Archive

Wolny Tybet, wolne żarty

Cieszą mnie bardzo kolejne blogowe akcje. Są niezwykle wymowne i barwne. Coś na kształt pielęgniarek strajkujących w sanatorium. O czym mówię?

Niedawno usłyszałem, że powinienem odezwać się w sprawie Tybetu, bo temat to ważny i milczeć nie wolno. Odzywam się zatem. Słowami, których nie uświadczysz na portalach z milionami odsłon. To blog i mam prawo wypisywać, co mi się tylko podoba — tobie nikt nie każe tego czytać, więc wszystko wygląda fair, prawda?

Tybet jest nową Afryką, że się tak — łebdwazeo — wyrażę. Od tygodnia o niczym innym na polskich blogach nie czytam. Liczyłem na tradycyjną lawinę katolickich wartości świątecznych, ale nie. You failed. Piszecie w kółko o Tybecie, jakby Chiny najechały i zajęły go sobie w moje cholerne imieniny. Przykro mi, że was zawiodę, Tybet nie jest osobnym krajem, nie był też tydzień temu. Kto poda okresy kiedy był, w ciągu całego dwudziestego wieku? Czy słyszałem, jak ktoś z sali powiedział pod nosem nigdy?

Co zrobiły Chiny z Tybetem? A co stało się z Kosowem? Który kraj ostatnio opowiedział się za ich niezależnością? Czyżby Polska? Cóż za niefart. Może i zacne są te wszystkie akcje i akcyjki, ale kurwa, błagam was. Wasze akcje są tak skuteczne i przemyślane, jak naklejenie sobie na zderzaku malucha deklaracji nie zgadzam się z głodem w Afryce. Niewątpliwie jest to największy w dziejach ludzkości krok do rozwiązania problemu. Oczyma wyobraźni widzę spotkanie na szczycie, na które wpada nagle sekretarz stanu Polski z mrożącą krew w żyłach informacją: dwudziestu trzech blogerów z Pcimia nie zgadza się na olimpiadę w Pekinie. Tak zaczną srać po gaciach, że Zewa, producent najbardziej miękkiej na świecie srajtaśmy, trafi do Fortune 100.

Ładne są te wasze znaczki, fajne te protesty i, oczywiście, doceniam elektroniczne petycje. To takie sympatyczne i niegroźne dziwactwa, ale w Polsce (i na całym świecie) sprawy załatwia się na papierze. Chcesz coś zdziałać? Poświęć pięć minut i zapakuj to w kopertę. Półgodzinna tyrada na głównej stronie Joggera co najwyżej pozwoli zarobić na reklamach (albo zbankrutować, jeśli to twój serwer utrzymuje znaczek akcji, do którego wszyscy hotlinkują). Jak krytykować, to konstruktywnie. Jak protestować, to pod właściwym urzędem. Nikt się nie przejmie człowiekiem, który — w ramach głodówki — przez trzy dni prowadził bloga bez pizzy.

Stado babć w beretach potrafi wziąć jebany długopis do ręki i wysłać milion protestów w sprawie jednego autobusu. Przykro, że zginęło tam kilkadziesiąt osób, ale zaraz znalazły się fundusze, prawda? A wam od stukania komciów odjęło część mózgu odpowiedzialną za trzymanie pióra i ślinienie kopert? Nie? To do roboty, a na blogach opisujcie nowinki z życia Sieci i skład śniadania.

Na koniec zagadka. Wiecie, co to jest pięć olimpijskich kółek na tle plamy krwi? Czarny humor. I nic więcej. Zanim mnie zjecie, pozwólcie, że przyznam wam z góry rację, a w ramach rekompensaty przygotuję blogo-wlepki z napisami, odpowiednio bezrobocie jest do dupy, niepodległy Śląsk i to nie fair, że moja mama utrzymuje tego bloga. Stay tuned, drodzy obrażeni hipokryci, resztę miłośników ironii serdecznie pozdrawiam.

