Coś cieplejszego na zimne wieczory, dostępna jest też wersja SVG bez tła. Licencja CC BY-NC-SA.
Archiwalia w kategorii 'varia'
Padła jedna z maszyn PLD. Od wczoraj jestem bez poczty. Jeśli czegoś ode mnie potrzebujecie, to łapcie mnie przez Jabbera (<patrys at pld-linux org>).
Niedługo wrócę do blogowania, a teraz wracam do walki z nadchodzącym wydaniem GNOME.
Był piękny zimowy poranek. Jeden z tych poranków, kiedy mijające cię grupy niedobitków nocnego picia zacięcie walczą z niewidzialnym wiatrem, starając się za wszelką cenę dotrzeć do domu. Poniedziałek. Pan Patrys zmierzał do pracy z miną grabarza, któremu właśnie szykował się dzień pełen ekshumacji. Minął windę, której sens istnienia w trzypiętrowym budynku wielokrotnie zdarzało mu się podważać i po chwili stanął w drzwiach biura Nowej Firmy.
— Witam — rzucił tradycyjnie w kierunku biurka, przy którym urzędowała zawsze od wczesnych godzin rannych panna Monika. Jednym z jej zajęć było uprzedzanie klientów o kłopotach, a kłopoty mają to do siebie, że pojawiają się o różnych porach.
Monika uniosła w geście pozdrowienia tę rękę, w której nie trzymała akurat słuchawki telefonu — nasz inżynier pojawi się u państwa w okolicach południa — wyrecytowała złowieszczo tonem, który trącił lekko rutyną — D-E-L-L. Naprawiamy komputery — dodała z lekkim niedowierzaniem, jednak zachowując iście stoicki spokój.
Pan Patrys zastanawiał się nieraz, czy było na tym świecie coś, co potrafiłoby wyprowadzić pannę Monikę z równowagi, nie miał jednak okazji się przekonać. Zdjął kurtkę, po czym zajął miejsce przy swoim biurku w sąsiedniej sali. Pan Patrys był programistą i jego praca polegała głównie na zaspokajaniu potrzeb klientów. W odróżnieniu od innych zawodów, które zdają się pasować do powyższego opisu, klienci pana Patrysa rzadko wiedzieli, jakie są ich potrzeby i nie byli specjalnie skorzy do zapłaty. — Przynajmniej nie muszę pracować na klęczkach — uzasadniał sobie w duchu słuszność wyboru profesji.
Zapowiadał się Kolejny Dzień Wdrożenia. Pan Patrys nie zdążył się jeszcze oswoić z tą myślą, kiedy do biura wmaszerował pan Nbw. Promieniował wprost energią i zapałem do pracy, tak jak nieboszczyki mają w zwyczaju roztaczać wokół siebie aurę ciepła i przyjemny aromat fiołków.
— Joł — pan Nbw rzucił krótko, zwracając się najbardziej pobożną częścią ciała w stronę kolegi, który w tym samym czasie próbował skorzystać z klawiatury, nie odłamując przy tym lekko odmarzniętych palców.
Niedługo później dołączył do nich pan Sit0, który już od drzwi zanosił się gromkim śmiechem. Z racji faktu, że był poniedziałek, obecni w biurze nie byli do końca pewni, czy przypisywać to trwającemu od piątku upojeniu alkoholowemu, czy może porannym dokonaniom łóżkowym, których szczegółami tak chętnie dzielił się z otoczeniem.
— …ony skandal — zaczął radośnie pan Sit0. Nie czekając, aż ktokolwiek wyrazi zainteresowanie powodem tej dygresji, kontynuował — wczoraj na …onej imprezie poznałem świetnych ludzi. Musiałem się prawie czołgać do …onego domu!
Tym razem nie będzie o kobietach — odpowiedział mu w duchu pan Patrys. Nie był do końca przekonany, czy przyjął to za dobry omen, czy było to zwykłe stwierdzenie faktu. W tej chwili nie miał możliwości poświęcić się zgłębianiu zagadnienia, gdyż ktoś właśnie klepnął go w plecy, a z prawej strony głowy wyraźnie sterczała wyciągnięta dłoń. Z natury nie był człowiekiem, który macha sobie ręką wokół głowy, więc ta niewątpliwie należała do kogoś innego. Przyczepionym do kończyny okazał się pan Jarv, który z uśmiechem na ustach spoglądał z góry na fotel pana Patrysa.
