszy, z których panowie nie byli zadowoleni. Efekt pozwala przypuszczać, że prace nad scenariuszem wyglądały tak: albo ta scena wejdzie, albo ja się pakuję i mam w dupie.

Nagłe zwroty w scenariuszu, jak słusznie zauważył AK, sprowadzają się do jestem twoim ojcem, Luke. Oczywiście, jeśli nie liczyć faktu, że poszczególne sceny nie mają ze sobą żadnego związku i łączy je tylko przeczucie wielkiego podróżnika. W efekcie dostajemy słodziutki zlepek kina familijnego à la Disney, a polewę stanowi wymuszony momentami humor i wizja emeryta koziołkującego kilometrami w lodówce na tle atomowego grzybka.

Wydaje mi się zwyczajnie, że panom Lucasowi i Spielbergowi odbiło na punkcie efektów komputerowych. Być może zakładają, że skoro miliony zakochały się w plastikowych stateczkach na sznurkach, znanych z Nowej Nadziei, to zrobienie całego filmu na komputerze uczyni ich bogami? Zakrztusili się krzemem i własnym Industrial Light & Magic. Tylko kto oglądał Gwiezdne Wojny dla efektów, kiedy obok leżał Tron? I właśnie takie Trony nam teraz serwują. Ładne, plastikowe, o smaku oranżadki Helena, która nawet nie leżała nigdy na jednej półce z owocami.

Może ten film nie jest taki zły i gdyby nazywał się John Doe i kosmici, zostawiłbym go w spokoju. W końcu w porównaniu do takiego Eragona jest istnym arcydziełem. Nic nie poradzę, ale byłem fanem, a teraz muszę z przykrością stwierdzić, że fabularnie lepiej wyglądał serial o przygodach młodego Indiany Jonesa. Cóż, 19 lat zajęło stworzenie dwugodzinnego dzieła, w którym dobrego kina jest tyle, co w jednym odcinku MacGyvera (który lat ma grubo więcej). Słabo.

PlayStation 3

Z racji faktu, że PLD Linux cierpi na śmierć jednego z builderów, coś z zupełnie innej beczki. Jeśli ktoś chciałby do mnie postrzelać, to zapraszam. Można mnie złapać na PlayStation Network, identyfikator to patrys. Zapraszam do dodawania do znajomych. A teraz wracam do Call of Duty 4.

Zabierzcie mnie z Polski, byle nie do Polaków

Polecam lekturę tego artykułu o podatkach na stronie Gazety. W sumie tu mógłbym skończyć, ale obawiam się, że niektórzy nie zrozumieją, dlaczego go polecam.

Bo Polacy to idioci i współczynnik inteligencji statystycznej jednostki można obliczyć odejmując 100 od wzrostu wyrażonego w centrymetrach.

Jak zwykle zakładam, że poziom intelektualny osób zaglądających na tego bloga pozwala im nie poczuć się urażonymi odniesieniami do statystyk. Jeśli ktoś nie poczuł się urażony, to nie musi dalej czytać. Dalej będą…

Informacje dla statystycznego Polaka

Drodzy moi, w tej chwili najniższa stawka wynosi 19 procent. Proponowana zmiana wprowadzi najniższą stawkę niższą o oczko, na poziomie 18 procent. Dla was, drogie matoły, oznacza to (uwaga) niższe podatki. Ale to wam nie wystarczy. Wszystkiemu winni są ci inni, ci bogaci.

Bogaci to w Polsce coś w rodzaju gildii skrytobójców. Każdy wie, że są wszystkiemu winni, ale żaden szanujący się obywatel ich nie widział. U nas wszyscy są dobrzy, czyli biedni. A bogaci muszą być źli, bo inaczej wszyscy dobrzy byliby bogaci, prawda? Taka tam logika po kwasach. Teraz, drogie osiołki, zamiast marzyć o rabinie, co chudł czy innych Janosikach, którzy dopieprzyliby tym złym bogatym, chcecie podnieść im podatki. Skoro zarabiają więcej, to muszą więcej płacić prawda?