Pierwszy z demonów

Na każdym zebraniu jest taka sytuacja, że ktoś musi zacząć. Przy komputerze nikt kogo pod pistoletem nie trzyma, a skoro pan nie mówi o przyrodzie, możemy przejść do spraw ciekawszych. Jeśli wiesz, czym jest dæmon init i jaka jest jego rola w systemie uniksowym, możesz śmiało przeskoczyć nad płytkim, powierzchownym i łopatologicznym wprowadzeniem, którego się nie spodziewasz, a którym za chwilę uraczę całą resztę. Wpadliście w zasadzkę, marny wasz los.

Głupi kaowiec

init nie jest wielki, ale lekceważyć go nie wolno. Jest alfą i omegą, krótkie starcie z nim szybko upewni cię, że może to oznacząć początek twojego końca. Jak to? — pytasz ze zdziwieniem w oczach, gdy ja przypominam ci radosny komunikat:

Kernel panic: Attempted to kill init

init jest nieśmiertelny. Rodzi się jako pierwszy i, niczym dobry kapitan, pozostaje na pokładzie do samego końca. Inne procesy traktują go jako dobrotliwego wujka, który przygarnia zbłąkane sieroty, bądź jako wielkiego przedwiecznego, który wszelkie nieposłuszeństwo karze globalną zagładą.

Czy powinienem się go bać? — zapytujesz, a twarz twą oblewa rumieniec. Nie — odpowiadam, wzbudzając tym większą ciekawość. init to bardzo specyficzna bestia. Uruchamiany jest jako pierwszy proces przestrzeni użytkownika (nie licząc tak zwanego early userspace zawartego w initramfs, odpowiadającego za przygotowanie urządzeń do właściwego uruchomienia systemu) i zawsze jest numerem jeden (chodzi oczywiście o PID, czyli identyfikator procesu). Przygarnia również sieroty, czyli procesy, które wyrzekają się rodziców. Jądro systemu operacyjnego automatycznie przypisuje wszystkim bezpańskim procesom zastępczego opiekuna w postaci procesu init właśnie.

Mało tego, to właśnie biografia inita zawierać mogłaby i rzekł “niech staną się inne procesy”; i poczęły się uruchamiać usługi; i zobaczył, że było to dobre. Dæmon init pełni rolę nadzorcy całego systemu i troszczy się o to, by uruchomione zostały wszystkie niezbędne do działania komputera usługi (oczywiście mówię o działaniu w pojęciu użytkownika, komputer w pełni zadowoli się samym jądrem i użytkownika do szczęścia nie potrzebuje).

SysVinit

Dawno, dawno temu, gdy SCO nie straszyło świata patentami, a głównym zajęciem AT&T nie było sprzedawanie iPhonów stadom amerykańskich nastoletek, ci ostatni, znani jako Laboratoria Bella, opracowywali standard systemu Unix. W owych mrocznych czasach, poprzedzających erę komputera łupanego (gdy komputer zajmuje sporą część budynku, nikomu nie przychodzi do głowy naprawianie go poprzez walenie pięścią w monitor), pojawiła się koncepcja głównego nadzorcy. Sposób jego działania pozostał przez lata właściwie niezmieniony, różniąc się tylko nieco implementacją pomiędzy architekturami i pokoleniami uniksowej rodziny.

Do dziś za wzorcową implementację uznaje się ponad dwudziestoletnią skamielinę, pochodzącą ze standardu System V (właścicielom cyfowych zegarków spieszę wyjaśnić, że tak wygląda rzymska piątka). Obsługuje start usług i przypisywanie ich do różnych profili (System V posiada system siedmiu profili nazywanych poziomami i numerowanych od 0 do 6), potrafi dodatkowo wskrzeszać swoje dzieci, jeśli taka jest wola administratora.