— Cześć, chłopaki — powiedział w stronę już obecnych, starając się jednocześnie wykrzesać z siebie optymizm zupełnie nie pasujący do wskazywanej przez zegar godziny — myślałem, że już tu nie dotrę przez te cholerne plecy i kolana. — Pan Jarv miał osobliwy charakter, który pozwalał mu w jednym zdaniu narzekać na reumatyzm, wychwalać tylnie części ciała mijanych kobiet, a jednocześnie dzielić się ze światem nowinami na temat produktów pewnej firmy, która na szyldach umieszczała nadgryziony owoc.
Nowa Firma pracowała pełną parą. Zgrzyt przesuwanych po stołach myszek, szum licznych wiatraków i szczęk klawiatur, gdzeniegdzie przetykany cichym pochrapywaniem pana Sit0, nie pozostawiały cienia wątpliwości, iż była to firma o profilu informatycznym.
— Druga zmiana wita dzielnych bojowników — rzucił radośnie pan Emes, który miejsce przy swoim biurku zajął w okolicach godziny czternastej. Był to jego przywilej z racji prowadzenia własnej działalności gospodarczej. Niektórzy zazdrościli mu tego, inni długich dreadlocków, które ściął jesienią. Pan Emes nie przejmował się wszechobecną zazdrością i z ironicznym uśmiechem zapytał — Luke nie dzwonił jeszcze, żeby nam dostarczyć więcej roboty?
Śmiech ustał momentalnie, gdy w minutę później zadzwonił telefon. Zdawało się, że pan Luke, choć przebywał w innym kraju i od biura dzieliło go co najmniej jedno morze, przysłuchiwał się całej rozmowie i poczuł się wywołany do tablicy. — Tak? Cześć, Luke — do słuchawki przemówiły plecy pana Nbw, którego biurko usadowione było tyłem do całego pomieszczenia — …jakie poprawki? — Na dźwięk tych słów nawet pan Sit0 odzyskał przytomność i przyjął pozycję mniej-więcej siedzącą, jeśli nie liczyć stóp znajdujących się na wysokości głowy.
Pan Nbw, skupiony na rozmowie, opuścił powoli pomieszczenie i zwiastującym nieszczęście krokiem wyszedł z telefonem na korytarz. Nawet jeśli krok ten nie wróżył katastrofy dla firmy, to niechybnie mógł stać się przyczyną choroby, zważywszy, że buty pana Nbw pozostały pod biurkiem. Po chwili człowiek z telefonem wrócił, w jego minie zaś wyczytać można było w równym stopniu temperaturę podłogi na zewnątrz, co niezadowolenie ze zgłoszonych poprawek.
— Cóż, panowie, trzeba będzie to jakoś obejść — zawyrokował pan Nbw. — Mam pewną koncepcję, zdecydowanie najlepiej będzie zrobić to na szybko i wrócić do innych zajęć. — Trzeba tu dodać, że inne zajęcia pana Nbw obejmowały między innymi instalowanie przeróżnych systemów operacyjnych na wszystkich trzech komputerach, które znajdowały się przy jego biurku oraz kolekcjonerstwo. Proszę tu nie myśleć o tak przyziemnych rozrywkach jak numizmatyka czy filatelistyka. Pan Nbw stworzony był do celów wyższych niż znaczki, a kubki po herbacie i styropianowe opakowana po jedzeniu na wynos również od monet były znacznie większe.
— W obejściach to się zwierzęta trzyma, zrobimy to po ludzku — powiedział znacząco pan Patrys. Należał do ludzi, którzy bardzo nie lubią się denerwować i unikają tego jak ognia. Nie lubił do tego stopnia, że gdy tylko poczuł zdenerwowanie, robił się z tego powodu wściekły.
— Nie mamy czasu na to — opierał się pan Nbw.
— Potem dwa razy tyle czasu będziemy to poprawiać. Żadnych …onych obejść! — podniósł głos pan Patrys.
— …ona racja! — zawtórował mu pan Sit0, który najwyraźniej został obudzony nagłym zamieszaniem.
— Jak chcesz. Coś ci będzie potrzebne? — pan Nbw nie miał najwyraźniej ochoty na kolejną próbę głosu.
Pan Patrys zwrócił się spokojnie w kierunku przeciwległego biurka — Jarv! Musisz mi zrobić do tego projekt. Jarv? — Pan Jarv od dzieciństwa nie słyszał na jedno ucho. Z zawodu był grafikiem, więc nie przeszkadzało mu to zbytnio. Właściwie, jeśli mówiło się do niewłaściwej strony pana Jarvisa, to nie przeszkadzało mu to wcale. — Halo?
