Archiwalia w kategorii 'web'

DreamHost zaprasza

Właśnie dostałem maila od obsługi DreamHosta. Dostałem (pewnie podobnie jak reszta) pięć zaproszeń. Szczegóły poniżej (celowo zostawiam ostatni punt, żeby nikt nie pomyślał, że staramy się kogoś naciągnąć):

… they will get all these super special advantages not available any
other way:

  • They will get four (4) times the normal disk and bandwidth!
  • If they choose our five-year plan, they’ll get $150 off!
  • If they choose our ten-year plan, they’ll get $200 off!
  • YOU will still earn a full $97 for each person who signs up!

Jeśli ktoś jest zainteresowany i chciałby wspomóc GeneratedContent, to namiary można zostawić w komentarzach albo wysłać na adres patrys at pld-linux org.

Spisek przeciwko Blipowi?

Z całym szacunkiem dla reuptake, nie bardzo widzę sens jego ostatniej notki. Vagla pisze bardzo sensownie i nie jest to tekst poświęcony w połowie twitterowi i 100 innym rzeczom. Vagla wskazuje na to, co dzieje się z pierwowzorem Blipa i co któregoś dnia może spotkać i wersję polską. Właściwie pokazał, że już pojawiły się pierwsze (bez względu na to, czy to żart) próby wykorzystania API serwisu do wydobywania prywatnych informacji.

Jasne, można się spierać o to, że przecież serwis wyraźnie zaznacza, że cała treść jest publicznie dostępna. Problem w tym, że ludzie bez wiedzy informatycznej mają na ten temat swoje własne wyobrażenia. Kto z szarych blipowiczów jest świadom faktu, że raz wysłana i usunięta wiadomość mogła w międzyczasie zostać zindeksowana za pomocą API przez niezależny serwis? Ile osób wie, że treści wysłane na Blipa mogą nagle pojawić się w wynikach wyszukiwania Google? Na przykład podczas rutynowego sprawdzania potencjalnych kandydatów do pracy?

To co dziś jest prywatną opinią w zamkniętej dyskusji lub żartem wysłanym do kolegi, wyrwane z kontekstu może nieoczekiwanie zaatakować w trakcie rozmowy kwalifikacyjnej w postaci pytania dlaczego uważa Pan, że nasz kluczowy partner jest — cytuję — do dupy? To są rzeczy, o których mało kto teraz myśli. Do złudnego poczucia prywatności przyczynia się też funkcja usuwania wysłanych wcześniej statusów. Jest bardzo użyteczna w przypadku poprawiania literówek, ale na niewiele zda się, gdy przypadkiem chlapniemy więcej, niż chcielibyśmy powiedzieć stojąc z megafonem na dachu pobliskiego targowiska.

Na Blipie prywatność nie istnieje, nie da się jej też nic stamtąd skutecznie usunąć i trzeba się z tym pogodzić. Jeśli masz wstydliwy sekret, to użyj telefonu albo komunikatora z silnym szyfrowaniem. Proste — w teorii. Problem oczywiście leży gdzie indziej. Ludzie zawsze będą strzelać sobie w stopę, niezależnie, czy damy im do ręki komputer, czy flamaster, o czym dobitnie świadczą własne numery telefonów komórkowych, pozostawiane na przystankowych wiatach przez siedemnastoletnie krejzolki i hasła do przeróżnych systemów informatycznych, pieczołowicie przyklejane na żółtych karteczkach do biurowych monitorów.

Chyrpa nie będzie

Jak w tytule. Aleksowi Chyrp się znudził, planowany system szablonowy (twig) nigdy nie został skończony. Sam projektu ciągnął nie będę, bo nie mam dostępu do całej infrastruktury i jestem uzależniony pod tym względem od głównego autora, a bez silnika szablonowego nawet nie mam co marzyć o doprowadzeniu kodu do czystości.