Dlaczego zatem usługi uruchamiane są poza nadzorem systemu? Problemem jest ich elastyczna konfiguracja, możliwość zatrzymywania i uruchamiania w dowolnym momencie, a także fakt, że w przypadku problemów init z System V zupełnie nie interesuje się przyczyną nagłego zgonu.

W pozostałych rolach

Konkurencja nie spała. Pomijam systemy oparte o szkielet BSD, który jako model systemu powstał jeszcze przed System V, więc informacja o używaniu innego nadzorcy nie powinna cię zdziwić.

Najszerzej kojarzoną jest z pewnością implementacja daemontools. Jedni twierdzą, że to ze względu na kontrowersyjną postać autora, inni, że jest to wynik radykalnego podejścia do procesu nadzorcy. Rewolucyjnych zmian nie ma tam co szukać, podstawową różnicą jest większa konfigurowalność nadzorowanych usług i rezygnacja z profili uruchomieniowych. O sukcesie podejścia wystarczy powiedzieć tyle, że w 90% przypadków daemontools uruchamiane jest przez… SysVinit.

Nieco inne podejście zastosowali autorzy initng, rozwijanego przez deweloperów Gentoo. Do tradycyjnego nadzorcy dodano możliwość równoległego uruchamiania wielu usług i wprowadzono prosty system zależności. Zaowocowało to skróceniem czasu startu systemu — usługi nie musiały stać gęsiego w kolejce i uruchamiane były, gdy tylko zaspokojone zostały ich podstawowe wymagania (zaznaczyć wypada, że większość usług zadowala się działającą siecią bądź samym faktem włączenia komputera, tylko nieliczni domagają się prywatnego apartamentu z widokiem na morze).

Apple z kolei stworzyło launchd, który jest hybrydą pomiędzy tradycyjnym procesem init, dæmonem inetd i usługą cron. Podstawowym udogodnieniem dla użytkowników była tu wprowadzona możliwość uruchamiania usług na żądanie, rozszerzona później przez grupę freedesktop.org i zintegrowana z zarządcą magistrali DBus.

upstart already!

Mamy wreszcie projekt upstart, o którym krótko opowiem. Myślałem, że nigdy do tego nie dojdziesz — wzdychasz pod nosem, sprawdzając, czy mikrofon laptopa na pewno jest wyłączony. Pamiętaj jednak, że dla niektórych Linux to żółty pasek postępu z napisem Loading Ubuntu i każda okazja do postraszenia ich bebechami systemu jest dobra.

upstart łączy zalety większości wspomnianych wyżej implementacji. Potrafi emulować zachowanie System V, uruchamiać usługi równolegle, wspiera zależności, a autorzy obiecują, że niedługo może też zastąpić dæmona inetd. Przejście na niego jest bezproblemowe, bo usługi ze starego do nowego formatu przenosić można stopniowo, z każdym krokiem zyskując pełen nadzór nad ich działaniem, automatyczny restart w przypadku awarii i powiadamianie administratora o występujących problemach.

upstart dodaje też unikalny system reakcji na zdarzenia, nowe procesy mogą więc zostać uruchomione lub zakończone w odpowiedzi na zmiany zachodzące w działającym systemie. Chcesz, aby system obsługi wydruku działał tylko, jeśli do komputera podłączona jest drukarka? Nie ma problemu. Zatrzymać mniej krytyczne usługi, gdy serwer korzysta z zasilania awaryjnego? Proszę bardzo. Wszystko w automatycznie i z pełnym wglądem w listę tego, co aktualnie działa, co nie działa i dlaczego.

Oczywiście, nie piszę tego wszystkiego bez przyczyny. Wczoraj upstart pojawił się w PLD i skutecznie zastąpił swego pradziadka na wszystkich moich komputerach. Daj mu szansę i zainstaluj pakiet upstart-SysVinit, a jeśli ktoś spyta cię, jaki jest cel projektu, odpowiesz spokojnie:

Attempting to kill init

YellowGreen poprawione

Narzekanie to moja specjalność, ale żeby pozostać sprawiedliwym, muszę wspomnieć, że usterkę, którą zgłosiłem wcześniej, usunięto błyskawicznie. Tak, zgłosiłem swojego bloga ponownie i tak, został przyjęty, ale nie — nie piszę tej notki w związku z jakimś wewnętrznym regulaminem, który nakazywałby słodzenie w całej Sieci.