— Co chcecie? — Pan Jarv zareagował ostatecznie na natarczywe wymachiwanie kończynami nad monitorem w wykonaniu pana Patrysa — mon, może siądziemy do tego jutro, bo już jest po osiemnastej?
— …ona racja! — ponownie do rozmowy włączył się pan Sit0, tym razem w pozycji pionowej, pakując jednocześnie stacjonarny komputer do plecaka. — …ona racja! Do jutra, chłopaki.
Tak upłynął kolejny poniedziałek, kiedy to Nowa Firma w pocie czoła starała się jak najlepiej wykonać pracę, którą wszak lubiła, i jak najbardziej polubić pracę, którą faktycznie wykonywała.
Jeśli musicie iśc na ten film, to weźcie dużo dobrego piwa i najlepiej coś do palenia. Nie wątpię, że pół sali poszło tam tylko i wyłącznie ślinić się na widok renderingów gołej czterdziestolatki, ale niektórzy mieli nadzieję zobaczyć film na poziomie.
Cóż, ciekawa muzyka. Właściwie tutaj kończą się zalety nieszczęsnej ofiary ery CG. Maverick twierdzi też, że modele ładne, ja dalej upieram się przy zdaniu, że bliżej im do Shreka z gumowymi łokciami i plastelinową posturą, niż do żywych ludzi. Final Fantasy wypadł o niebo lepiej.
Animacja jest strasznie nierówna. Mamy ładne ujęcia z dynamiczną kamerą, a za chwilę widzimy oddział konnych, który gorzej wypadłby tylko, gdyby konie przez megafon krzyczały patataj,
a jeźdźcy rytmicznie uderzali o siebie łupinami kokosów. Panowie, toż w World of Warcraft
są naturalniejsze sekwencje jazdy na przeróżnej menażerii.
Mimiki w zasadzie brak, poza dwoma-trzema postaciami. Taniej było wszystkim przykleić tonę zarostu. Oszczędzili tylko brodę królowej, czemu zawdzięcza swój subtelny urok Arnolda Schwarzeneggera połączony z urodą Piasta Kołodzieja (z dokładnością do płci i fryzury).
Stroje z epoki? Z jednej strony dobrze, że autorzy nie ubrali królowej w stringi i top, co ostatnio zdarza się nawet w reklamach proszków do prania, z drugiej strony mało nie umarłem na widok czarownicy w szpilkach. Litości.
Z pewnością widziałem w życiu gorsze filmy, ten przynajmniej trzymał się fabularnie blisko pierwowzoru, ale mam nieodparte wrażenie, że konsole Xbox 360 i PlayStation 3 mogłyby go renderować w czasie rzeczywistym przy znacznie lepszym odwzorowaniu tak modeli i tekstur, jak samych animacji. Najlepszym dowodem na to jest choćby Heavenly Sword, którego zakup serdecznie polecam.
Nie interesuje mnie, czy bazujecie na jądrze Solarisa, Linuksa, czy może BSD. Jeśli chcecie naprawić jakiś pakiet — bo się nie buduje
— droga wolna — lokalne patche są często potrzebne.
Jeżeli zaś chcecie rozbudować program, czy ogólniej zmienić jego działanie, to róbcie to upstream. Gdyby każdy obywatel forknął każdy używany projekt i gdyby nawet wasze dzieci — i nie mówcie mi, że nie macie, bo zawsze możecie mieć (sprawdzić, czy nie ksiądz) — to byśmy żyli w takim burdelu, że wolałbym używać Windowsa.
Winni nie muszą się zgłaszać, bo pewnie nie czytają tego bloga. Podejrzewam też, że nie znają polskiego — tak, jak ja pospołu z autorami nie znam łatek nakładanych lokalnie. Przodują w tym panowie z Ubuntu, trzon peletonu stanowią zaś Novell, Sun i RedHat. Każdy z dużych ma generalnie w dupie, że autor pakietu nigdy nie dowie się ani o błędach, które załatali zainteresowani, ani o oczekiwaniach użytkowników.
Długofalowy efekt jest taki, że w Ubuntu wszystko działa inaczej, niektóre aplikacje mają problemy, które Novell u siebie poprawił trzy lata temu, a użytkownik nie ma się komu poskarżyć, bo przecież autor programu za cudze łaty spowiadał się nie będzie, autor zaś łatek od dwóch lat pracuje pewnie dla innej korporacji. Nie uwierzycie pewnie, ile radości sprawia szukanie łat w repozytoriach innych dystrybucji, kiedy bugzilla danego projektu świeci pustkami.