Cytując naszą niedawną rozmowę: czekam tylko, aż zainteresowanie spadnie na tyle, żeby zamknąć projekt. Trudno, taki los przyjemnych projektów. Jeśli ktoś jest zainteresowany kontynuacją projektu (zapewne pod inną nazwą, chociaż jeszcze nie pytałem autora o zdanie) z zachowaniem licencji GPL 3, to poprzedni maintainer (czytaj: ja) służy pomocą. Oferty ze zdjęciem zostawiajcie w komentarzach. Już nie mogę się doczekać tych setek piszczących z podniecenia nastolatek.

To tyle, proszę wycieczki, kierunek dalszego zwiedzania wskazują strzałki na podłodze.

Wywiad: Mapness.net

Kilka dni temu miałem okazję zaprosić do rozmowy twórców niedocenianego na Polskich blogach serwisu, wynik do obejrzenia poniżej. Rozmawiali ze mną Michał Popielnicki (MP) i Tomasz Sieroń (TS) z ekipy mapness.net.

Mapness logo

PZ: Są tu ze mną Michał Popielnicki i Tomek Sieroń z zespołu odpowiedzialnego za serwis mapness.net, witam was serdecznie.

MP: Cześć. Gorąco pozdrawiamy wszystkie czytelniczki.

PZ: Mało u nas słychać o Mapness, może więc na początek powiecie nam coś o samym serwisie?

TS: Nasz projekt to internetowy dziennik podróży i social journey planner.

MP: Na tym etapie Mapness to internetowy dziennik podróży, jednak mamy plany by stał się w przyszłości czymś znacznie większym.

TS: Zgadza się, dziennik podróży to przede wszystkim relacjonowanie swoich wojaży i dodanie do tego opisow, fotek, filmów. Chcemy, by Mapness mogło również służyć za “social planner” - osadzone w kontekście społeczności podróżniczej narzędzie do planowania palcem po mapie.

PZ: Co da użytkownikom taka możliwość planowania?

TS: To lekarstwo na agencje turystyczne online, które pokazują kilka mini fotek plaży i dwa paragrafy tekstu i oczekują, że na tej podstawie klient zdecyduje się na wybór wycieczki czy dwutygodniowych wakacji.

MP: Chcemy, by użytkownik miał możliwość dokładnego zaplanowania podróży, z uwzględnieniem najdrobniejszych szczegółów i dostępem do informacji, jakimi dzielą się inni.

PZ: Czy projektem zajmujecie się we dwóch?

MP: Tomek jest odpowiedzialny za projekt interakcji, za część serwerową odpowiedzialny jestem ja i nieobecny dziś Wojtek Kosiński.

TS: Napisałem też większość JavaScriptu, który przejął teraz Michał.

MP: Też mi coś. Wcale nie większość! (śmiech)

TS: Jak widać, zespół jest zgrany i świetnie się dogadujemy.

PZ: Z tego co wiem, projekt działa od kilku miesięcy. Wy znacie się znacznie dłużej, prawda?

MP: Tak, będzie tego dziesięć lat, z przerwami na trzeźwienie (śmiech).

TS: Wszyscy pochodzimy z jednego osiedla w Lublinie - na dalekim wschodzie kraju.

PZ: Dlaczego więc zaczęliście wspólny projekt dopiero teraz?

MP: Myślę, że musieliśmy do tego dorosnąć, po skończeniu studiów pojawiła się taka możliwość, więc staramy się ją wykorzystać.

TS: Tak, zwłaszcza, odkąd skreśliliśmy nasz pewniak, serwis randkowy (śmiech).

PZ: Jak zaczęło się życie Mapness?

TS: Michał jest motocyklistą, pomysł przyszedł mu do głowy, kiedy kolejny raz wyznaczał trasę, wbijając szpilki w mapę rozwieszoną na tablicy korkowej.

MP: To prawda, na początku chciałem zbudować narzędzie tylko dla siebie, ale szybko okazało się, że mamy masę pomysłów.

