Dokład­nie tak, Zbi­gniew Nie­nacki mógłby spo­koj­nie napi­sać lep­szy sce­na­riusz do czwar­tej czę­ści przy­gód Indiego. To, co zro­bili pano­wie Lucas i Spiel­berg powinno nazy­wać się Indiana Jones i efekty kom­pu­te­rowe. Czy jestem zawie­dziony? Jestem, w końcu piszę o fil­mie na blogu o komputerach.

Wybra­li­śmy się do kina na pre­mierę. Nikt nie nasta­wiał się raczej na arcy­dzieło, ja mimo to się zawio­dłem. Geo­rge Lucas ma jakiś wyjąt­kowy talent do nisz­cze­nia swo­ich wła­snych serii. Nie pozwo­lił spo­koj­nie umrzeć Gwiezd­nym Woj­nom, dobi­ja­jąc je po latach infan­tylną try­lo­gią dla dzieci, strze­lił też w plecy sta­rusz­kowi Hen­riemu. W podob­nym stylu.

Co ude­rza prak­tycz­nie od początku, to próba udo­wod­nie­nia, że Ford nagle prze­żywa drugą mło­dość. Nie prze­żywa, co widać w sce­nach, gdzie sam zde­cy­do­wał się robić za kaska­dera. Dalej mamy mgli­sty zarys fabuły, która jest chyba zlep­kiem przy­pad­kowo pocię­tych sce­na­riu­szy, z któ­rych pano­wie nie byli zado­wo­leni. Efekt pozwala przy­pusz­czać, że prace nad sce­na­riu­szem wyglą­dały tak: albo ta scena wej­dzie, albo ja się pakuję i mam w dupie.

Nagłe zwroty w sce­na­riu­szu, jak słusz­nie zauwa­żył AK, spro­wa­dzają się do jestem twoim ojcem, Luke. Oczy­wi­ście, jeśli nie liczyć faktu, że poszcze­gólne sceny nie mają ze sobą żadnego związku i łączy je tylko prze­czu­cie wiel­kiego podróż­nika. W efek­cie dosta­jemy sło­dziutki zle­pek kina fami­lij­nego à la Disney, a polewę sta­nowi wymu­szony momen­tami humor i wizja eme­ryta kozioł­ku­ją­cego kilo­me­trami w lodówce na tle ato­mo­wego grzybka.

Wydaje mi się zwy­czaj­nie, że panom Luca­sowi i Spiel­ber­gowi odbiło na punk­cie efek­tów kom­pu­te­ro­wych. Być może zakła­dają, że skoro miliony zako­chały się w pla­sti­ko­wych sta­tecz­kach na sznur­kach, zna­nych z Nowej Nadziei, to zro­bie­nie całego filmu na kom­pu­te­rze uczyni ich bogami? Zakrztu­sili się krze­mem i wła­snym Indu­strial Light & Magic. Tylko kto oglą­dał Gwiezdne Wojny dla efek­tów, kiedy obok leżał Tron? I wła­śnie takie Trony nam teraz ser­wują. Ładne, pla­sti­kowe, o smaku oran­żadki Helena, która nawet nie leżała nigdy na jed­nej półce z owocami.

Może ten film nie jest taki zły i gdyby nazy­wał się John Doe i kosmici, zosta­wił­bym go w spo­koju. W końcu w porów­na­niu do takiego Era­gona jest ist­nym arcy­dzie­łem. Nic nie pora­dzę, ale byłem fanem, a teraz muszę z przy­kro­ścią stwier­dzić, że fabu­lar­nie lepiej wyglą­dał serial o przy­go­dach mło­dego Indiany Jonesa. Cóż, 19 lat zajęło stwo­rze­nie dwu­go­dzin­nego dzieła, w któ­rym dobrego kina jest tyle, co w jed­nym odcinku Mac­Gy­vera (który lat ma grubo wię­cej). Słabo.