Piszę dlatego, że sieci reklamowych ci u nas dostatek — są i takie, które celują wyłącznie w blogi — ale żadna nie potrafi się przebić. Przed YellowGreen mieliśmy oczywiście Krytyków ze sponsorowanymi recenzjami produktów. Bardzo spodobał mi się ich regulamin, ale ten blog niespecjalnie może aspirować do szeroko pojętego recenzowania. Z jednej strony ciężko mi sobie wyobrazić siebie z kartonem próbek perfum czy setką loginów do webappsów dla garncarzy (łeb-dwa-zera nadciąga); z drugiej strony, kto wie, może któregoś dnia Apple poprosi o ocenę współpracy nowej generacji iPhonów z systemami linuksowymi (hint: nie współpracują prawie wcale)?

Żarty na bok. Jak wspomniałem, agencji reklamowych jest wiele, ale konkurencja raczej znikoma. Zdaje się, że briefingi większości podobnych projektów zaczynają się od słów to przecież blogosfera, sami do nas przyjdą, a potem coś wymyślimy. Owo potem nigdy nie następuje i okazuje się, że nie wystarczy znaleźć strategicznego klienta na toplayery, żeby wzbogacić się na blogach. Nie wystarczy też zgarnąć pół platformy blogowej, by zarobić cokolwiek.

Chciałbym, żeby YellowGreen było inne. By razem z Krytykami pokazali reszcie marketoidów, że blogi to wdzięczne miejsce na reklamę, jeśli podejść do niej z głową. Bo reklama to nie tylko krzykliwe drapacze sidebarów i gadające atrapy niusów. Ważniejsze od irytowania internautów jest zwiększanie świadomości marki, informowanie o mniej oczywistych zaletach, czy pomoc w dobraniu właściwego rozwiązania do konkretnej sytuacji. Zarówno specjaliści w konkretnych dziedzinach, jak i szarzy konsumenci, postrzegani są jako dalece bardziej obiektywne źródło opinii niż najlepsze slogany na billboardach.

Ważna jest forma. Lepszy niż wiodący zwykły proszek mamy już w telewizji, ale tam specyfika mediów zmusza nas do oglądania nawet najgłupszych haseł, jeśli wypadną w połowie ulubionego filmu (dlatego wypadają średnio co 5 minut ulubionego filmu). W internecie pozbyć się reklamy jest banalnie prosto, dlatego próby przenoszenia środków stosowanych w tradycyjnej prasie i telewizji przyczyniają się tylko do popularyzacji adblokerów.

Problemem jest tylko uświadomić reklamodawcom różnicę w nakładzie pracy pomiędzy czytaniem gazety z nożyczkami w ręku a kliknięciem przycisku blokuj w przypadku reklamy w internecie. Z tym, że ów przycisk jest dużo skuteczniejszy od nożyczek, bo na ogół owocuje całkowitą eliminacją wszystkich reklam danej agencji.

Mam nadzieję, że YG nie pójdzie w ślady swych poprzedników i że już niedługo Polska będzie miała swój odpowiednik Project Wonderful czy The Deck. Cóż, powodzenia.

Falstartup: YellowGreen

Yashke opisali nowy serwis, tytułowy YellowGreen. Jest to platforma do sprzedaży przestrzeni reklamowej na blogach. Nic nowego, ale w polskim wydaniu. Chciałem sprawdzić, jak to działa. Bardzo chciałem, ale na chceniu się skończyło.