TS: Uznaliśmy, że pomysł ma duży potencjał, nie tylko dla motocyklistów, ale dla każdego, kto podróżuje lub chce to robić.

MP: Można pokazać znajomym, gdzie się było, dołączając zdjęcia do poszczególnych etapów wyprawy, ale można też zaplanować trasę przyszłej wycieczki.

TS: Szukaliśmy pomysłu, który pozwoli nam ruszyć z własnym startupem i pomysł Michała okazał się dla zespołu strzałem w dziesiątkę.

PZ: Można więc powiedzieć, że chociaż szukaliście pomysłu na biznes, serwis powstał z potrzeby rozwiązania problemu. Czy żadne z narzędzi konkurencyjnych nie było dość dobre?

TS: Musimy się przyznać, że na początku znaliśmy tylko część naszych konkurentów. Stwierdziliśmy, że ich oferta jest średnia - blogi z pseudopodróżniczą metką. O reszcie dowiedzieliśmy się po fakcie, kiedy przygotowywaliśmy nasz biznesplan, a także w trakcie rozmów z ludźmi z branży.

MP: Choćby po naszej prezentacji na 3camp okazało się, że podobne serwisy wyrastają jak grzyby po deszczu. Obecnie śledzimy ponad dwadzieścia z nich, dość wnikliwie, ze względu na ich podobieństwo do naszego projektu.

TS: Na szczęście konkurencja traktuje mapy jako dodatek, podczas gdy u nas stanowią podstawę. Są osią, na której dopiero przedstawiana jest relacja bądź plan podróży.

PZ: Nie boicie się konkurencji?

MP: Największym zagrożeniem są dla nas serwisy, za którymi stoi duży kapitał albo ogromna maszyna marketingowa. Z nimi nie wystarczy konkurować na poziomie oferowanych funkcji czy użyteczności.

PZ: A co z naprawdę dużymi firmami?

TS: Z Google konkurować nie zamierzamy, bo to z góry przegrana bitwa (śmiech). Wiemy natomiast, że giganci pokroju Google oferują bardzo ogólne rozwiązania, które do wielu zastosowań wymagają zbyt wiele ze strony użytkownika. Proponując wersję dopasowaną do konkretnego zastosowania, wychodzimy naprzeciw potrzebom naszej grupy docelowej. Jesteśmy mali i zwinni, szczególnie Michał (śmiech), dzięki czemu łatwo możemy dostosować się do zmieniających się potrzeb i to jest nasza zaleta w stosunku do gigantów.

MP: Nie jesteśmy też związani szczegółowymi kontraktami, dzięki czemu możemy wprowadzać narzędzia ułatwiające integrację z innymi serwisami, na co duże koncerny nie mogą sobie pozwolić.

PZ: Jak wyglądają wasze dalsze plany rozwoju? Czy możemy liczyć na API? Integrację z odbiornikami GPS? A może śledzenie trasy na żywo?

MP: Tak, to wszystko mamy w planach, a także wersję mobilną.

TS: Urządzenia przenośne uważamy za istotny etap naszego rozwoju, tam właśnie widzimy przyszłość sieci.

PZ: W Polsce może to stanowić problem, bo pod tym względem stanowimy chyba niewielki rynek?

TS: Zgadza się, w Polsce na samych mobilnych rozwiązaniach oprzeć swój biznes i zarobić mogą tylko najwięksi. Dla polskich użytkowników serwisu nasza oferta dla urządzeń przenośnych będzie stanowić rozwiązanie komplementarne, ale nie skupiamy się tylko na polskim rynku. Szlaki mamy już przetarte zarówno w Stanach, jak i w Azji.

MP: Z dodatkowych funkcji, chcemy wprowadzić także możliwość geolokowania autora relacji za pomocą nadajników sieci komórkowych jako alternatywy dla GPS.

TS: Możesz się również spodziewać, że już niedługo, po powrocie z wyjazdu, twój telefon zapyta cię, czy chciałbyś umieścić całą przebytą trasę na Mapness. Oczywiście także z możliwością relacjonowania live przez GPRS i inne dostępne w podróży metody łączności.

