Killzone 2

Tak, taki to okres, że wszy­scy piszą o jed­nym, ale nie jest prze­cież tak źle — przy­naj­mniej na tym blogu nie dowie­cie się, kto został nowym dyrek­to­rem kre­atyw­nym, a kto z kole­gami przy­znał sobie nagrodę za naj­lep­szą kre­ację mul­ti­me­dialną, która to nagroda wcale nie jest nagrodą od kole­gów i nie świad­czy o wza­jem­nym cało­wa­niu się w ptaszka. A, no i nie jeż­dżę na wszyst­kie *campy, żeby nie dostać w tubę, więc czuj­cie się bezpieczni.

Wróćmy zatem do pisa­nia ste­reo­ty­po­wej notki na temat pre­miery demon­stra­cyj­nej wer­sji Kil­l­zone 2:

Gra zapo­wiada się cud­nie. ROTFLOLMAOMFG BBQ!

I po bólu, możemy przejść do cie­kaw­szych rze­czy. Zacznijmy od grafiki.

Nowym dyrek­to­rem krea… Nie­któ­rzy — co widać po komen­ta­rzach w róż­nych ser­wi­sach poświę­co­nych grom — spo­dzie­wali się tek­stur, które można oglą­dać pod mikro­sko­pem. Inni ocze­ki­wali modeli o siat­kach zło­żo­nych z miliar­dów trój­ką­tów. Teraz obie te grupy się zawio­dły. Jaka jest gra­fika? Otóż gra­fika jest zaje­bi­sta.

Tek­stury są świet­nie zma­po­wane na obiek­tach, woda wygląda kon­cer­towo (i odbija się w niej to, co powinno, a nie znaj­du­jący się kilo­metr dalej most i góry w tle, jak to na ogół bywa) a modele są jed­nymi z naj­ład­niej­szych, jakie widzia­łem. Nie ma mowy o żadnych widocz­nych szwach na styku tek­stur, nie ma ośmio­kąt­nych zaokrą­gleń, ani­ma­cje stoją na naj­wyż­szym pozio­mie (drżącą rękę przy napię­tych mię­śniach pod­czas pod­cią­ga­nia innego żołnie­rza na plat­formę z windą trzeba zoba­czyć) i — przede wszyst­kim — zupeł­nie nie widać ska­lo­wa­nia LOD (czego nie można powie­dzieć o hicie zaty­tu­ło­wa­nym Force Unle­ashed). Dobrych kilka minut sta­łem z głową 20 cm od ekranu 32″ i oglą­da­łem broń, z którą zaczy­namy rozgrywkę.

Czas na mapy. Po ośmiu minu­tach roz­grywki (tyle potrzeba na przej­ście obu dostęp­nych w demie sek­cji Koryntu) ciężko oce­nić, jak pre­zen­tuje się gra. W demie plan­sze robią wra­że­nie, choć nie mamy tu do czy­nie­nia z rewo­lu­cyj­nym sys­te­mem znisz­czeń, jaki wró­żyli nam recen­zenci. Ot, można prze­strze­lić drew­nianą skrzynkę albo wysa­dzić kilka butli z gazem bądź cie­kłym pali­wem. Może to i dobrze, bo burze­nie budyn­ków za pomocą gra­nat­nika 40 mm w Bad Com­pany wywo­łało u mnie tylko uśmiech politowania.

Cała reszta znisz­czeń — z mostem nad Koryn­tem włącz­nie — to pre­cy­zyj­nie oskryp­to­wane zda­rze­nia, które — choć śliczne — wystę­pują spo­ra­dycz­nie i zawsze w ten sam spo­sób. Co zwraca uwagę to odłamki znisz­czo­nych obiek­tów, które nie tele­por­tują się na pokład Enter­prise w pięć sekund po eks­plo­zji, tylko posłusz­nie leżą tam, gdzie je fizyka cisnęła.

Na koniec zaś zosta­wi­łem sobie ste­ro­wa­nie. Czy gra się dobrze? Gra się świet­nie, to jest ten poziom intu­icyj­no­ści oto­cze­nia, przy któ­rym nawet Resi­stance 2 może wydać się nieco toporny. Żeby jed­nak w pełni cie­szyć się kon­trolą nad głów­nym boha­te­rem musia­łem zmie­nić nieco domyślne obło­że­nie pada. Nie zro­zum­cie mnie źle, są gry, gdzie z początku ste­ro­wa­nie wydaje się nie­in­tu­icyjne, ale z cza­sem gracz uczy się je kochać (Mirror’s Edge). Są też gry, gdzie ma się wra­że­nie, jak gdyby auto­rzy doło­żyli wszel­kich sta­rań, aby czymś się wyróż­niać na tle gatunku.

O ile koniecz­ność przy­trzy­my­wa­nia przy­ci­sku w celu ukry­cia się za prze­szkodą spraw­dza się świet­nie, o tyle pod­no­sze­nie broni do oka w postaci prze­łącz­nika jest tak wygodne, jak gole­nie z uży­ciem kamerki 0.3 mega­pik­sela zamiast lustra. Nie­zwłocz­nie po uru­cho­mie­niu zale­cam więc wyłą­cze­nie prze­łącz­nika celo­wa­nia i zamianę miej­scami R3 i L1, co w efek­cie daje ste­ro­wa­nie ide­alne — nie­mal iden­tyczne z serią Call of Duty.

Czy gra jest warta zakupu? Nawet jeśli pozo­sta­łych kilka godzin gry niczym się nie różni od dwóch sek­cji zawar­tych w wer­sji demon­stra­cyj­nej. Czy ozna­cza śmierć kon­ku­ren­cyj­nych kon­sol? Zde­cy­do­wa­nie nie. Cóż, poku­szę się nawet o małe pro­roc­two i powiem, że jeśli Kil­l­zone 2 nie okaże się sys­tem sel­le­rem, to w tym roku żadna inna gra nie będzie miała na to szansy (mówię oczy­wi­ście o rynku ame­ry­kań­skim, w Euro­pie Sony radzi sobie świet­nie). Nic to, jako szczę­śliwy posia­dacz Play­Sta­tion 3 cier­pli­wie cze­kam na koniec lutego.