YellowGreen

Parafrazując starego Windowsa, ten blog nie jest już być prawidłowy. Cóż, nieprawidłowy adres bloga tłumaczy, czemu mam tak niską oglądalność w statystykach, których nie prowadzę. W związku z tym, nawet, gdyby mój adres był prawidłowy, to i tak nie jestem w stanie wypełnić formularza zgłoszeniowego.

Pozostaje czekać, aż budowaniem serwisów zajmą się ludzie, którzy choć blade pojęcie o technologii mają. Albo zgłosić się do starego, dobrego Project Wonderful.

GNOME 2.22

GNOME 2.22

Dzisiaj (a właściwie to już wczoraj) oficjalnie został wydany GNOME 2.22. Dostępny we wszystkich dobrych dystrybucjach, więc także w PLD.

IE8 jednak nie zepsuje sieci

Z ostatniej notki na IEBlogu wynika, że IE8 domyślnie będzie wspierał tryb zgodny ze standardami:

We’ve decided that IE8 will, by default, interpret web content in the most standards compliant way it can. This decision is a change from what we’ve posted previously.

Wcześniejsze zapowiedzi sugerowały konieczność umieszczenia w kodzie specjalnego znacznika, który potwierdzałby, że autor faktycznie życzy sobie taki sposób interpretacji dokumentu. Dlaczego? Przez wersję siódmą przeglądarki, której wydanie okazało się sporym ciosem dla firmy z Redmond. Wiele serwisów (w tym prowadzone przez partnerów Microsoftu) przygotowanych było tylko i wyłącznie dla quirks mode wersji szóstej, tymczasem wersja siódma nauczyła się poprawnie składać dokumenty, co zaowocowało rychłym zepsuciem wadliwych stron.

Microsoft — w obawie przed kolejnymi próbami linczu — postanowił dodać do przyszłych wersji przeglądarek funkcję zamrażania zachowania przeglądarki na poziomie konkretnej wersji, a domyślnym poziomem zgodności dla wszystkich przyszłych wydań miał być właśnie IE7. Oznaczało to dokładnie tyle, że IE8 zachowywałby się dokładnie jak IE7 dopóty, dopóki autor strony wyraźnie nie zaznaczył, że życzy sobie wykorzystać możliwości i poprawki wprowadzone w wersji ósmej.

Na szczęście (po wielkiej burzy, jaka wybuchła pomiędzy autorytetami w dziedzinie standardów) zespół zdecydował się nie psuć Sieci i odwrócić działanie mechanizmu. Jak czytamy na blogu przeglądarki, to autorzy wadliwych serwisów zyskają możliwość zaznaczenia przetwarzaj ten dokument tak, jakbyś był wersją X. W efekcie modyfikacji będą musiały ulec tylko te serwisy, których treść i tak może nie być dostępna dla użytkowników innych agentów (przeglądarek biurkowych i urządzeń do przeglądania służących). Mówiąc krótko — Microsoft sprząta po sobie swoje śmieci i aktywnie wspiera standardy tam, gdzie jest to możliwe.

Prywatnie: 10 typ

Blog wraca do życia, więc warto wspomnieć, że 16. lutego miała miejsce kolejna przeprowadzka. Maleńkie mieszkanko na Jedności Narodowej okazało się zbyt ciasne dla czterech osób, więc nie pozostało nam nic innego, niż się przenieść. Nbw ze swoją kobietą zamieszkali w okolicach Parku Handlowego Fekalia, a ja…

Berecik

…a raczej my (bo jest nas troje) okupujemy tereny przyległe do nieistniejącego już dziś Poltegoru. Cóż, 73 metry, spokojna okolica. Do kompletu ze mną Asia — moja osobista kobieta-prawnik (która od pół roku nie może nic na bloga napisać) i qwiat — mroczny BOFH iCenter. I telewizor, konsole i kawałek internetu, a nawet jakieś żywe kwiatki (tym razem nie słynne wiszące ogrody na kartonie po pizzy). Radzimy sobie jakoś i nudno też nie jest, bo czasem odwiedzają nas znajomi:

Gwiazdy na lodzie

Niestety, to jedyne zdjęcie znajomych, jakie nadaje się do publikacji, bo kto by chciał oglądać łysiejących gości pod trzydziestkę, którzy przez kilka godzin nie wypuszczają pada z ręki?