PZ: Waszym celem jest zatem cały świat, ciężko jednak jednocześnie prowadzić działania promocyjne na tak dużym terenie. Gdzie teraz skupiacie swoje zainteresowanie?

TS: W początkowej fazie skupiamy swój marketing tu, gdzie mamy najwięcej kontaktów i najszersze możliwości. Do tej pory była to Polska i UK, głównie ze względu na to, że jesteśmy ograniczeni własnymi funduszami.

MP: Widzimy duży potencjał w rozwijających się ciągle rynkach turystyki online w Europie i USA. Do tego trzeba jednak funduszy, a jeszcze do niedawna projekt rozwijany był tylko po godzinach, w garażu (śmiech).

TS: Teraz ja odszedłem z pracy, cały swój czas inwestujemy w rozwój projektu. Rozmawiamy również z inwestorami, którzy umożliwią nam zrealizowanie naszych celów.

PZ: Myśleliście o sprzedaży usług dla wielu różnych marek, czy może o jednym strategicznym inwestorze?

MP: Kierować się chcemy raczej w stronę współpracy z obecnie liczącymi się graczami sektora turystyki online. Chcemy, by Mapness stało się kolejnym kanałem sprzedaży ich usług, jednocześnie zwiększając wartość serwisu dla społeczności.

TS: Dokładnie. Chcemy połączyć wiedzę użytkowników tworzących społeczność podróżników z odpowiednio dobranymi ofertami firm działających w tej branży.

PZ: Czy to znaczy, że w serwisie pojawi się sponsorowany content lub reklamy?

MP: Szukamy takiego inwestora, który pozwoli nam rozwinąć produkt technologicznie, pozwalając na zdobycie dodatkowych rąk do pracy, a jednocześnie prowadzić działania marketingowe, dzięki którym przekroczymy tipping point i masę krytyczną niezbędną do przetrwania na rynku.

TS: Bardziej od tradycyjnych reklam podoba nam się pomysł powiązania treści tworzonych i zarządzanych przez społeczność z odpowiednio dobranymi ofertami firm zewnętrznych.

PZ: Mimo dużych planów mało o was słychać w polskiej sieci?

MP: Niestety. Ostatnio ruszył szeroko opisywany przez polską blogosferę Kolumber. My jesteśmy w sieci od połowy grudnia, ale nie zostaliśmy jeszcze przez nikogo opisani. Najpopularniejsi jesteśmy w Belgii, gdzie opisał nas jeden z bardziej poczytnych blogów. Dalej USA i Polska, ale tu, co by nie mówić, szału nie ma (śmiech).

TS: Z dwóch opcji, wolimy dopracowywać serwis, niż na siłę szukać rozgłosu. Myślę, że znalezienie inwestora dużo na tym polu zmieni. Dość powiedzieć, że liczba unikalnych wizyt w stosunku do zeszłego miesiąca wydłużyła się o jedną cyfrę, jesteśmy dobrej myśli.

PZ: Wróćmy jeszcze do historii. Wspomnieliście, że znacie się od dziesięciu lat, jak to wpływa na wasze wzajemne stosunki?

TS: Zaczęło się od gier RPG, potem staliśmy się nierozłączni. Następnie życie rozrzuciło nas nieco po świecie, ale stale utrzymujemy kontakt i w każde święta alkoholizujemy się w komplecie (śmiech). Wszyscy dookoła twierdzą, że biznes z przyjaciółmi to pomyłka, że nie należy nigdy łączyć przyjaźni i pieniędzy. Dla nas to trochę zabawne, bo nie dość, że nie mamy z tym problemów, to dodatkowo bardzo nam to pomaga.

MP: Obcego człowieka ciężko odpowiednio zmotywować, jeśli wiesz, co mam na myśli. Starego kumpla wystarczy opieprzyć, że jest leniwą łajzą (śmiech).