Załóżmy zatem, że mamy podatek liniowy na poziomie 20 procent. Wy zarabiacie 800 pln w Żabce, a mi trafiła się intratna posada kierownika zmiany w Biedronce, która płaci mi krocie w liczbie 1600. Policzmy zatem podatek: dla was będzie to 800 * 20% = 160; ja, paskudnik przebrzydły, zabulę: 1600 * 20% = 320. Szok, dwa razy więcej! Pierdolona magia.

Teraz czekam na wytłumaczenie, dlaczego państwo miałoby przyznawać wyjątkowe zniżki z tytułu rozmnażania bez udziału mózgu. Skoro kogoś stać na dwójkę dzieci, to dlaczego robi piątkę i płacze o zniżki? Ja bardzo lubię samochody. Wiecie ile ich mam? Żadnego, bo mnie, kurwa, nie stać. Jak sobie kupię pięć fur z silnikami po pięć litrów, to mi nikt do wachy nie dołoży. Czy szanowni czytelnicy zrozumieli tę subtelną acz dostrzegalną aluzję?

Wolny Tybet, wolne żarty

Cieszą mnie bardzo kolejne blogowe akcje. Są niezwykle wymowne i barwne. Coś na kształt pielęgniarek strajkujących w sanatorium. O czym mówię?

Niedawno usłyszałem, że powinienem odezwać się w sprawie Tybetu, bo temat to ważny i milczeć nie wolno. Odzywam się zatem. Słowami, których nie uświadczysz na portalach z milionami odsłon. To blog i mam prawo wypisywać, co mi się tylko podoba — tobie nikt nie każe tego czytać, więc wszystko wygląda fair, prawda?

Tybet jest nową Afryką, że się tak — łebdwazeo — wyrażę. Od tygodnia o niczym innym na polskich blogach nie czytam. Liczyłem na tradycyjną lawinę katolickich wartości świątecznych, ale nie. You failed. Piszecie w kółko o Tybecie, jakby Chiny najechały i zajęły go sobie w moje cholerne imieniny. Przykro mi, że was zawiodę, Tybet nie jest osobnym krajem, nie był też tydzień temu. Kto poda okresy kiedy był, w ciągu całego dwudziestego wieku? Czy słyszałem, jak ktoś z sali powiedział pod nosem nigdy?

Co zrobiły Chiny z Tybetem? A co stało się z Kosowem? Który kraj ostatnio opowiedział się za ich niezależnością? Czyżby Polska? Cóż za niefart. Może i zacne są te wszystkie akcje i akcyjki, ale kurwa, błagam was. Wasze akcje są tak skuteczne i przemyślane, jak naklejenie sobie na zderzaku malucha deklaracji nie zgadzam się z głodem w Afryce. Niewątpliwie jest to największy w dziejach ludzkości krok do rozwiązania problemu. Oczyma wyobraźni widzę spotkanie na szczycie, na które wpada nagle sekretarz stanu Polski z mrożącą krew w żyłach informacją: dwudziestu trzech blogerów z Pcimia nie zgadza się na olimpiadę w Pekinie. Tak zaczną srać po gaciach, że Zewa, producent najbardziej miękkiej na świecie srajtaśmy, trafi do Fortune 100.

Ładne są te wasze znaczki, fajne te protesty i, oczywiście, doceniam elektroniczne petycje. To takie sympatyczne i niegroźne dziwactwa, ale w Polsce (i na całym świecie) sprawy załatwia się na papierze. Chcesz coś zdziałać? Poświęć pięć minut i zapakuj to w kopertę. Półgodzinna tyrada na głównej stronie Joggera co najwyżej pozwoli zarobić na reklamach (albo zbankrutować, jeśli to twój serwer utrzymuje znaczek akcji, do którego wszyscy hotlinkują). Jak krytykować, to konstruktywnie. Jak protestować, to pod właściwym urzędem. Nikt się nie przejmie człowiekiem, który — w ramach głodówki — przez trzy dni prowadził bloga bez pizzy.

Stado babć w beretach potrafi wziąć jebany długopis do ręki i wysłać milion protestów w sprawie jednego autobusu. Przykro, że zginęło tam kilkadziesiąt osób, ale zaraz znalazły się fundusze, prawda? A wam od stukania komciów odjęło część mózgu odpowiedzialną za trzymanie pióra i ślinienie kopert? Nie? To do roboty, a na blogach opisujcie nowinki z życia Sieci i skład śniadania.