Postscript: Byliśmy dzisiaj w kinie na trzeciej części Resident Evil.
Streszczenie filmu:
- Cela
- Cube 2
- Mad Max
- Szklana Pułapka
- www.Strach
- Mad Max
- Ptaki
- X-Men
- Mission: Impossible
- Gwiezdne Wojny
- Mad Max
- Pitch Black
- Liga Niezwykłych Dżentelmenów
- Star Trek
- X-Men
- Cube 2
- Matrix
Warto obejrzeć, poważnie. Brakowało mi tylko Generała Daimosa.
Wszystkim, którzy pamiętali, dziękuję za tonę spamu na komórkę, który otrzymuję systematycznie od rana (właściwie to zacząłem otrzymywać jeszcze przed wyjściem z knajpy). Tak, to prawda, moje ostatnie prawdziwie nastoletnie urodziny (bo i jak komuś wytłumaczyć, że ma się A-naście?).
Jeśli jeszcze nie zorganizowaliście przyjęcia niespodzianki, to do wieczora macie szansę podjechać do mnie z tortem pełnym striptizerek. Pomysłów na prezent daleko szukać nie trzeba. Holler at me! ;)
Jestem szczęśliwym posiadaczem dwóch konsol — PlayStation 2 i PlayStation 3. Byłbym jeszcze szczęśliwszy, gdybym posiadał jeszcze więcej gier. Oczywiście, wychowałem się z joystickiem w ręce i pewnie mógłbym z radością przebrnąć przez wszystkie wydane tytuły, ale jest jeden problem.
O ile mordowanie tłumów za pomocą katany Onimushy i kopanie raperskich tyłków w DefJam Icon sprawia mi wiele radości, często zdarza się sytuacja, w której w pokoju znajduje się mnoga liczba potencjalnych partycypantów zabawy, toteż dobrze byłoby uruchomić coś mniej zobowiązującego niż Dragon Quest 8 i mniej angażującego intelektualnie od Okami. Nie każdy też chce przed zabawą nauczyć się wszystkich 100+ ciosów wybranej postaci w Tekkenie.
Jak zapewne domyślacie się, w potrzeby idealnie wpasowuje się Katamari, mam też oczywiście Super Rub ‘a’ Dub, ale gdzie dalej? Kiedy przeglądam ofertę, to wydaje mi się, że wydawcy gier na Xboksa i PS3 uznali, że skoro konsole mają świetną grafikę i dostęp do internetu, to ludzie przestali się spotykać przy piwie.
Drogi lazywebie, szukam gier, w które można pograć na jednej konsoli i przy jednym telewizorze. Tak, wiem, że Warhawk ma tryb dzielonego ekranu nawet dla czterech graczy, jednak nie spełnia powyższych wymagań. Tak, też czekam na LittleBigPlanet i Beautiful Katamari. Pomóżcie ;)
Riddle pisał o iPhonie. Starał się przedstawić swoje stanowisko obiektywnie, czy mu się to udało — nie mnie oceniać. Chciałem za to napisać coś o elektronice użytkowej z mojego punktu widzenia.
Nie mam iPhona
Nosiłem się z zamiarem jego zakupu jeszcze w sierpniu. Na przełomie września i października, firma, której nazwę na nasz ojczysty można by przetłumaczyć jako smutek,
zapowiedziała, że owa jednoczesna premiera nowych urządzeć na rynkach wszystkich krajów
oznacza mniej więcej tyle, że w Polsce iPod Touch pojawi się nie wcześniej niż w grudniu, a iPhone może kiedyś się pojawi. W tym momencie zrezygnowałem też z zakupu nowego iPoda.
Coś mnie powstrzymało
Szybko okazało się bowiem, że nowe urządzenia działają tylko pod kontrolą iTunes. W przypadku iPoda jest to tylko kwestia aktualizacji algorytmów zapisujących iTunesDB (Apple dodało dwie sumy kontrolne) w stabilnych wersjach oprogramowania. W przypadku iPhona oznacza to konieczność uprzedniego odceglenia
sprzętu, co oznacza także pożegnanie się z naprawami gwarancyjnymi.