TS: Nie zawsze słyszy się same miłe rzeczy, ale silna interakcja między członkami zespołu daje dużego kopa, jeśli chodzi o nastawienie do projektu.

PZ: A okres studiów? Czy uważacie, że warto było je kończyć?

MP: Moim zdaniem nie warto. Najważniejsze umiejętności są jednak kwestią zacięcia i samodoskonalenia. Reszta to doświadczenie zawodowe, którego na studiach nie znajdziesz.

TS: Trudne pytanie. Ja kończyłem inżynierię biomedyczną na Politechnice Gdańskiej. O inżynierii nadal wiem niewiele, została mi tylko mammografia, którą praktykuję w ramach hobby (śmiech). Myślę, że najważniejsze, co dają studia, to kontakt z ciekawymi ludźmi i cały aspekt socjalny, jaki się z tym wiąże. Pieniądze i praca to nie wszystko.

PZ: Na koniec pozostaje mi spytać, jakie to uczucie, zbudować swój pierwszy poważny startup?

TS: Dużo dobrej zabawy. Przez pierwszych kilka miesięcy każdy z nas robił w Mapness tylko to, co lubi. Potem bum! Biznesplan, projekcja dochodów, kosztów, bilanse, marketing - mniej dla nas przyjemne, ale dużo się uczymy. Ważna jest też umiejętność radzenia sobie z konfliktami, jakie wynikają w trakcie wspomnianych przygotowań. Trzeba umieć zażegnać je, zanim się rozwiną i staną się realnym problemem. Na początku to wydają się drobne rzeczy, ale kiedy z kolegami spędzasz w miesiącu więcej nocy niż ze swoją dziewczyną, to konflikty stają się nieuniknione (śmiech).

MP: Nadal ze sobą wytrzymujemy i to jest najważniesze. Reszta to realizacja naszych marzeń i ostateczne opanowanie świata (śmiech).

PZ: Dziękuję za rozmowę i pozdrawiam serdecznie, życząc sukcesu.

YellowGreen poprawione

Narzekanie to moja specjalność, ale żeby pozostać sprawiedliwym, muszę wspomnieć, że usterkę, którą zgłosiłem wcześniej, usunięto błyskawicznie. Tak, zgłosiłem swojego bloga ponownie i tak, został przyjęty, ale nie — nie piszę tej notki w związku z jakimś wewnętrznym regulaminem, który nakazywałby słodzenie w całej Sieci.

Piszę dlatego, że sieci reklamowych ci u nas dostatek — są i takie, które celują wyłącznie w blogi — ale żadna nie potrafi się przebić. Przed YellowGreen mieliśmy oczywiście Krytyków ze sponsorowanymi recenzjami produktów. Bardzo spodobał mi się ich regulamin, ale ten blog niespecjalnie może aspirować do szeroko pojętego recenzowania. Z jednej strony ciężko mi sobie wyobrazić siebie z kartonem próbek perfum czy setką loginów do webappsów dla garncarzy (łeb-dwa-zera nadciąga); z drugiej strony, kto wie, może któregoś dnia Apple poprosi o ocenę współpracy nowej generacji iPhonów z systemami linuksowymi (hint: nie współpracują prawie wcale)?

Żarty na bok. Jak wspomniałem, agencji reklamowych jest wiele, ale konkurencja raczej znikoma. Zdaje się, że briefingi większości podobnych projektów zaczynają się od słów to przecież blogosfera, sami do nas przyjdą, a potem coś wymyślimy. Owo potem nigdy nie następuje i okazuje się, że nie wystarczy znaleźć strategicznego klienta na toplayery, żeby wzbogacić się na blogach. Nie wystarczy też zgarnąć pół platformy blogowej, by zarobić cokolwiek.