Update: chciałbym zaznaczyć, że jeśli w ciągu najbliższych dni zginę z rąk Aśki, to z całą pewnością spowodowane będzie to moją całkowitą impotencją i chronicznym zaleganiem do wczesnych godzin rannych przed laptopem, a nie złośliwościami zawartymi w powyższej notce. W końcu prawnicy znani są ze swojego poczucia humoru, prawda? ;)

Złota kreska

Przepraszam wszystkich, którym GoldenLine wysłało dzisiaj/wczoraj tonę spamu, podpisując się jako ja. Od ponad roku nie zapraszałem ani nie próbowałem zapraszać tam nikogo z moich znajomych. Nie pozwoliłem też serwisowi zaimportować żadnej książki adresowej, nie dałem dostępu do GMaila, LinkedIna i ogólnie nikt nie wmówi mi, że w jakikolwiek aktywny sposób przyczyniłem się do zajścia. Podjąłem jednak podstawowe środki prewencji w celu uniknięcia podobnych sytuacji w przyszłości. Usunąłem mianowicie konto z owej krzyżówki Grona i LinkedIn, co i wam polecam zrobić. Zupełnie nie mam pojęcia, do czego mógłby mi się ten serwis przydać.

Chyrp!

Tak się złożyło, że od wczoraj jestem oficjalnym maintainerem Chyrpa. Jego implementacji w PHP dla ścisłości.

Chyrp to lekki silnik, który pozwala wygodnie prowadzić własnego (mikro-/foto-) bloga. Wszystko zaczęło się od tego, że pewien szesnastolatek (tak, szesnastolatek), Alex Suracil, postanowił zrobić WordPressowi konkurencję. Wokół projektu zrobił się mały szum i powstało community. Zaczęły pojawiać się piórka i moduły (odpowiedniki wtyczek), tłumaczenia, skórki, a z czasem pojawiło się pytanie o implementacje dla innych platform.

Ja przejąłem oryginalną implementację w PHP, Alex zaczął prace nad wersją w Rubym, a mitsuhiko pracuje nad projektem twig — implementacją silnika szablonów Jinja w PHP.

Jeśli szukacie czegoś wygodniejszego i lżejszego niż WordPress, to być może właśnie znaleźliście. Oczywiście projekt jest otwarty i z chęcią przyjmiemy kolejnych ochotników. Miłej zabawy!

Kilka słów o serwisie 10przykazań

Sporo osób zauważyło nową wersję 10przykazań. To dobrze. Dziwi mnie nieco tylko, że większość z nich obawia się o starcie naszego małego serwisiku z konkurencją w postaci Blogfroga i Blogboksa.

Naszym celem (a przynajmniej moim) nie jest konkurowanie z kimkolwiek w kategoriach ogólnie pojętej lepszości, 10przykazań powstało z potrzeby rozwiązania konkretnego problemu. W polskiej części Sieci nie było wygodnego narzędzia, które pozwoliłoby śledzić naprawdę dobre blogi. Nie założyliśmy serwisu dla oklasków (z ukłonami w stronę siwych dyrygentów), nie pchamy się do wywiadów i nie szukaliśmy nigdy strategicznych sponsorów. Nie chcę tu sugerować, że nasza konkurencja (dlaczego w cudzysłowie wyjaśnię za chwilę) powstała z pobudek czysto komercyjnych, ale chciałbym, żeby wszyscy zrozumieli, że 10przykazań to nie jest nasza praca.