Nie jestem aż tak wielkim fanem rozwiązań firmy z nadgryzionym jabłkiem w logotypie. Apple to użyteczność, zaś ta ostatnia nie kojarzy mi się ze ściąganiem sprzętu z eBaya i koniecznością crackowania go przez SSH. Jestem szczęśliwym posiadaczem drugiego już iPoda Nano (kolejno pierwsza i druga generacja) i nie wymaga on ode mnie niczego ponad podłączenie go do komputera. Razem z innymi zwolennikami oprogramowania opensource staraliśmy się, żeby korzystanie z iPoda było tak samo przyjazne na platformach *niksowych. W przypadku nowych urządzeń, Apple nam to utrudnia.
Nie żałuję
Mam przyjemność znać posiadaczy zarówno iPhona, jak i iPoda Touch. Jedni i drudzy posiadają również starsze modele iPodów, co pozwala lepiej ocenić zmiany. Nazwanie iPhone produktem rewolucyjnym to stanowcza przesada. Ewolucyjnym — a i owszem, do rewolucji wymagana jest jednak innowacja.
Wszyscy użytkownicy dotykowych urządzeń — niczym jeden mąż — narzekają na brak kółka. Kocham swój click wheel. Pozwala mi sterować iPodem w kieszeni za pomocą jednego palca. Pozbycie się płynnego przewijania precyzyjnym kółkiem na rzecz dotykowego suwaczka długości paru centymetrów jest dla mnie ogromnym krokiem wstecz w dziedzinie interfejsu przenośnych odtwarzaczy. Jeśli 30-minutowy podcast podzielić na 200 pikseli suwaczka, szybko okaże się, że przewinięcie pliku o mniej niż 10 sekund wymaga precyzji na poziomie jednego piksela.
Co zamiast?
Dziś planuję już zakup Nseries N810 — urządzenia otwartego, działającego pod kontrolą wolnego oprogramowania. Sprzęt? GPS, sieć bezprzewodowa, Bluetooth, czytnik kart i ekran dotykowy. A do tego system oparty o GNU/Linux, Maemo, Avahi (protokół Bonjour, którym Riddle zachwycał się w komentarzach) i pełna swoboda doboru aplikacji (w tym przeglądarki oparte o Gecko i WebKit).
Oczywiście jest też pełne wsparcie dla multimediów, ale nie będę o nim wspominał, bo dla mnie ekran 5″ to o co najmniej 20″ za mało, żeby oglądać na nim filmy. Moje oko cieszy od niedawna ciekłokrystaliczny 32″, do którego podłączone są PlayStation 2 i odtwarzacz Kiss DP-1000. Ten ostatni kupiłem dawno temu i gdybym miał dziś wybierać, zdecydowałbym się na któryś z droższych modeli Kissa — brakuje nieco obsługi sieci. Do słuchania muzyki używam iPoda Nano, a z przesiadką na jakikolwiek telefon poczekam. I będę tak czekać, aż do masowej produkcji wejdą słuchawki studyjne z mikrofonami dla telefonów.
Właśnie, co z telefonem? Cóż, jako wierny fan Sony Ericssona, przedwczoraj zmieniłem wysłużonego K700i na nieco nowszy K800i. Tutaj, w przeciwieństwie do iPhona, 3G działa ;)
Pewnie sporo z was zauważyło, że wizyty na moim blogu kończyły się ostatnio przepięknym komunikatem 500 Internal Server Error.
Okazało się, że po którymś upgradzie na serwerze, wtyczka OpenID przestała działać i razem ze sobą do grobu pociągnęła cały serwis.
Dzisiaj zebrałem się i zrobiłem upgrade tak wtyczki, jak i całego WordPressa. Wszystko powinno już działać bez zarzutu.
Przez cały ostatni semestr studiów pojawiłem się na uczelni tylko raz — żeby podbić legitymację. Semestr do powtórzenia. Okazało się jednak, że nie mogę powtórzyć semestru bez rozliczenia karty egzaminacyjnej, której nie mogę uzyskać bez podpisu promotora.
Problem polegał na tym, że nie wybrałem też promotora. Chciałem z tego miejsca podziękować doktorowi Pawłowi Myszkowskiemu z Instytutu Informatyki Stosowanej Politechniki Wrocławskiej, który — mimo półrocznego opóźnienia — zgodził się mnie promować.
Pozostało jeszcze złożyć temat pracy w dziekanacie (w środy nieczynne) i można starać się o przywrócenie na studia. Dziekanat oczywiście kocha mnie inaczej, ale mam nadzieję, że się uda.
Tytuł pracy — Tworzenie aplikacji internetowych w Pythonie z użyciem Django. Zanosi się na książkę, wstępny szkic spisu treści ma 104 wiersze. Trzymajcie kciuki ;)


Ostatnie komentarze