Chciałbym, żeby YellowGreen było inne. By razem z Krytykami pokazali reszcie marketoidów, że blogi to wdzięczne miejsce na reklamę, jeśli podejść do niej z głową. Bo reklama to nie tylko krzykliwe drapacze sidebarów i gadające atrapy niusów. Ważniejsze od irytowania internautów jest zwiększanie świadomości marki, informowanie o mniej oczywistych zaletach, czy pomoc w dobraniu właściwego rozwiązania do konkretnej sytuacji. Zarówno specjaliści w konkretnych dziedzinach, jak i szarzy konsumenci, postrzegani są jako dalece bardziej obiektywne źródło opinii niż najlepsze slogany na billboardach.

Ważna jest forma. Lepszy niż wiodący zwykły proszek mamy już w telewizji, ale tam specyfika mediów zmusza nas do oglądania nawet najgłupszych haseł, jeśli wypadną w połowie ulubionego filmu (dlatego wypadają średnio co 5 minut ulubionego filmu). W internecie pozbyć się reklamy jest banalnie prosto, dlatego próby przenoszenia środków stosowanych w tradycyjnej prasie i telewizji przyczyniają się tylko do popularyzacji adblokerów.

Problemem jest tylko uświadomić reklamodawcom różnicę w nakładzie pracy pomiędzy czytaniem gazety z nożyczkami w ręku a kliknięciem przycisku blokuj w przypadku reklamy w internecie. Z tym, że ów przycisk jest dużo skuteczniejszy od nożyczek, bo na ogół owocuje całkowitą eliminacją wszystkich reklam danej agencji.

Mam nadzieję, że YG nie pójdzie w ślady swych poprzedników i że już niedługo Polska będzie miała swój odpowiednik Project Wonderful czy The Deck. Cóż, powodzenia.

Falstartup: YellowGreen

Yashke opisali nowy serwis, tytułowy YellowGreen. Jest to platforma do sprzedaży przestrzeni reklamowej na blogach. Nic nowego, ale w polskim wydaniu. Chciałem sprawdzić, jak to działa. Bardzo chciałem, ale na chceniu się skończyło.

YellowGreen

Parafrazując starego Windowsa, ten blog nie jest już być prawidłowy. Cóż, nieprawidłowy adres bloga tłumaczy, czemu mam tak niską oglądalność w statystykach, których nie prowadzę. W związku z tym, nawet, gdyby mój adres był prawidłowy, to i tak nie jestem w stanie wypełnić formularza zgłoszeniowego.

Pozostaje czekać, aż budowaniem serwisów zajmą się ludzie, którzy choć blade pojęcie o technologii mają. Albo zgłosić się do starego, dobrego Project Wonderful.

IE8 jednak nie zepsuje sieci

Z ostatniej notki na IEBlogu wynika, że IE8 domyślnie będzie wspierał tryb zgodny ze standardami:

We’ve decided that IE8 will, by default, interpret web content in the most standards compliant way it can. This decision is a change from what we’ve posted previously.

Wcześniejsze zapowiedzi sugerowały konieczność umieszczenia w kodzie specjalnego znacznika, który potwierdzałby, że autor faktycznie życzy sobie taki sposób interpretacji dokumentu. Dlaczego? Przez wersję siódmą przeglądarki, której wydanie okazało się sporym ciosem dla firmy z Redmond. Wiele serwisów (w tym prowadzone przez partnerów Microsoftu) przygotowanych było tylko i wyłącznie dla quirks mode wersji szóstej, tymczasem wersja siódma nauczyła się poprawnie składać dokumenty, co zaowocowało rychłym zepsuciem wadliwych stron.

Microsoft — w obawie przed kolejnymi próbami linczu — postanowił dodać do przyszłych wersji przeglądarek funkcję zamrażania zachowania przeglądarki na poziomie konkretnej wersji, a domyślnym poziomem zgodności dla wszystkich przyszłych wydań miał być właśnie IE7. Oznaczało to dokładnie tyle, że IE8 zachowywałby się dokładnie jak IE7 dopóty, dopóki autor strony wyraźnie nie zaznaczył, że życzy sobie wykorzystać możliwości i poprawki wprowadzone w wersji ósmej.