10przykazań to hobby, które rozwijam w wolnym czasie i które uruchomiliśmy ponownie dlatego, że jest nam potrzebne, a nie dlatego, że ktoś nam za to płaci. Dlatego właśnie prosiłbym o powstrzymanie się od komentarzy z rodzaju 10p ssie, bo mogło być zrobione lepiej. Pewnie, że mogło, ale ktoś musi na to poświęcić swój czas, poszarpać przy problemach technicznych swoje własne nerwy i starać się wykrzesać z siebie odrobinę talentu prywatnie, po godzinach pracy. Jasne, że sam fakt działania serwisu daje masę satysfakcji, ale wszyscy jesteśmy ludźmi, bywamy zmęczeni i mamy swoje życia prywatne (alkohol, kobiety, autobusy, te sprawy).

Jeśli więc uważasz, że można coś poprawić, pomóż nam i naszym użytkownikom. Opisz swój problem, zaproponuj rozwiązanie, przyłącz się, czy zbuduj konkurencyjny serwis. Tak, zbuduj konkurencyjny serwis, nie boimy się konkurencji, bo nasze życie nie zależy od tego, czy 10przykazań zdobędzie milion użytkowników w ciągu pierwszego kwartału rozliczeniowego. Serwis będzie istniał przynajmniej tak długo, jak długo będzie potrzebny trzem użytkownikom — jego autorom. Jeśli twój projekt okaże się lepszy, możesz liczyć na to, że przesiądziemy się jako pierwsi. To innowacja i konkurencja budują Sieć, a nie venture capitals.

Przy okazji pomocy muszę wspomnieć, że 10przykazań to nie tylko ja, nbw i jarv. Szczególne podziękowania należą się z pewnością jioblowi za to, że 10p ma logo i mojemu pracodawcy, ITS Ltd., za to, że utrzymuje serwis we własnej infrastrukturze i pozwala nam na rozwój tego i podobnych projektów w ramach wolnych cykli pracy.

Wracając jednak do konkurencji, porównania są nieszczególnie trafne. Blogfrogowi zawsze bliżej było do Technorati, niż do 10przykazań. Serwis ten zbiera absolutnie wszystko, co tylko przewinie się przez agregator. Z kolei Blogbox zdaje się oferować niewiele więcej niż Czytnik Google czy Netvibes — ot, załóż konto i stwórz swoją Planetę. 10przykazań od początku miało być łatwą metodą na śledzenie blogów, które warto czytać, jakkolwiek subiektywnym nie wydawałoby się to określenie. Chcemy promować blogi, ich autorów i treść, a nie naszych sponsorów i reklamodawców.

Dlatego właśnie nie publikujemy pełnych treści notek, dlatego właśnie nie otwieramy blogów w pływających ramkach, dlatego właśnie nie wymuszamy czytania notek w nowych oknach. Dlatego w końcu nie pozwalamy komentować notek — nie jesteśmy wykopem i komentarze mają swoje miejsce na blogu autora, pod oryginalnym postem.

Oferujemy za to możliwość tworzenia własnych kanałów z aktualnościami, powiadomienia o notkach za pomocą sieci komunikacyjnej Jabber i przegląd aktualności dla użytkowników Blipa, a autorom treści dajemy wsparcie dla XML-RPC, dzięki czemu publikowana treść może docierać do czytelników na bieżąco. W planach mamy dalszą rozbudowę serwisu, pojawi się między innymi możliwość zarządzania własnymi blogami (i niezbędna w związku z tym funkcja przejmij bloga), dostęp do kolejki zgłoszonych blogów i głosowanie na najbardziej wartościowe pozycje (dla właścicieli blogów już agregowanych). Bardzo prawdopodobne jest, że powyższą listę uwieńczy udostępnienie pełnego, otwartego kod źródłowego serwisu (niech to będzie dowodem, że konkurencja jest dobra).

Tymczasem zapraszam do zabawy nową wersją 10przykazań, zgłaszania nam błędów i niedociągnięć, dodawania nowych blogów do kolejki, a przede wszystkim życzę dużo ciekawej treści do czytania :)