Na koniec zagadka. Wiecie, co to jest pięć olimpijskich kółek na tle plamy krwi? Czarny humor. I nic więcej. Zanim mnie zjecie, pozwólcie, że przyznam wam z góry rację, a w ramach rekompensaty przygotuję blogo-wlepki z napisami, odpowiednio bezrobocie jest do dupy, niepodległy Śląsk i to nie fair, że moja mama utrzymuje tego bloga. Stay tuned, drodzy obrażeni hipokryci, resztę miłośników ironii serdecznie pozdrawiam.

Prywatnie: 10 typ

Blog wraca do życia, więc warto wspomnieć, że 16. lutego miała miejsce kolejna przeprowadzka. Maleńkie mieszkanko na Jedności Narodowej okazało się zbyt ciasne dla czterech osób, więc nie pozostało nam nic innego, niż się przenieść. Nbw ze swoją kobietą zamieszkali w okolicach Parku Handlowego Fekalia, a ja…

Berecik

…a raczej my (bo jest nas troje) okupujemy tereny przyległe do nieistniejącego już dziś Poltegoru. Cóż, 73 metry, spokojna okolica. Do kompletu ze mną Asia — moja osobista kobieta-prawnik (która od pół roku nie może nic na bloga napisać) i qwiat — mroczny BOFH iCenter. I telewizor, konsole i kawałek internetu, a nawet jakieś żywe kwiatki (tym razem nie słynne wiszące ogrody na kartonie po pizzy). Radzimy sobie jakoś i nudno też nie jest, bo czasem odwiedzają nas znajomi:

Gwiazdy na lodzie

Niestety, to jedyne zdjęcie znajomych, jakie nadaje się do publikacji, bo kto by chciał oglądać łysiejących gości pod trzydziestkę, którzy przez kilka godzin nie wypuszczają pada z ręki?

Update: chciałbym zaznaczyć, że jeśli w ciągu najbliższych dni zginę z rąk Aśki, to z całą pewnością spowodowane będzie to moją całkowitą impotencją i chronicznym zaleganiem do wczesnych godzin rannych przed laptopem, a nie złośliwościami zawartymi w powyższej notce. W końcu prawnicy znani są ze swojego poczucia humoru, prawda? ;)

Złota kreska

Przepraszam wszystkich, którym GoldenLine wysłało dzisiaj/wczoraj tonę spamu, podpisując się jako ja. Od ponad roku nie zapraszałem ani nie próbowałem zapraszać tam nikogo z moich znajomych. Nie pozwoliłem też serwisowi zaimportować żadnej książki adresowej, nie dałem dostępu do GMaila, LinkedIna i ogólnie nikt nie wmówi mi, że w jakikolwiek aktywny sposób przyczyniłem się do zajścia. Podjąłem jednak podstawowe środki prewencji w celu uniknięcia podobnych sytuacji w przyszłości. Usunąłem mianowicie konto z owej krzyżówki Grona i LinkedIn, co i wam polecam zrobić. Zupełnie nie mam pojęcia, do czego mógłby mi się ten serwis przydać.

WYSITDWTF

Stało się, połączyliśmy się z The Daily WTF i coś, co jeszcze niedawno nazywało się WYSIWTF, teraz przeszło w niebyt. Któregoś dnia odezwał się do nas Alex i zaproponował scalenie obu serwisów. W związku z tym mam zaszczyt zaprosić szanownych państwa na premierowy pokaz The Daily WTF po polsku. I to oficjalnie!

Prosta tapeta: mak

Poppy - an OS X inspired wallpaper

Coś cieplejszego na zimne wieczory, dostępna jest też wersja SVG bez tła. Licencja CC BY-NC-SA.

Bez poczty

Padła jedna z maszyn PLD. Od wczoraj jestem bez poczty. Jeśli czegoś ode mnie potrzebujecie, to łapcie mnie przez Jabbera (<patrys at pld-linux org>).

Niedługo wrócę do blogowania, a teraz wracam do walki z nadchodzącym wydaniem GNOME.