Na szczęście (po wielkiej burzy, jaka wybuchła pomiędzy autorytetami w dziedzinie standardów) zespół zdecydował się nie psuć Sieci i odwrócić działanie mechanizmu. Jak czytamy na blogu przeglądarki, to autorzy wadliwych serwisów zyskają możliwość zaznaczenia przetwarzaj ten dokument tak, jakbyś był wersją X. W efekcie modyfikacji będą musiały ulec tylko te serwisy, których treść i tak może nie być dostępna dla użytkowników innych agentów (przeglądarek biurkowych i urządzeń do przeglądania służących). Mówiąc krótko — Microsoft sprząta po sobie swoje śmieci i aktywnie wspiera standardy tam, gdzie jest to możliwe.

Złota kreska

Przepraszam wszystkich, którym GoldenLine wysłało dzisiaj/wczoraj tonę spamu, podpisując się jako ja. Od ponad roku nie zapraszałem ani nie próbowałem zapraszać tam nikogo z moich znajomych. Nie pozwoliłem też serwisowi zaimportować żadnej książki adresowej, nie dałem dostępu do GMaila, LinkedIna i ogólnie nikt nie wmówi mi, że w jakikolwiek aktywny sposób przyczyniłem się do zajścia. Podjąłem jednak podstawowe środki prewencji w celu uniknięcia podobnych sytuacji w przyszłości. Usunąłem mianowicie konto z owej krzyżówki Grona i LinkedIn, co i wam polecam zrobić. Zupełnie nie mam pojęcia, do czego mógłby mi się ten serwis przydać.

Chyrp!

Tak się złożyło, że od wczoraj jestem oficjalnym maintainerem Chyrpa. Jego implementacji w PHP dla ścisłości.

Chyrp to lekki silnik, który pozwala wygodnie prowadzić własnego (mikro-/foto-) bloga. Wszystko zaczęło się od tego, że pewien szesnastolatek (tak, szesnastolatek), Alex Suracil, postanowił zrobić WordPressowi konkurencję. Wokół projektu zrobił się mały szum i powstało community. Zaczęły pojawiać się piórka i moduły (odpowiedniki wtyczek), tłumaczenia, skórki, a z czasem pojawiło się pytanie o implementacje dla innych platform.

Ja przejąłem oryginalną implementację w PHP, Alex zaczął prace nad wersją w Rubym, a mitsuhiko pracuje nad projektem twig — implementacją silnika szablonów Jinja w PHP.

Jeśli szukacie czegoś wygodniejszego i lżejszego niż WordPress, to być może właśnie znaleźliście. Oczywiście projekt jest otwarty i z chęcią przyjmiemy kolejnych ochotników. Miłej zabawy!

Kilka słów o serwisie 10przykazań

Sporo osób zauważyło nową wersję 10przykazań. To dobrze. Dziwi mnie nieco tylko, że większość z nich obawia się o starcie naszego małego serwisiku z konkurencją w postaci Blogfroga i Blogboksa.

Naszym celem (a przynajmniej moim) nie jest konkurowanie z kimkolwiek w kategoriach ogólnie pojętej lepszości, 10przykazań powstało z potrzeby rozwiązania konkretnego problemu. W polskiej części Sieci nie było wygodnego narzędzia, które pozwoliłoby śledzić naprawdę dobre blogi. Nie założyliśmy serwisu dla oklasków (z ukłonami w stronę siwych dyrygentów), nie pchamy się do wywiadów i nie szukaliśmy nigdy strategicznych sponsorów. Nie chcę tu sugerować, że nasza konkurencja (dlaczego w cudzysłowie wyjaśnię za chwilę) powstała z pobudek czysto komercyjnych, ale chciałbym, żeby wszyscy zrozumieli, że 10przykazań to nie jest nasza praca.

10przykazań to hobby, które rozwijam w wolnym czasie i które uruchomiliśmy ponownie dlatego, że jest nam potrzebne, a nie dlatego, że ktoś nam za to płaci. Dlatego właśnie prosiłbym o powstrzymanie się od komentarzy z rodzaju 10p ssie, bo mogło być zrobione lepiej. Pewnie, że mogło, ale ktoś musi na to poświęcić swój czas, poszarpać przy problemach technicznych swoje własne nerwy i starać się wykrzesać z siebie odrobinę talentu prywatnie, po godzinach pracy. Jasne, że sam fakt działania serwisu daje masę satysfakcji, ale wszyscy jesteśmy ludźmi, bywamy zmęczeni i mamy swoje życia prywatne (alkohol, kobiety, autobusy, te sprawy).

Jeśli więc uważasz, że można coś poprawić, pomóż nam i naszym użytkownikom. Opisz swój problem, zaproponuj rozwiązanie, przyłącz się, czy zbuduj konkurencyjny serwis. Tak, zbuduj konkurencyjny serwis, nie boimy się konkurencji, bo nasze życie nie zależy od tego, czy 10przykazań zdobędzie milion użytkowników w ciągu pierwszego kwartału rozliczeniowego. Serwis będzie istniał przynajmniej tak długo, jak długo będzie potrzebny trzem użytkownikom — jego autorom. Jeśli twój projekt okaże się lepszy, możesz liczyć na to, że przesiądziemy się jako pierwsi. To innowacja i konkurencja budują Sieć, a nie venture capitals.

Przy okazji pomocy muszę wspomnieć, że 10przykazań to nie tylko ja, nbw i jarv. Szczególne podziękowania należą się z pewnością jioblowi za to, że 10p ma logo i mojemu pracodawcy, ITS Ltd., za to, że utrzymuje serwis we własnej infrastrukturze i pozwala nam na rozwój tego i podobnych projektów w ramach wolnych cykli pracy.

Wracając jednak do konkurencji, porównania są nieszczególnie trafne. Blogfrogowi zawsze bliżej było do Technorati, niż do 10przykazań. Serwis ten zbiera absolutnie wszystko, co tylko przewinie się przez agregator. Z kolei Blogbox zdaje się oferować niewiele więcej niż Czytnik Google czy Netvibes — ot, załóż konto i stwórz swoją Planetę. 10przykazań od początku miało być łatwą metodą na śledzenie blogów, które warto czytać, jakkolwiek subiektywnym nie wydawałoby się to określenie. Chcemy promować blogi, ich autorów i treść, a nie naszych sponsorów i reklamodawców.

Dlatego właśnie nie publikujemy pełnych treści notek, dlatego właśnie nie otwieramy blogów w pływających ramkach, dlatego właśnie nie wymuszamy czytania notek w nowych oknach. Dlatego w końcu nie pozwalamy komentować notek — nie jesteśmy wykopem i komentarze mają swoje miejsce na blogu autora, pod oryginalnym postem.

Oferujemy za to możliwość tworzenia własnych kanałów z aktualnościami, powiadomienia o notkach za pomocą sieci komunikacyjnej Jabber i przegląd aktualności dla użytkowników Blipa, a autorom treści dajemy wsparcie dla XML-RPC, dzięki czemu publikowana treść może docierać do czytelników na bieżąco. W planach mamy dalszą rozbudowę serwisu, pojawi się między innymi możliwość zarządzania własnymi blogami (i niezbędna w związku z tym funkcja przejmij bloga), dostęp do kolejki zgłoszonych blogów i głosowanie na najbardziej wartościowe pozycje (dla właścicieli blogów już agregowanych). Bardzo prawdopodobne jest, że powyższą listę uwieńczy udostępnienie pełnego, otwartego kod źródłowego serwisu (niech to będzie dowodem, że konkurencja jest dobra).

Tymczasem zapraszam do zabawy nową wersją 10przykazań, zgłaszania nam błędów i niedociągnięć, dodawania nowych blogów do kolejki, a przede wszystkim życzę dużo ciekawej treści do czytania :)